Страница 9 из 37
7. Sam początek.
Początek, sam początek, początek opowiedziany w zbliżeniu tak wielkim, że obraz staje się ziarnisty, początek tego czy, prawdę powiedziawszy, każdego i
ego picia, początek zatem picia uniwersalnego, początek picia ponadczasowego, początek wszechpicia, początek Księgi Genezis picia jest zaś taki: ziemia była bezkształtna i duch unosił się nad wodami, i zapłaciłem taksówkarzowi, i wysiadłem z taksówki, i sto razy po drodze do windy sprawdziłem, czy moja podręczna torba bezpiecznie wisi na ramieniu, i wyjechałem windą na dwunaste piętro, i obróciłem klucz w zamku, i zapaliłem światło – na wiszącym na ścianie zegarze było siedemnaście po trzeciej. Raptownie przyspieszyłem kroku, tak jest, przemierzałem dwa pokoje z kuchnią bardzo szybkim krokiem, spieszyłem się bardzo i wszystkie ruchy moje były bardzo szybkie, nie to, że czasu było mało, czasu było dosyć, ale w widzialny i dławiący sposób wzrastało wahanie, nie wzmagam wizyjności niedalekim od prawdy efektem i nie mówię, że z kątów wyłaziły demony wahania, nie, aż tak to nie, ale wokół niewątpliwie było gęściej, ciemniej, a także jakoś bardziej żółto, tak, wokół było gęściej, ciemniej i żółciej, w końcu nawet abstynenci znają określenie dusząca aura, w końcu nawet abstynentom zaczyna niekiedy brakować powietrza i oddychają gwałtowniej, i wykonują spazmatyczne ruchy, jakby rozrywali zaciskające się pętle, jakby rozgarniali gęstniejące stany skupienia. W ostatnich sekundach mojego niepicia zachodziło zjawisko analogiczne, tyle że tysiąckroć dotkliwsze. Nie było mi duszno – dusiłem się. Nie robiłem panicznych czy gwałtownych ruchów – miotałem się jak szaleniec. Choć i to nietrafne, działałem logicznie, w moim szaleństwie była lodowata metoda, szaleńcza była szybkość wszystkich moich ruchów, w szaleńczym tempie, choć dalej ze skrupulatną ostrożnością, stawiałem torbę na biurku, otwierałem ją i wyjmowałem to, co było w środku, szykowałem szklanki, popielniczkę, błyskawicznie przebierałem się w wygodny i ciepły dres – jeszcze, jeszcze można było zgasić dobrze już płonący ogień, jeszcze można było obie butelki kupione w całonocnym sklepie wylać do zlewu, wyrzucić do zsypu, a nawet cisnąć nimi przez otwarte okno, i właśnie ta możliwość, cień tej możliwości niewymownie dramatyzował sytuację, nie szło tu bowiem o to, że dalej istniał rzeczywisty wybór pomiędzy piciem a niepiciem, nie, takiego wyboru nie było już dawno (szczerze mówiąc, takiego wyboru nie było od co najmniej dwudziestu lat), natomiast można było wciąż jeszcze udawać, że taki wybór istnieje, pozorować kabotyńską szamotaninę i nie tyle wahać się pomiędzy piciem a niepiciem, co wiedząc, że już się w zasadzie przestało niepić, dalej męczeńsko wydłużać drogę do picia. Miotałem się i – tak jest – myślałem jeszcze o niepiciu, ale myślałem o niepiciu tak jak człowiek, który z całą pewnością nie popełni samobójstwa, myśli o samobójstwie: wyrazistość wyobrażeń nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Możesz często myśleć o samobójstwie, możesz detalicznie widzieć rozmaite szczegóły, możesz zajadle wyobrażać sobie własnego trupa wiszącego na belce pod powałą, ale przecież w głębi duszy wiesz, że tego nie zrobisz. Tak.W głębi duszy wiedziałem, że tego nie zrobię. Gdybym to zrobił, gdybym nie daj Boże obie kupione w całonocnym sklepie butelki wylał do zlewu albo wyrzucił przez okno, jaki rezultat bym swym nieprawym i faryzejskim uczynkiem osiągnął? Żaden. Musiałbym zdejmować wygodny i ciepły dres, musiałbym się na nowo ubierać, na nowo wkładać buty i wyjściowe ubranie, w którym byłem w gościnie u państwa Katastrofów, iść piechotą albo jechać taksówką do tamtego albo do i
ego całonocnego sklepu i dalej byłoby jeszcze gorzej, z wściekłości na samego siebie, z wściekłości, że dałem się ponieść nieprawemu i faryzejskiemu uczynkowi i popadłem przez to w fałszywe perypetie, z wściekłości na otaczające mnie zewsząd zakłamanie kupiłbym nie dwie a cztery butelki wódki i znów piechotą lub taksówką, i znów po stokroć sprawdzając, czy dwa razy teraz cięższa torba bezpiecznie wisi na ramieniu, wróciłbym do domu, wyjechałbym windą na dwunaste piętro, obrócił klucz w zamku i zapalił światło. Zabawa w pozorne mnożenie możliwych, choć w gruncie rzeczy całkowicie wykluczonych, wydarzeń trwać by mogła w nieskończoność, teraz w końcu mógłbym wylać do zlewu lub wyrzucić przez okno wszystkie cztery butelki i raz jeszcze wkoło całą rundę krok po kroku powtórzyć, i raz jeszcze, i jeszcze raz, tę koszmarną dziecinadę trzeba było niezawodnie przerwać, trzeba było po męsku spojrzeć prawdzie w oczy, a prawdą nie było wylewanie wódki do zlewu i wyrzucanie butelek przez okno – prawdą było picie. Poruszałem się z niezwykłą prędkością, bo szło o to, by jak najprędzej wlać w siebie pierwszą dawkę prawdy i zabić męczącą retorykę. Trzeba było jak najprędzej skończyć z świadomą literaturą wiecznych wątpliwości i wybrać niezachwiane, nieprzytomne życie.