Страница 41 из 55
– W zachła
– Fatalnie oślepia! - krzyknął. - Daj blendy!!
Inżynier pognał pod górę, przyniósł po chwili największą osłonę przeciwsłoneczną i znowu zaczęli kręcić z największym pośpiechem. Tarcza do połowy tkwiła już za horyzontem. Inżynier, oburącz trzymając prowadnice, wodził miarowo kamerą w lewo i prawo, Chemik chwilami wstrzymywał ten ruch, nastawiał obiektyw na miejsca, w których w małym polu widzenia celownika dostrzegał zagęszczoną cyrkulację plamek i kształtów, poruszał transfokatorem, zmieniał ogniskową, Doktor wciąż klęczał, kamera cichutko mruczała, taśma leciała z bębnów, jedna skończyła się, zmienili szpule, jakby się paliło, szła już druga. Ledwo kawałek tarczy słonecznej stał nad ciemniejącą wodą, kiedy obiektyw całkowicie opuścił się w dół, na największe skupisko ruchu. Doktor, wychylony prawie do połowy ciała, wisiał na napiętej linie - inaczej nie dałoby się zrobić zdjęcia - widział pod sobą, gwałtownie lecące w dół, rudawe fałdy gliniastej ściany, oświetlone coraz to bledszą czerwienią. Przy ostatnich metrach drugiej szpuli czerwony dysk zgasł, niebo było jeszcze pełne blasku, ale równinę i jezioro okrył szaroniebieski cień - poza wybłyskami światełek nic już nie było tani widać.
Doktor wstał, chwytając się liny. Nieśli kamerę we trzech, ostrożnie, jak skarb.
– Myślisz, że się udały? - spytał Chemik Inżyniera.
– Przynajmniej część. Trochę taśmy mogło się prześwietlić. Przekonamy się na statku. Ostatecznie zawsze można tu wrócić.
Załadowali kamerę, szpule i statywy do środka i raz jeszcze wrócili na skraj urwiska. Teraz dopiero spostrzegli, że na wschodzie brzeg jeziora spiętrza się stromo, przechodząc w głębi krajobrazu w nieregularny, skalny mur, na szczytach oświetlony ostatnim różowym odblaskiem. Nad nim, daleko, biła w błękit z pierwszymi gwiazdami brunatna kolumna dymu - jej grzybiasto wypuszczony szczyt trwał chwilę nieruchomo i zapadł się poza górską barierę, znikając im z oczu.
– A, to tam jest ta dolina - zawołał Chemik do Doktora. Znowu spojrzeli w dół. Korowody białych i zielonkawych iskier pełzły powoli w różne strony wzdłuż brzegów jeziora, zakręcały, zlewały się w pełgające nierówno strumyczki, miejscami gasły, pojawiały się i
Podchodząc po ilastym dnie przecinki, Doktor spytał Chemika:
– Co widziałeś?
Ten uśmiechnął się ze zmieszaniem.
– Nic. Nie myślałem w ogóle o tym, co widzę - starałem się tylko cały czas utrzymać ostrość, a Henryk tak szybko jechał w jedną i drugą stronę, że w ogóle w niczym nie mogłem się zorientować.
– To nie szkodzi - powiedział Inżynier i oparł się na wyziębłym pancerzu Obrońcy - robiliśmy dwieście zdjęć na sekundę, wszystko, co tam było, zobaczymy po wywołaniu - a teraz wracamy!
– Zupełnie sielska wyprawa - mruknął Doktor. Wspięli się na górę. Inżynier przesunął przezierniki teleekranu w tył i włączył wsteczny bieg. Jakiś czas jechali pod górę, cofając się, w szerszym miejscu nawrócili i pomknęli już prosto na północ.
– Nie będziemy wracać tą samą drogą - powiedział Inżynier - nałożylibyśmy niepotrzebnie ze sto kilometrów. Pociągnę przecinka, jak długo się da, i będziemy na miejscu za dwie godziny.