Страница 46 из 63
— Elfy — domyślił się. - Scoia'tael? Uciekają do Brokilonu, prawda? Całe komando…
— Nie — odmruknał Geralt wpatrzony w mgłę. Poeta wiedział, że wzrok i słuch wiedźmina są niebywale bystre i czułe, ale nie był w stanie odgadnąć, czy ocenia wzrokiem, czy słuchem. - Tb nie komando. To jest to, co zostało z komanda. Pięciu lub sześciu ko
— Gar'ean — powiedziała ostrzegawczo zielonowłosa driada, unosząc łuk. - Nfe va, Gwynbleidd! Ki'rin!
— Thaess aep, Fauve — odrzekł niespodziewanie ostro wiedźmin. - M'aespar que va'en, elFea? Proszę, strzelaj. Jeśli nie, zamknij się i nie próbuj mnie straszyć, bo mnie nie można już niczym przestraszyć. Muszę porozmawiać z Milvą Barring i zrobię to, czy ci się to podoba, czy nie. Zostań, Jaskier.
Driada opuściła głowę. Łuk też.
Z oparu wyłoniło się dziewięć koni i Jaskier zobaczył, że rzeczywiście tylko sześć niosło jeźdźców. Dostrzegł sylwetki driad wyłaniających się z zarośli i idących na spotkanie. Zauważył, że trzem ko
- Ścigali ich… — mruknął. Fauve odwróciła się, zaciskając dłoń na łęczysku.
— Ty śpiewaj taką pieśń, taedh — warknęła. - N'te shaent a'mi
— Ja — bąknął — nie jestem winien temu, co się dzieje… Driada milczała przez chwilę, patrząc w bok.
— Ja też nie — powiedziała i szybko odeszła w gąszcz.
Wiedźmin wrócił, nim minęła godzina. Prowadził dwa osiodłane konie — Pegaza i gniadą klacz. Czaprak klaczy nosił ślady krwi.
— To koń elfów, prawda? Tych, którzy przeszli rzekę?
— Tak — odrzekł Geralt. Twarz i głos miał zmienione i obce. - To klacz elfów. Chwilowo jednak posłuży mnie. A gdy będę miał okazję, wymienię ją na konia, który umie nieść ra
— Odjeżdżamy stąd?
— Ty odjeżdżasz — wiedźmin rzucił poecie wodze Pegaza. - Bywaj, Jaskier. Driady odprowadzą cię ze dwie mile w górę rzeki, żebyś nie wpadł na żołdaków z Brugge, którzy pewnie wciąż kręcą się na tamtym brzegu.
— A ty? Zostajesz tu?
— Nie. Nie zostaję.
— Dowiedziałeś się czegoś. Od Wiewiórek. Dowiedziałeś się o Ciri, tak?
— Bywaj, Jaskier.
— Geralt… Posłuchaj mnie…
— Czego mam słuchać? - krzyknął wiedźmin i zająknął się nagle. - Ja jej przecież… Nie mogę jej przecież zostawić na pastwę losu. Ona jest zupełnie sama… Ona nie może być sama, Jaskier. Nie zrozumiesz tego. Nikt tego nie zrozumie, ale ja to wiem. Jeśli ona będzie samotna, stanie się z nią to samo co kiedyś… To, co kiedyś stało się ze mną… Nie zrozumiesz tego…
— Rozumiem. I dlatego jadę z tobą.
— Zwariowałeś. Czy wiesz, dokąd się wybieram?
— Wiem. Geralt, ja… Ja nie powiedziałem ci wszystkiego. Jestem… Czuję się wi
Wiedźmin milczał długo, bezbro
— Wskakuj na siodło — powiedział wreszcie zmienionym głosem. - Opowiesz mi w drodze.
Tego ranka w pałacu Loc Grim, letniej rezydencji imperatora, panowało niezwykłe poruszenie. Tym bardziej niezwykłe, że wszelkie poruszenia, wzruszenia i ożywienia absolutnie nie leżały w zwyczaju nilfgaardzkiej szlachty, a okazywanie niepokoju lub podniecenia uważano za objaw niedojrzałości. Podobne zachowanie traktowane było wśród nilfgaardzkich wielmożów tak naga
Tego ranka w Loc Grim nie było jednak młodzieży. W Loc Grim młodzież nie miała czego szukać. Olbrzymią salę tronową pałacu zapełniali poważni i surowi arystokraci, rycerze i dworacy, wszyscy jak jeden mąż odziani w ceremonialną dworską czerń, ożywioną jedynie bielą kryz i mankietów. Mężczyznom towarzyszyły nieliczne, lecz równie poważne i surowe damy, którym zwyczaj zezwalał rozjaśnić czerń stroju odrobiną skromnej biżuterii. Wszyscy udawali, że są dostojni, poważni i surowi. A byli niesamowicie podnieceni.
— Powiadają, że jest brzydka. Chuda i brzydka.
— Ale to podobno królewska krew.
— Z nieprawego łoża?
— Nic podobnego. Legalna.
— Zasiądzie więc na tronie?
— Jeśli imperator tak postanowi…
— Do pioruna, spójrzcie tylko na Ardala aep Dahy i na księcia de Wett… Ależ mają miny… Jakby się octu napili…
— Ciszej, hrabio… Dziwisz się ich minom? Jeśli plotki się potwierdzą, Emhyr wymierzy policzek starym rodom. Upokorzy je…
— Plotki się nie potwierdzą. Imperator nie poślubi tej znajdy! Nie może tego uczynić…
— Emhyr wszystko może. Baczcie na słowa, baronie. Uważajcie, co mówicie. Byli już tacy, którzy twierdzili, że Emhyr nie może tego czy tamtego. Skończyli na szafocie.
— Powiadają, że już podpisał dekret o nadaniach dla niej. Trzysta grzywien renty, wyobrażacie sobie?
— I tytuł princessy. Czy któryś z was już ją widział?
— Natychmiast po przybyciu oddano ją pod opiekę hrabiny Liddertal, a dom otoczono gwardią.
— Powierzono ją hrabinie, by ta wpoiła smarkuli trochę pojęcia o manierach. Mówią, że ta wasza princessa zachowuje się jak dziewka z obory…
— Co w tym dziwnego? Pochodzi z Północy, z barbarzyńskiej Cintry…
— Tym mniej prawdopodobne są plotki o ożenku Emhyra. Nie, nie, to absolutnie niemożliwe. Imperator pojmie za żonę najmłodszą córkę de Wetta, tak jak planowano. Nie poślubi tej uzurpatorki!
— Najwyższy czas, by wreszcie kogoś poślubił. Ze względu na dynastię… Najwyższy czas, byśmy mieli małego arcyksięcia…
— Niech się więc żeni, ale nie z tą przybłędą!
— Ciszej, bez egzaltacji. Zaręczam wam, szlachetni panowie, że do tego związku nie dojdzie. Jaki cel miałby przyświecać takiemu mariażowi?
— To polityka, hrabino. Toczymy wojnę. Ten związek miałby znaczenie polityczne i strategiczne… Dynastia, z której pochodzi princessa, ma legalne tytuły i potwierdzone prawa le
— Popieracie tedy tę dziwaczną parantelę, mości książę? A może wręcz doradzaliście to Emhyrowi, co?
— To moja rzecz, margrabio, co popieram, a czego nie. A decyzji imperatora nie radziłbym wam kwestionować.
— A zatem podjął już decyzję?
— Nie sądzę.
— Jesteście więc w błędzie, nie sądząc, — Co chcesz przez to powiedzieć, pani?
— Emhyr odprawił z dworu baronową Tarnha
— Zerwał z Dervlą Tryffin Broi
— Powtarzam, odprawił ją z dworu.
— To prawda. Powiadają, że Złotowłosa Dervla straszliwie się awanturowała. Czterech gwardzistów przemocą wsadzało ją do karety…
— Jej mąż się uraduje…
— Wątpię.
— Na Wielkie Słońce! Emhyr zerwał z Dervlą? Zerwał z nią dla tej znajdy? Dla tej dzikuski z Północy?
— Ciszej… Ciszej, do diaska…
— Kto to popiera? Które stro
— Ciszej, prosiłam. Patrzą na nas…
— Ta dziewka… Chciałem powiedzieć, princessa… Podobno jest brzydka… Gdy imperator ją zobaczy…
— Chcecie powiedzieć, że jeszcze jej nie widział?
— Nie miał czasu. Przybył z Darń Ruach przed godziną.
— Emhyr nigdy nie gustował w brzydkich. Aine Dermott… Clara aep Gwydolyn Gór… A Dervla Tryffin Broi
— Może ta znąjdka z czasem wyładnieje…
— Gdy się ją domyje? Księżniczki z Północy podobno myją się rzadko…
— Baczcie na słowa. Mówicie, być może, o małżonce imperatora…
— To jeszcze dziecko. Ma nie więcej niż czternaście lat.
— Powtarzam, to byłby związek polityczny… Czysto formalny…
— Gdyby tak było, Złotowłosa Dervla pozostałaby na dworze. Znąjdka z Cintry politycznie i formalnie zasiadałaby na tronie obok Emhyra… Ale wieczorem Emhyr dawałby jej do zabawy tiarę i klejnoty koro
— Hmmm… Tak… Coś w tym jest. Jak ma na imię ta… princessa?
— Xerella, czy jakoś tak.
— Skądże, nieprawda. Zwie się… Zirilla. Tak, chyba Zirilla.
— Barbarzyńskie imię.
— Ciszej, u kaduka…
— I więcej powagi. Zachowujecie się jak smarkacze!
— Baczcie na słowa! Baczcie, bym ich nie uznał za zniewagę!
— Jeśli żądacie satysfakcji, wiecie, gdzie mnie szukać, margrabio!
— Ciszej! Spokój! Imperator…
Herold nie musiał się specjalnie wysilać. Wystarczyło jednego uderzenia laską o posadzkę, by udekorowane czarnymi beretami głowy arystokratów i rycerzy schyliły się niby kłosy pod uderzeniem wichru. W sali tronowej zapanowała cisza, taka że głosu herold również nie musiał nadmiernie wytężać.
— Emhyr var Emreis, Deithwen Addan yn Carn aep Monrudd!
Biały Płomień Tańczący na Kurhanach Wrogów wszedł na salę. Przemaszerował szpalerem szlachty swym zwykłym szparkim krokiem, energicznie machając prawą ręką. Jego czarny strój niczym nie różnił się od stroju dworaków, jeśli nie liczyć braku kryzy. Ciemne włosy imperatora, jak zwykle nie ufryzowane, utrzymywała we względnym ładzie wąska złota obręcz, na szyi połyskiwał cesarski alszband.