Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 4 из 37

3. Doktor Granada.

– Wie pan, panie J… jestem absolutnie pewien, że ani jeden z kilkudziesięciu leżących teraz na moim oddziale orłów oraz ani jedna z kilku orlic nie wzbije się już w powietrze. Nikt z was nie wyzdrowieje, nikt z was nie przestanie pić. Ani dzielący z panem pokój Kolumb Odkrywca, ani Szymon Sama Dobroć, ani Don Juan Ziobro, ani Król Cukru, ani Przodownik Pracy Socjalistycznej, którego żywy trup nie dalej jak wczoraj znów zawitał w nasze progi, ani Najbardziej Poszukiwany Terrorysta Świata, ani Królowa Kentu, ani Fa

Doktor Granada przypominał mi doktora Swobodziczkę z Wisły, ten sam zapach archaicznej wody kolońskiej, podobna powierzchowność, uchwytna analogia brawurowych nazwisk, podobny wyniosły (“z wysoka mówię do was”) stosunek do świata, podobny, a może nawet identycznie huczący, tubalny głos, podobna skło

– Ale w nich jest jakaś ułuda, niektórzy przynajmniej z całych sił ulegają mocy własnych złudzeń – błękit w jedynym oku doktora Granady gęstnieje jak zamrożony Absolut.

– Oni choć teraz wierzą, że nie będą więcej pić, są święcie przekonani, że nie wypiją już w życiu ani jednego kieliszka, obiecują to sobie uczciwie. Nie sprostają, rzecz jasna, szpony nałogu prędzej czy później zacisną się wokół spragnionych gardeł, teraz, po odtruciu, są abstynentami, powiedzmy quasiabstynentami, wiedzą niezbicie, że dobrze jest nie pić, i jak uchlawszy się na nowo nie umrą za pierwszym razem, to przynajmniej będą czas jakiś wspominać tę szpitalną czy nawet krótko poszpitalną trzeźwość. Będą się szamotać, będą się daremnie szamotać pomiędzy piciem a niepiciem, ale przynajmniej ta ich daremna szamotanina będzie znakiem jakiejś przegranej, bo przegranej, ale walki, znakiem jakiegoś ruchu. Dostaną baty, ale wyjdą na boisko, a pan, panie J… już nie wychodzi na boisko. Pan jest nieruchomy, pan zastygł w butelce jak owad w bursztynie. Pan jest całkowicie wewnętrznie wypalony. Zgliszcza są w panu i są to lodowate zgliszcza. Pożar doszczętnie zgaszony przez ulewne deszcze. Niby pan tu siedzi w moim gabinecie, niby pan coś mówi, można by nawet chwilami odnieść mylne wrażenie, że mówi pan do rzeczy, ma pan jeszcze na sobie szpitalną piżamę, ale pana tak naprawdę już tu nie ma, pan już elegancko odziany w wyjściowe ubranie siedzi na wysokim stołku, pan już pije, panie J. Pod koniec tygodnia wyjdzie pan stąd w świetnej formie, napompowany witaminami, z jako tako uzupełnionym niedoborem magnezu, pokrzepiony substancjami krzepiącymi i ukojony środkami kojącymi, wyjdzie pan stąd na własnych nogach, bo postawiliśmy pana, już nie pamiętam który raz, na nogi, i gdzież pan skieruje swoje nieomylne kroki? Czyż muszę pytać? Czyż muszę mój głos trudzić pytajną intonacją? Uda się pan czem prędzej do najbliższej gospody albo do najbliższego sklepu monopolowego.

Doktor Granada miał absolutną rację. Zawsze po wyjściu z oddziału deliryków kierowałem swe kroki do najbliższej gospody albo do najbliższego sklepu monopolowego. Ściśle rzecz ujmując, wpierw udawałem się do gospody, gwoli dalszej ścisłości muszę zaznaczyć, iż nie była to najbliższa gospoda, to znaczy była to gospoda najbliższa mojemu opuszczonemu przez moje żony mieszkaniu na rondzie ONZ. Tak jest, wychodziłem z oddziału deliryków, udawałem się na najbliższy postój taksówek i taksówką jechałem w bezpośrednie pobliże mojego wieżowca, pewniej się czułem w swoich okolicach, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej i wchodziłem do gospody “Pod Mocnym Aniołem”, i w celu uporządkowania doznań wypijałem cztery pięćdziesiątki. Potem w pobliskim sklepie kupowałem butelkę wódki i stawiałem czoło rozgardiaszowi przedmiotów. Nieładowi nieusta