Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 28 из 55

Obraz był przerażający. Od ściany do ściany chwiało się morze głów, prasowane tłokiem, stojący pod niszą wpatrywali się w niego rozszerzonymi oczami, widział rozpaczliwe wysiłki, jakie czynili, aby oddalić się od niego, konwulsyjnie, jak chwytam drgawkami, ale mogli poruszać się tylko jako cząstki nagiej masy, która parła wciąż w dół uliczki, wyciskając skrajnych aż na ściany, okropny wrzask nie ustawał, nagle zobaczył Doktora - nie miał latarki, posuwał się, a raczej płynął w tłumie, obracany to przodem, to bokiem, gubił się między przewyższającymi go, wielkimi kadłubami, jakieś szmaty powiewały w powietrzu. Chemik trzymanym za łoże i kolbę eżektorem odgradzał się, jak mógł, od napierających, czuł, jak mdleją mu ręce - mokre, śliskie tusze waliły w niego taranami, odskakiwały, gnały dalej, tłum rzedniał, z mroków buchały nowe gromady, latarka zgasła, nieprzenikniona ciemność miotała się, bełkotała, jęczała, pot zalewał mu oczy, wciągał powietrze parzące płuca, tracił przytomność.

Osunął się na kamie

Minęła dobra chwila, zanim sobie uprzytomnił, że to Koordynator wskazuje im pewno kierunek powrotu magnezjową f lara.

Pochylił się, zaczął szukać latarki, ani wiedział, kiedy mu ją wytrącono. Przy samej ziemi powietrze pełne było mdlącej, ohydnej woni, nie mógł jej wprost znieść, doprowadzała do torsji. Wstał. Usłyszał daleki krzyk. To był głos człowieka.

– Doktorze! Tu! Tu! - ryknął. Krzyk odpowiedział, już z bliska, spomiędzy czarnych murów wychynął język światła. Doktor zmierzał ku niemu szybko, ale odrobinę chodził na boki, jakby pijany…

– A - powiedział - jesteś tu, dobrze… Chwycił Chemika za ramię.

– Porwali mnie kawałek, ale udało mi się dostać do sieni… zgubiłeś latarkę?

– Tak.

Doktor wciąż trzymał się jego ramienia.

– Zawrót głowy - wyjaśnił spokojnym głosem, z resztką zadyszki. - To nic, zaraz przejdzie…

– Co to było? - powiedział szeptem, jakby do siebie, Chemik.

Tamten nie odpowiedział. Wsłuchiwali się obaj w ciemność - znowu przekradały się nią dalekie stąpania, mrowiła się od szmerów, kilka razy podniósł się przygłuszony odległością jęk. Drugi wybłysk nieba nad murami rozjaśnił ich szczyty, zadrgał na pionowych krawędziach, żółknącym blaskiem spływał w dół, jak momentalny wschód i zachód słońca.

– Idziemy - powiedzieli jednym głosem.

Gdyby nie flary, nie udałoby im się chyba wrócić przed nastaniem dnia. Tak jednak, wzywani blaskiem, który jeszcze dwukrotnie rozjaśnił łuną mrok kamie

Koordynator stał nad schodami, po których biegli, dysząc, poszedł za nimi powoli, gdy dopadli maszyny i przysiedli na stopniach, zgasił światła i krążył tam i na powrót w ciemności, czekając, aż będą mogli mówić.

Kiedy opowiedzieli mu już wszystko, rzekł tylko:

– No tak. Dobrze, że to się tak skończyło. Tu jest jeden, wiecie…

Nie rozumieli go, dopiero kiedy zapalił boczny reflektor i odwrócił go w tył, skoczyli na równe nogi. Kilkanaście metrów od łazika leżał bez ruchu dubelt.

Doktor pierwszy zatrzymał się przed nim. Z reflektora padała w to miejsce szeroka świetlna droga, na której można było policzyć każde, najmniejsze zagłębienie kamie

Wpółleżał przed nimi, nagi, z uniesioną skośnie górną połową wielkiego torsu. Spomiędzy ziejących mięśni piersiowych spozierało na nich wielkie, bladoniebieskie oko - widzieli tylko rąbek spłaszczonej twarzyczki, jak poprzez szparę nie domkniętych drzwi.

– Jak się tu dostał? - spytał cicho Doktor.

– Nadbiegł z dołu, kilka minut przed wami. Kiedy zapalałem flarę, uciekł, potem wrócił.

– Wrócił?!

– Na to miejsce. Tak.

Stali nad nim, nie wiedząc, co robić. Stwór dyszał jak po długim biegu. Doktor pochylił się, chcąc, najprostszym gestem, pogładzić czy poklepać otwartą dłonią olbrzyma, ten zadrgał, na bladej skórze jego cielska wystąpiły wodniste krople, wielkie jak pęcherze.

– On… się nas boi… - powiedział cicho Doktor. - Co robić? - dodał bezradnie.

– Zostawić go i jechać. Jest późno - rzucił Chemik.

– Nigdzie nie jedziemy. Słuchajcie… - Doktor zawahał się - wiecie co? Siądźmy…

Dubelt nie ruszał się. Gdyby nie miarowe ruchy jego tarczowato rozszerzonej piersi, można by sądzić, że nie żyje. Za przykładem Doktora posiadali wokół niego na kamie

Na koniec - prawie pół godziny po spotkaniu - olbrzym wyprostował się. Miał ze dwa metry wzrostu, ale byłby jeszcze wyższy, gdyby nie pochylał się do przodu. Gdy kroczył, spód jego nieforemnego ciała odmieniał się. Wyglądało na to, że potrafi dowolnie wysuwać lub wciągać nogi, ale to tylko mięśnie, obkurczając się wokół odnóży, czyniły je niejako wyraźniej widzialnymi i zarazem sprawniejszymi w chodzeniu.

Nikt dobrze nie wiedział, jak Doktor tego dokonał - on sam zapewniał potem, że także nie wie, dość że po przeróżnych poklepywaniach, łagodnych gestach, naszeptywaniach dubelt, który na dobre już wysunął swój ruchliwy tors z wewnętrznego gniazda, pozwolił się pociągnąć Doktorowi za cienką rękę do łazika. Jego mała głowa, zwisła do przodu, spoglądała na nich z góry jakby z naiwnym zdumieniem, kiedy zgromadzili się w świetlnym stożku reflektora.

– I co teraz? - powiedział Chemik. - Nie porozumiesz się tu z nim.

– Jak to, co - odparł Doktor - weźmiemy go ze sobą.

– Czy masz dobrze w głowie?

– To dałoby nam wiele - powiedział Koordynator - ale… on waży chyba z pół tony!

– I co z tego? Łazik jest obliczony na więcej.

– Dobryś sobie! Jest nas trzech i ładunek, to już ponad trzysta kilogramów. Mogą nam wałki torsyjne popękać.

– Tak? - powiedział Doktor. - To nie. Niech idzie.

Z tymi słowami popchnął dubelta w stronę opadających schodów.

Wielki stwór (wciąż im się zdawało, kiedy tak stał przy nich, zwłaszcza gdy nie padało nań bezpośrednie światło reflektora, że ma uciętą głowę i na jej miejsce wetkniętą i

– Ależ nie, u diabła… ja tylko żartowałem… - wybełkotał Doktor. Tamci też byli zdumieni tą reakcją. Doktorowi nie bez trudu udało się uspokoić wielkie stworzenie. Niełatwo przedstawiał się problem usadowienia nowego pasażera. Koordynator wypuścił prawie całe powietrze z opon, tak że łazik osiadł niemal na kamieniach, przy świetle ręcznego reflektora wymontowali oba tylne fotele i przytroczyli je do bagażnika, a na sam szczyt tej piramidy wwindowali jeszcze miotacz. Dubelt nie chciał jednak wejść do wozu - Doktor poklepywał go, namawiał, popychał, sam wsiadał i wyskakiwał i gdyby nie okoliczności, byłoby to na pewno bardzo zabawne widowisko. Minęła dawno jedenasta, a mieli jeszcze w ciemności, w ciężkim terenie, jadąc przeważnie stromo pod górę, przebyć z górą sto kilometrów, dzielących ich od rakiety. Doktor stracił w końcu cierpliwość. Chwycił jedną z uniesionych rąk małego torsu i krzyknął:

– Pchnijcie go z tyłu!

Chemik zawahał się - ale Koordynator podparł mocno ramieniem wypuczony grzbiet dubelta, który wydał skomlący dźwięk i tracąc równowagę jednym susem znalazł się w środku. Teraz wszystko poszło już szybko. Koordynator wpuścił powietrze w opony, łazik, choć z wyraźnym przechyłem, ruszył jednak dzielnie z miejsca. Doktor zajął siedzenie przed nowym pasażerem, bo Chemik wolał unikać tego sąsiedztwa i zgodził się na bardzo niewygodną jazdę - stał za plecami Koordynatora.

W potrójnym blasku reflektorów przejechali przez amfilady kolumn, potem długie, gładkie płaszczyzny wiodły ku alei „maczug”, łazik osiągnął na płaskim terenie znaczną szybkość, którą wytracili dopiero u stóp magmatycznego nawisu. W kilkanaście minut dotarli do gliniastych pagórków okalających studnie z okropną zawartością.

Jakiś czas jechali gęstym, przeraźliwie chlupiącym błotem, potem odnaleźli wytłoczone w glinie odciski własnych opon i pojechali niemal dokładnie tak samo, jak przybyli do kotliny.

Łazik, wyrzucając spod kół fonta