Страница 5 из 55
II
Zapadał zmrok. Czarna dziura tunelu ziała w kilkunastometrowym, łagodnym zboczu niewielkiego pagórka. Tuż przed nimi stok kończył się. Dalej, aż po horyzont, nad którym błyskały pierwsze gwiazdy, rozpościerała się wielka równina. Gdzieniegdzie, w znacznym oddaleniu, wznosiły się jakieś niewyraźne, smukłe, podobne do drzew kształty. Światła, które dawała tylko niska smuga zachodu, było już tak mało, że barwy otoczenia zlewały się w jednolitą szarość. Po lewej ręce stojących bez ruchu wznosił się skosem w powietrze olbrzymi, wypukły kadłub rakiety. Inżynier ocenił jego długość na siedemdziesiąt metrów, ponad czterdzieści więc zaryło się przy upadku w głąb pagórka. W tej chwili jednak nikt nie zwracał uwagi na tę ogromną rurę, rysującą się czarno na niebie, zakończoną sterczącymi bezradnie tulejami dysz sterujących. Wciągali głęboko chłodne powietrze o ledwo uchwytnym, nieznanym, nie dającym się nazwać zapachu i patrzyli przed siebie w milczeniu. Teraz dopiero ogarnęło ich poczucie całkowitej bezsilności - żelazne drągi kopaczek jak gdyby same powypadały im z rąk. Stali, wodząc powoli oczami po niezmierzonej przestrzeni, pustej, o horyzontach zatopionych w ciemności, z drgającymi leniwie, miarowo gwiazdami w górze.
– Polarna? - spytał naraz Chemik ściszonym bezwiednie głosem i wskazał niską gwiazdę, mrugającą słabo w ciemnym niebie wschodu.
– Nie, stąd jej nie widać - jesteśmy teraz… tak, jesteśmy pod południowym biegunem Galaktyki. Zaraz… gdzieś powinien być Krzyż Południowy…
Z uniesionymi głowami wpatrywali się wszyscy w niemal zupełnie już czarne niebo, mocno rozjarzone konstelacjami gwiazd. Zaczęli wymieniać nazwy, wskazywać je sobie palcami, to ożywiło ich na chwilę. Gwiazdy były jedyną rzeczą niezupełnie obcą nad tą martwą, pustą równiną.
– Robi się coraz zimniej, jak na pustyni - powiedział Koordynator.
– Nie ma co, dzisiaj i tak nic nie zdziałamy. Trzeba wracać do środka.
– Co, do tego grobu?! - oburzył się Cybernetyk.
– Bez tego grobu zginęlibyśmy tu, w ciągu dwu dni - odparł chłodno Koordynator. - Nie zachowujcie się jak dzieci.
Nie mówiąc ani słowa więcej, zawrócił, podszedł odmierzonym, powolnym krokiem do otworu, którego czarna plama rysowała się ledwo widocznie kilka metrów wyżej na stoku pagórka, i spuściwszy do środka nogi, wciągnął się cały do wnętrza. Przez chwilę widać było jeszcze jego głowę, znikła.
Pozostali popatrzyli na siebie w milczeniu.
– Idziemy - mruknął na poły pytająco, na poły twierdząco Fizyk. Ruszyli za nim z ociąganiem. Gdy pierwsi wczołgiwali się do ciasnego otworu, Inżynier, stojący jako ostatni obok Cybernetyka, powiedział:
– Zauważyłeś, jaki dziwny zapach ma tu powietrze?
– Tak. Gorzki jakiś… Znasz skład?
– Podobny do ziemskiego, jest jeszcze jakaś domieszka, ale nieszkodliwa. Nie pamiętam, dane są w takim małym zielonym tomiku, na drugiej półce, w biblio…
Urwał, bo sobie przypomniał, że sam wypełnił bibliotekę zwałami margla.
– Niech to… - powiedział bez gniewu, z wielkim smutkiem i zaczął wciskać się do czarnego wnętrza. Cybernetyk, gdy został sam, poczuł się naraz nieswojo. Nie był to lęk, ale przytłaczające poczucie zagubienia, przeraźliwej obcości krajobrazu - a w dodatku ów powrót w głąb gliniastego wykopu miał w sobie coś upokarzającego - jak robaki - pomyślał, opuścił głowę i wczołgał się do tunelu w ślad za Inżynierem. Nie wytrzymał jednak, już zanurzony po barki podniósł głowę, spojrzał wzwyż i pożegnał spojrzeniem mrugające spokojnie gwiazdy.
Nazajutrz niektórzy chcieli wynieść zapasy na powierzchnię, aby tam zjeść śniadanie, ale Koordynator sprzeciwił się temu - sprawiłoby to, twierdził, niepotrzebny kłopot. Jedli więc w świetle dwu latarek, pod klapą włazu, popijając całkiem już wystygłą kawę. Naraz Cybernetyk odezwał się:
– Słuchajcie, jak to się właściwie stało, że przez cały czas mieliśmy dobre powietrze?
Koordynator uśmiechnął się. Na zapadniętych policzkach miał szare smugi.
– Butle z tlenem są całe. Gorzej z oczyszczaniem. Tylko jeden samoczy
– Wiedziałeś o tym…? - powoli spytał Cybernetyk.
Koordynator nic nie powiedział.
– Co będziemy robili? - spytał Fizyk. Myli naczynia w kuble wody. Doktor wycierał je jednym ze swoich ręczników.
– Tu jest tlen - powiedział Doktor, rzucając z brzękiem aluminiowy talerz na stos i
– Tyle co nic. To sonda kosmiczna pobrała próbkę atmosfery i stąd cała nasza wiedza.
– Jak to? Nie lądowała nawet?
– Nie.
– To rzeczywiście sporo wiadomości - powiedział Cybernetyk. Usiłował umyć twarz spirytusem, który lał z małej buteleczki na kawałek waty. Mieli bardzo mało wody zdatnej do użytku i nie myli się już drugą dobę. Fizyk przyglądał się własnemu odbiciu w świetle lampy, używając jako lusterka wypolerowanej powierzchni klimatyzatora.
– To bardzo dużo - odparł spokojnie Koordynator. - Gdyby skład powietrza był i
– Co? - Cybernetyk omal nie upuścił flaszki.
– I siebie też, naturalnie. Nie mielibyśmy ani jednej szansy na miliard. Teraz mamy ją. Umilkli.
– Czy obecność tlenu zakłada istnienie roślin i zwierząt? - spytał Inżynier.
– Niekoniecznie - odparł Chemik. - Na planetach alfy Małego Psa jest tlen, a nie ma ani roślin, ani zwierząt.
– A co jest?
– Swiatłowce.
– Lumenoidy? Te bakterie?
– To nie są bakterie.
– Mniejsza o to - rzucił Doktor. Schował naczynia i zamykał puszki z żywnością. - Naprawdę mamy teraz i
– Obrońcy nawet nie widziałem - przyznał się Cybernetyk. - Nie można się do niego dostać. Wszystkie automaty wyrwały się ze stojaków, wygląda tam tak, że trzeba by dwutonowego dźwigu, żeby rozplatać całe żelastwo. Leży na samym spodzie.
– Ale jakąś broń musimy przecież mieć! - podniósł głos Cybernetyk.
– Są elektrożektory.
– Ciekawym, czym je naładujesz.
– Prądu w sterowni nie ma? Był przecież!
– Nie ma, widocznie było zwarcie w akumulatorni.
– Dlaczego elektrożektory nie są naładowane?
– Instrukcja zabrania przewożenia naładowanych - mruknął niechętnie Inżynier.
– Niech diabli porwą in…
– Przestań!
Na głos Koordynatora Cybernetyk odwrócił się, wzruszając ramionami. Doktor wyszedł. Inżynier przyniósł ze swojej kajuty lekki nylonowy plecak, wkładał do jego kieszeni płaskie puszki z żelaznymi racjami żywności, kiedy pojawił się Doktor - trzymał w ręku krótki, oksydowany cylinder zakończony kurkiem.
– Co to jest? - zainteresował się Inżynier.
– Broń.
– Jaka znów broń?
– Gaz nase
– Skąd możesz wiedzieć, czy to, co żyje na tej planecie, da się uśpić twoim gazem? A przede wszystkim, jak chcesz się tym bronić w razie ataku - dając kroplową narkozę?
– W razie wielkiego niebezpieczeństwa będziesz mógł dać narkozę przynajmniej sobie - powiedział Chemik. Wszyscy się roześmieli, Doktor śmiał się najgłośniej.
– Każde stworzenie oddychające tlenem da się tym uśpić - powiedział - a co do obrony - patrz!
Nacisnął rewolwerowy spust u nasady cylindra. Cienka jak igła strużka natychmiast parującej cieczy strzeliła w mroczną głąb korytarza.
– No… w braku czegoś lepszego… - powiedział bez przekonania Inżynier.
– Idziemy? - spytał Doktor, wpuszczając cylinder do kieszeni kombinezonu.
– Idziemy.
Słońce stało wysoko, było małe, dalsze, ale i gorętsze od ziemskiego. Nie to jednak uderzyło wszystkich: nie było zupełnie okrągłe. Patrzyli na nie przez szpary w palcach, przez ciemnoczerwony, na pół przezroczysty papier, stanowiący opakowanie indywidualnych pakietów przeciwpromie
– Rozpłaszczone wskutek szybkości obrotu dookoła osi, co? - powiedział Chemik do Koordynatora.
– Tak. Znacznie lepiej było to widać w czasie lotu. Nie pamiętasz?
– Może - wtedy - jak by powiedzieć - nic mnie to nie obchodziło…
Odwracając się od słońca, wszyscy spojrzeli na rakietę. Walcowaty, biały kadłub wystrzelał skosem z niskiego pagórka, w który się zaryła. Przypominał wyrzutnię jakiegoś gigantycznego działa. Powłoka, mleczna w cieniu, srebrzysta pod słońce, wydawała się nietknięta. Inżynier podszedł do miejsca, w którym kadłub zagłębiał się w ziemi, przestąpił wywinięty, zbrylony brzeg wyniesienia, które jakby kołnierzem otaczało wbity w zbocze korpus, przeciągnął ręką po płycie pancerza..
– Nie najgorszy materiał ten ceramit - powiedział nie odwracając się.
– Gdybym tak mógł zajrzeć do dysz… - bezsilnie spojrzał w górę, w stronę wylotów, zawisłych ponad poziomem równiny.
– Jeszcze je sobie obejrzymy - powiedział Fizyk. - Teraz pójdziemy chyba - taki mały zwiad, co?
Koordynator wszedł na szczyt wzniesienia. Podążyli za nim. Zalana słońcem równina biegła we wszystkie strony jednakowo, gładka, płowa, daleko wznosiły się smukłe, dostrzeżone poprzedniego dnia sylwetki, ale w mocnym świetle widać było, że nie są to drzewa. Niebo, nad głowami niebieskie jak na Ziemi, u horyzontów nabierało wyraźnie zielonkawego odcienia. Nikłe pierzaste obłoczki sunęły prawie niedostrzegalnie na północ. Koordynator sprawdzał strony świata na małym kompasie, który miał umocowany do przegubu. Doktor pochylił się nisko, kopał nogą grunt.
– Dlaczego tu nic nie rośnie? - powiedział ze zdziwieniem w głosie.
To uderzyło wszystkich. Rzeczywiście - równina była naga, jak daleko sięgał wzrok.
– Zdaje się, że to jest okolica ulegająca stepowieniu - powiedział niepewnie Chemik. - Tam dalej - widzicie te plamy? - jest coraz bardziej żółto - tam, na zachodzie. Przypuszczam, że tam jest pustynia - z której wiatr nawiewa tu piasek. Bo ten pagórek jest gliniasty.
– No, o tym przekonaliśmy się dokładnie - powiedział Doktor.
– Musimy sobie ułożyć choćby najbardziej ogólny plan ekspedycji - odezwał się Koordynator. - Zapasy, które wzięliśmy, wystarczą nam na dwa dni.