Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 36 из 55

Powiedział sobie, że czeka jeszcze dziesięć minut, jeżeli do tego czasu nie dojrzy świateł, pojadą. Było trzynaście minut po dziesiątej. Opuścił rękę z zegarkiem. Łuna - tak, nie mylił się - powoli sunęła wydłuż horyzontu, dochodziła już do alfy Feniksa - różowawą z wierzchu, dołem mętnobiaławą smugą uchodziła ku północy. Znowu spojrzał na tarczę zegarka. Brakowało jeszcze czterech minut, kiedy zobaczył reflektory.

Były najpierw mrugającym świetlikiem, gwiazdką, która drżała szybko, potem rozdwoiły się, skakały w górę i w dół, wreszcie zaczęły oślepiać coraz mocniej - słyszał już prędki szurgot obracających się kół. Jechali szybko, ale znów nie na złamanie karku - wiedział, że można z łazika wycisnąć więcej, i to, że nie tak bardzo się śpieszyli, uspokoiło go do reszty. Jak zwykle w takich okolicznościach, poczuł rosnący gniew.

Sam nie wiedział o tym, ale oddalił się od rakiety o dobre trzysta kroków, jeśli nie więcej. Łazik przyhamował ostro, Doktor krzyknął:

– Wsiadaj!

Podbiegł, skoczył bokiem na puste miejsce, odsuwając blaszankę, i poczuł, że jest pusta. Spojrzał na siedzących - na oko nikomu nic się nie stało. Pochylił się do przodu, dotknął lufy miotacza - była zimna.

Fizyk odpowiedział na jego wzrok nic nie mówiącym spojrzeniem. Czekał zatem, nie odzywając się, aż podjechali pod rakietę. Inżynier skręcił ostro, odśrodkowa siła wgniotła Koordynatora w siedzenie, puste blachy kanistrów zahałasowały i wóz znieruchomiał tuż przed wejściem do tunelu.

– Woda wyschła? - spytał Koordynator obojętnym tonem.

– Nie mogliśmy nabrać wody - powiedział Inżynier. Odwrócił się do niego na swym obrotowym siedzeniu. - Nie dało się dojechać do strumienia.

Wyciągniętą ręką wskazał na wschód.

Nikt nie wysiadał. Koordynator patrzał badawczo to na Fizyka, to na Inżyniera.

– Zauważyliśmy już pierwszy raz, że coś się tam zmieniło - powiedział Fizyk - ale nie wiedzieliśmy co i chcieliśmy się upewnić.

– A gdyby zmieniło się tak dalece, że byście nie wrócili, to co przyszłoby nam z takiej przezorności? - powiedział Koordynator. Nie ukrywał już pasji. - No, jazda, mówcie wszystko, bez kroplomierza!

– Oni tam coś robią, wzdłuż strumienia, przed nim i za nim, dokoła pagórków, we wszystkich kotlinach, wzdłuż większych bruzd, i to na przestrzeni całych kilometrów - powiedział Doktor. Inżynier skinął głową.

– Za pierwszym razem, kiedy jeszcze było jasno, zauważyliśmy tylko całe korowody tych wielkich bąków - sunęły szykiem w kształcie litery V i wyrzucały ziemię, jakby prowadziły jakieś wykopy. Zobaczyliśmy je na dobre dopiero w powrotnej drodze, ze szczytu wzgórza, i nie spodobały mi się.

– A co ci się w nich nie spodobało? - spytał łagodnie Koordynator.

– To, że są trójkątne, a szczyt każdego trójkąta mierzy w naszym kierunku.

– Cudownie. I nie mówiąc o tym ani słowa, pojechaliście tam jeszcze raz? Wiesz, jak należy nazwać takie postępowanie?

– Może zrobiliśmy głupstwo - powiedział Inżynier. - Nawet na pewno popełniliśmy je, ale pomyśleliśmy sobie, że jak zaczniemy tu obradować, czy jechać drugi raz, i znowu zaczną się spory, kto ma narażać to bezce

– Nie zauważyli was?

– Prawie na pewno nie. W każdym razie żadnych oznak nie widziałem - nie atakowali nas.

– Jak jechaliście teraz?

– Niemal cały czas grzbietami wzgórz, nie samymi szczytami, ale trochę niżej, żeby nie mogli nas dostrzec na tle nieba. Ma się rozumieć, bez świateł. Dlatego tak długo to trwało.

– To znaczy, że w ogóle nie pojechaliście z zamiarem tankowania wody, a kanistry wzięliście tylko, żeby oszukać Chemika?

– Nie, tak nie było - wmieszał się do rozmowy Doktor. Wciąż siedzieli w łaziku, raz w pałaniu błyskowej lampy, raz w mroku, kiedy gasła.

– Chcieliśmy podjechać do strumienia dużo dalej, z drugiej strony, ale nie dało się.

– Dlaczego?

– Tam też prowadzą takie same roboty. Teraz, to znaczy od zapadnięcia ciemności, leją jakiś świecący płyn do tych wykopów - dawał tyle blasku, że można to było doskonale widzieć.

– Co to jest? - Koordynator patrzał na Inżyniera. Ten wzruszył ramionami.

– Może robią jakieś odlewy. Chociaż to było zbyt rzadkie jak na roztopiony metal.

– Czym to dowozili?

– Niczym. Kładli coś wzdłuż bruzd - przypuszczam, że rurociąg, ale na pewno nie mogę powiedzieć.

– Pły

– Mówię ci, co widziałem w ciemności, przez lornetkę, w bardzo kiepskich warunkach oświetlenia - środek każdego wykopu świeci jak rtęciowy palnik, a dokoła wszystko ciemne - nie zbliżyliśmy się zresztą nigdzie bliżej niż na jakieś siedemset metrów.

Lampa błyskowa zgasła i przez chwilę siedzieli, nie widząc się - potem zajaśniała znowu.

– Myślę, że trzeba ją będzie zlikwidować - powiedział, podnosząc wzrok, Koordynator. - I to zaraz - dodał.

– Co tam? - spojrzał w mrok, lampa znowu zapłonęła - zobaczyli wynurzającego się z tunelu Chemika. Podbiegł do wozu, padły pospieszne pytania i odpowiedzi, tymczasem Inżynier zszedł na dół i wyłączył w maszynowni dopływ prądu. Lampa błysnęła ostatni raz i zaległa ciemność. Tym wyraźniej wystąpiła łuna na horyzoncie. Przeniosła się teraz bardziej na południe.

– Jest ich tam jak maku - powiedział Inżynier, który wrócił na powierzchnią i stał przy rakiecie, zwrócony twarzą ku łunie. Jego twarz wystąpiła szaro w nieruchomym odblasku.

– Tych wielkich bąków?

– Nie, dubeltów. Widać było sylwetki na tle tego świecącego ciasta - spieszyli się bardzo, widocznie gęstniało, stygnąc. Obudowywali je jakimiś kratownicami, z tyłu i z boków. Przód, to znaczy część zwrócona w naszą stronę, zostawała wolna.

– I co? Będziemy sobie teraz siedzieli z założonymi rękami, czekając - zaczął podniesionym głosem Chemik.

– Wcale nie - powiedział Koordynator. - Zaraz weźmiemy się do sprawdzania układów Obrońcy.

Przez chwilę milczeli, patrząc w łunę. Kilka razy łysnęła mocniej.

– Chcesz spuścić wodę? - ponuro spytał Inżynier.

– Jak długo się da - nie. Myślałem już o tym. Spróbujemy otworzyć klapę. Jeżeli kontrolki pokażą, że mechanizm zamkowy działa, zatrzaśniemy ją na powrót i będziemy po prostu czekali. Klapa uchyli się przy próbie tylko na milimetry, w najgorszym razie poleci na dół kilkadziesiąt litrów wody. Taka mała plama radioaktywna nie jest problemem, damy sobie z nią radę. Za to będziemy wiedzieli, że w każdej chwili możemy wyjechać Obrońcą na zewnątrz i mamy swobodę manewru.

– W najgorszym razie plama będzie, ale z nas - powiedział Chemik. - Ciekawym, co przyjdzie ci z tych eksperymentów, jeżeli atak będzie atomowy?

– Ceramit wytrzyma do trzystu metrów od punktu zero.

– A jeżeli wybuch będzie o sto?

– Obrońca wytrzyma wybuch i na sto metrów.

– Wkopany w ziemię - poprawił go Fizyk.

– No więc co? Jeżeli zajdzie potrzeba, wkopiemy się.

– Jeżeli wybuch będzie nawet o czterysta, klapa zatnie się termicznie i nie wyjedziesz na zewnątrz! Ugotujemy się jak raki!

– To wszystko nie ma sensu. Na razie bomby nie lecą, a zresztą, powiedzmy to sobie w końcu, u diabła - rakiety nie opuścimy. Jeżeli ją zniszczą, ciekawym, z czego zrobisz drugą?

Po tych słowach Inżyniera zaległo milczenie.

– Czekajcież - zreflektował się naraz Fizyk - przecież Obrońca nie jest kompletny! Cybernetyk wyjął z niego diody.

– Tylko z automatu celowniczego. Można celować bez automatu. Zresztą wiesz - jeżeli strzela się antyprotonami można trafić obok, skutek będzie ten sam…

– Słuchajcie - chciałem zapytać o jedną rzecz… - odezwał się Doktor. Wszyscy zwrócili się ku niemu.

– Co?

– Nic takiego, chciałem tylko spytać, co robi dubelt… Po sekundzie milczenia wybuchła salwa śmiechu.

– To piękne! - zawołał Inżynier. Nastrój odmienił się, jakby niebezpieczeństwo nagle znikło.

– Śpi - powiedział Koordynator. - Przynajmniej spal przed ósmą, kiedy do niego zajrzałem. On w ogóle prawie wciąż potrafi spać.

– Czy on coś je? - spytał Doktor.

– U nas nie chce nic jeść. Nie wiem, co on je. Z tego. co mu podsuwałem, niczego nie tknął.

– Tak, każdy ma swoje kłopoty - westchnął Inżynier. Uśmiechał się w ciemności.

– Uwaga! - rozległ się spod ziemi głos. - Uwaga! Uwaga!!

Odwrócili się gwałtownie, z tunelu wyłaził wielki, ciemny stwór, zachrzęścił łagodnie i stanął. Za nim ukazał się Cybernetyk z płonącą latarką na piersi.

– Nasz pierwszy uniwersalny! - przedstawił z triumfem w głosie. - Co to?… - dodał, spoglądając kolejno na oświetlone twarze towarzyszy. - Co się stało?

– Na razie jeszcze nic - odpowiedział mu Chemik. - Ale może się stać, więcej, niż byśmy sobie życzyli.

– Jak to?… Mamy automat - trochę bezradnie powiedział Cybernetyk.

– Tak? No, to powiedz mu, że może już zacząć.

– Co?

– Kopać groby!!

Po tym okrzyku Chemik roztrącił stojących i wielkimi krokami poszedł przed siebie, w ciemność. Koordynator stał chwilę bez ruchu, patrząc za nim, a potem ruszył w tym samym kierunku.

– Co mu się stało? - spytał oszołomiony Cybernetyk, który nic nie rozumiał.

– Szok - wyjaśnił zwięźle Inżynier. - Przygotowują coś przeciw nam w tych dolinkach na wschodzie. Stwierdziliśmy to w czasie wypadu. Prawdopodobnie będą nas atakować, ale nie wiadomo jak.

– Atakować?

Cybernetyk wciąż jeszcze był w kręgu swojej pracy i swego sukcesu - zdawało się, że to, co mówi Inżynier, wcale nie dociera do jego świadomości. Patrzał rozszerzonymi oczami na stojących, potem zwrócił się ku równinie. Na tle blednącej srebrnawo łuny wracały powoli dwie sylwetki. Cybernetyk spojrzał za siebie - górujący nad ludźmi automat stał tuż, nieruchomy, jak wyciosany ze skały.

– Trzeba coś robić… - wyszeptał jakby do samego siebie.

– Chcemy uruchomić Obrońcę - powiedział Fizyk. - Czy to coś da, czy nie, w każdym razie trzeba się wziąć do roboty. Powiedz Koordynatorowi, niech przyśle za nami Chemika - idziemy na dół. Będziemy naprawiać filtry. Automat podłączy kabel. Chodź - skinął na Cybernetyka. - Najgorzej tak czekać z założonymi rękami.