Страница 25 из 63
— Nie gardzę szpiegami. Gardzę szpiegowaniem. I gardzę pogardą. Nie proponuj mi żadnych zakładów, Filippa. Owszem, ja też czuję, że coś tu wisi w powietrzu. I niech sobie wisi na zdrowie. Mnie to nie dotyczy i nie obchodzi.
— Już mi to kiedyś powiedziałeś. W Oxenfurcie.
— Cieszę się, że nie zapomniałaś. Okoliczności, jak tuszę, pamiętasz również?
— Precyzyjnie. Nie zdradziłam ci wówczas, komu służy ten cały Rience, czy jak mu tam było. Pozwoliłam mu uciec. Ech, byłeś wtedy na mnie zły…
— Delikatnie mówiąc.
— Przyszedł czas, bym się zrehabilitowała. Jutro dam ci tego Rience'a. Nie przerywaj, nie rób min. Tb nie jest żaden zakład w stylu Dijkstry. To obietnica, a ja dotrzymuję obietnic. Nie, żadnych pytań, proszę. Zaczekaj do jutra. Teraz zaś skupmy się na kawiorze i banalnych ploteczkach.
— Nie ma kawioru.
— Jedną chwilę.
Rozejrzała się szybko, poruszyła dłonią i wymruczała zaklęcie. Srebrne naczynie w kształcie wygiętej w skoku ryby natychmiast wypełniło się ikrą zagrożonego wymarciem jesiotra łopatonosego. Wiedźmin uśmiechnął się.
— Można najeść się iluzją?
— Nie. Ale snobistyczny smak można nią mile połechtać. Skosztuj.
— Hmm… Rzeczywiście… Zdaje mi się smaczniejszy niż prawdziwy…
— I nie tuczy — rzekła dumnie czarodziejka, skrapiając sokiem z cytryny kolejną kopiastą łyżeczkę kawioru. -Czy mogę cię prosić o kieliszek białego wina?
— Służę. Filippa?
— Słuchani cię.
— Podobno konwenans zabrania rzucania tutaj zaklęć. Czy zatem nie byłoby bezpieczniej zamiast iluzji kawioru wyczarować iluzję samego smaku? Samo wrażenie? Przecież potrafiłabyś…
— Oczywiście, że potrafiłabym — Filippa Eilhart spojrzała na niego przez kryształ kielicha. - Konstrukcja takiego zaklęcia jest prostsza od konstrukcji cepa. Ale mając tylko wrażenie smaku, stracilibyśmy przyjemność, której dostarcza czy
— Słucham, ciesząc się z wyprzedzeniem.
— Wrażenie orgazmu też umiałabym wyczarować.
Nim wiedźmin odzyskał mowę, podeszła do nich niewysoka, szczupła czarodziejka o długich, prostych włosach koloru słomy. Poznał ją od razu — była to ta w pantofelkach ze skóry rogatej agamy i bluzeczce z zielonego tiulu, nie kryjącej nawet tak drobnego detalu jak mały pieprzyk nad lewą piersią.
— Przepraszam — powiedziała — ale muszę przerwać wam ten flircik. Filippa, Radcliffe i Detmold proszą cię o chwilę rozmowy. Pilnie.
— Cóż, jeśli tak, idę. Pa, Geralt. Poflirtujemy później!
— Aha! — blondynka otaksowała go wzrokiem. - Geralt. Wiedźmin, na punkcie którego oszalała Ye
— Znam ten rodzaj męki — odrzekł, uśmiechając się grzecznie. - Właśnie w tej chwili jej doznaję.
— Przepraszam za gafę. Jestem Keira Metz. O, kawior!
— Uważaj, to iluzja.
— Do diabła, masz rację! - czarodziejka puściła łyżkę, jakby był to ogon czarnego skorpiona. - Kto był tak bezczelny… Ty? Umiesz tworzyć iluzje czwartego stopnia? Ty?
— Ja — zełgał, nie przestając się uśmiechać. - Jestem mistrzem magii, udaję wiedźmina, by zachować incognito. Czy sądzisz, że Ye
Keira Metz spojrzała mu prosto w oczy, skrzywiła usta.
Na szyi nosiła medalion w kształcie krzyża ankh, srebrny, wysadzany cyrkoniami.
— Może wina? — zaproponował, by przerwać niezręczne milczenie. Obawiał się, że jego żart nie został dobrze odebrany.
— Nie, dziękuję… kolego mistrzu — powiedziała lodowato Keira. - Nie piję. Nie mogę. Dziś w nocy zamierzam zajść w ciążę.
— Z kim? — spytała podchodząc farbowana na rudo przyjaciółka Sabriny Glevissig, odziana w przezroczystą bluzeczkę z białej żorżety, ozdobioną przemyślnie rozlokowanymi aplikacjami. - Z kim? — powtórzyła, niewi
Keira odwróciła się i zmierzyła ją wzrokiem od trzewiczków z białego legwana po diademik z pereł.
— A co cię to obchodzi?
— Nic. Ciekawość profesjonalna. Nie przedstawisz mnie twemu towarzyszowi, sły
— Z niechęcią. Ale wiem, że nie dasz się spławić. Geralt, to jest Marti Sodergren, uzdrowicielka. Jej specjalność to afrodyzjaki.
— Czy musimy rozmawiać o interesach? O, zostawiliście dla mnie trochę kawioru? Jak miło z waszej strony.
— Uwaga — powiedzieli chórem Keira i wiedźmin. - Tb iluzja.
— Faktycznie! — Marti Sodergren pochyliła się, zmarszczyła nosek, po czym wzięła do ręki kielich, spojrzała na ślad karminowej pomadki. - No jasne, Filippa Eilhart. Któż i
— I jest nimfomanką? - zaryzykował wiedźmin. Marti i Keira parsknęły jednocześnie.
— Czyżbyś na to liczył, emablując ją i próbując flirtu? — spytała uzdrowicielka. - Jeżeli tak, to wiedz, że ktoś cię złośliwie nabrał. Filippa od jakiegoś czasu przestała gustować w mężczyznach.
— A może ty jesteś kobietą? - Keira Metz wydęła lśniące wargi. - Może tylko udajesz mężczyznę, kolego mistrzu magii? By zachować incognito? Wiesz, Marti, wyznał mi przed chwilą, że lubi udawać.
— Lubi i umie — uśmiechnęła się złośliwie Marti. - Prawda, Geralt? Nie tak dawno widziałam, jak udajesz, że masz kiepski słuch i że nie znasz Starszej Mowy.
— On ma mnóstwo wad — powiedziała zimno Ye
— Na to wygląda — zgodziła się Marti Sodergren, wciąż złośliwie uśmiechnięta. - Życzymy tedy miłej zabawy. Chodź, Keira, napijemy się czegoś… bezalkoholowego. Może i ja zdecyduję się na coś dziś w nocy?
— Uff- sapnął, gdy odeszły. - W samą porę, Yen. Dziękuję ci.
— Dziękujesz? Chyba nieszczerze. Na tej sali jest dokładnie jedenaście kobiet chwalących się cyckami spod przejrzystych bluzek. Zostawiam cię na pół godziny, po czym przyłapuję na rozmowie z dwiema z nich…
Ye
— …i najedzeniu iluzji — dodała. - Och, Geralt, Geralt. Chodź. Jest okazja przedstawić cię kilku osobom wartym poznania.
— Czy jedną z tych osób jest Vilgefortz?
— Ciekawe — czarodziejka zmrużyła oczy — że właśnie o niego pytasz. Tak, to Vilgefortz pragnie cię poznać i porozmawiać z tobą. Uprzedzam, rozmowa może wyglądać na banalną i niefrasobliwą, ale niech cię to nie zmyli. Vilgefortz to wytrawny, niebywale inteligentny gracz. Nie wiem, czego chce od ciebie, ale bądź czujny.
— Będę czujny — westchnął. - Ale nie sądzę, żeby twój wytrawny gracz był w stanie mnie zaskoczyć. Nie po tym, co ja tu przeszedłem. Rzucili się na mnie szpiedzy, opadły wymierające gady i gronostaje. Nakarmiono mnie nie istniejącym kawiorem. Nie gustujące w mężczyznach nimfomanki podawały w wątpliwość moją męskość, groziły gwałtem na jeżu, straszyły ciążą, ba, nawet orgazmem, i to takim, któremu nie towarzyszą rytualne ruchy. Brrr…
— Piłeś?
— Odrobinę białego wina z Cidaris. Ale prawdopodobnie był w nim afrodyzjak… Yen? Czy po rozmowie z tym Vilgefortzem wrócimy do Loxii?
— Nie wrócimy do Loxii.
— Słucham?
— Chcę spędzić tę noc w Aretuzie. Z tobą. Afrodyzjak, powiadasz? W winie? Interesujące…
— O jejku, jej — westchnęła Ye
Geralt wyplątał palce z jej loków, nie skomentował. Po pierwsze, stwierdzenie mogło być prowokacją, bał się ukrytego w przynęcie haka. Po drugie, nie chciał słowami zacierać smaku jej rozkoszy, który wciąż miał na wargach.
— Od bardzo dawna nie kochałam się z mężczyzną, który wyznał mi miłość i któremu ja wyznałam miłość — zamruczała po chwili, gdy już było jasne, że wiedźmin nie weźmie przynęty. - Zapomniałam, jak wtedy może być. Jejku, jej.
Przeciągnęła się jeszcze silniej, wyprężając ramiona i chwytając oburącz rogi poduszki, a jej zalane księżycowym blaskiem piersi nabrały wówczas kształtu, który odezwał się wiedźminowi dreszczem w dole pleców. Objął ją, oboje leżeli nieruchomo, wygasali, stygli.
Za oknem komnatki jazgotały cykady, słychać też było odległe, ciche głosy i śmiech, świadczące o tym, że bankiet trwał nadal mimo dość późnej pory.
— Geralt?
— Tak, Yen?
— Opowiedz.
— O rozmowie z Vilgefortzem? Teraz? Opowiem ci rano.
— Teraz, proszę.
Patrzył na sekretarzyk w rogu komnatki. Leżały na nim książki, albumy i i
Lalka wpatrywała się w niego oczami z guzików. Odwrócił wzrok.
Gdy Ye