Страница 33 из 62
– Gdzie państwo chcą zakładać ten dom? Bo jak rozumiem, posiadają państwo stosowny lokal? Powiat niczego państwu nie da, bo nie ma.
Jakiś czas potem Adam przyznał się Zosi, że w tym momencie nieco go tąpnęło, ponieważ doskonale wiedział o niewykorzystanych domach na terenie powiatu; sam kiedyś robił materiał w tej sprawie. Zmilczał jednak, bo nie był to dobry moment do przechwalania się zasobem posiadanych wiadomości.
– Mamy duży dom w Lubinie.
– Ach, tak. A dzieci skąd państwo zamierzają brać?
– Myśleliśmy o zabraniu całej grupy z domu dziecka, w którym pracuje moja… narzeczona…
– Państwo nie są małżeństwem? – spektakularnie zdziwiła się chłodna, zadowolona, że znalazła na nich haka. – To my w ogóle nie mamy o czym rozmawiać, proszę państwa. Rodzi
– Chwila. – Adam zebrał wszystkie swoje zasoby zimnej krwi. – Pobieramy się na dniach. O ile wiem, trzeba przejść jakieś szkolenie w temacie, no więc ja panią uprzejmie zapewniam, że zanim to szkolenie się skończy, będziemy mieli dla pani wszystkie kwity, jakich pani potrzebuje. Tak?
– A wie pan chociaż, jakich kwitów pan nie ma?
– Ja nie, ale pani zapewne wie. To ja teraz proszę, żeby mi pani powiedziała. A najlepiej, żeby mi pani skserowała ten wykaz.
– Jaki wykaz mam panu skserować?! – chłodna zatrzęsła się z oburzenia.
– Wykaz kwitów. Nie ma pani takiego? Boże jedyny. To proszę mówić, co nam będzie potrzebne.
– Będzie pan notował?
– Będę nagrywał. – Adam wyjął z kieszeni dyktafon niczym sztukmistrz królika z cylindra i podstawił go chłodnej pod nos. – Proszę, niech pani mówi.
Chłodna aż podskoczyła.
– A co to za maniery? Co to za nagrywanie? Pan chce dom dziecka zakładać czy program nagrywać? Ja sobie wypraszam! Proszę to zabrać! Ja się nie zgadzam! Jest w naszym kraju jakaś ochrona prywatności! Jakaś ochrona twarzy!
Zosia skręcała się z wewnętrznej uciechy, natomiast Adam zachował kamie
– Ja pani twarzy nie nagrywam – powiedział spokojnie. – To jest dyktafon. On nie robi takich nagrań, co by się nadawały na antenę. Niech no pani przestanie histeryzować i mówi. Nie mogę notować, bo potem sam siebie nie odczytam, a tak to wklepię od razu w komputer i będę miał porządnie. No proszę, co nam będzie potrzebne?
Prztyknięcie guziczkiem dyktafonu spowodowało kolejne wzdrygnięcie się pięknej urzędniczki.
– Najpierw państwo się zgłoszą na szkolenie w Ośrodku Adopcyjnym. Takie szkolenie potrwa trzy miesiące. Muszę dostać zaświadczenie, że państwo je skończyli. Potem będzie potrzebne zaświadczenie lekarskie, od psychiatry, od psychologa, zaświadczenie o niekaralności, opinia z zakładu pracy. Aha, i wywiad środowiskowy w domu u państwa będzie przeprowadzony.
– Świadectwo od proboszcza niepotrzebne? – zdziwił się Adam.
– I po co pan jest złośliwy? To panu wcale nie pomoże. I tak nie wiadomo, czy starosta się zgodzi, żeby państwo tu zakładali jakieś prywatne domy dziecka za państwowe pieniądze!
– Ja tu czegoś nie rozumiem – zżymał się Adam, kiedy już siedzieli w samochodzie i jechali do kolejnego urzędu, do Międzyzdrojów. – Przecież rodzi
– O miejsca pracy między i
– Piętnaście.
– Konserwator, dwie kucharki, zaopatrzeniowiec, księgowa, sprzątaczka.
– Dwadzieścia jeden osób. Nieźle. A dzieci ile?
– Koło sześćdziesiątki, czasem siedemdziesiątki. Siedemdziesiąt kilka.
– No to wychodzi po troje dzieci z kawałkiem na osobę. A w rodzi
– Różnie, zależy ile dzieci się weźmie. U nas będzie po siedem na twarz. Cioci Leny nie liczę, bo jej państwo nie będzie płacić. Ale tak jest w domach z dużymi dziećmi. Jak są małe, to wychodzi jeden na jeden, a czasem obsługi jest więcej niż dzieci.
– No to powi
– Lalka, ty nie robiłaś czasem jakichś materiałów o ludziach, którzy zakładają rodzi
W telewizyjnym bufecie było już prawie pusto. Adam wpadł tam dość późno, żeby zjeść gołąbki, które życzliwie zostawiła dla niego pani Ewa, i z zadowoleniem zastał tam starszą koleżankę reporterkę Lalkę Manowską. Grzebała z roztargnieniem w sałatce śledziowej, jednocześnie popijając kawę i czytając jakieś wydruki. Przysiadł się do niej, stwierdził, że wydruk jest tekstem dla lektora, i przełykając gołąbki, zaczął pogawędkę.
– Robiłam – odparła Lalka, nie odrywając oczu od tekstu. – Chcesz jakieś wypowiedzi? Mam jeszcze surówki, zapomniałam przewinąć i dlatego nie skasowałam. Fajni ludzie to są na ogół.
– Też tak uważam. Ale nie chcę od ciebie materiałów. Pogadaj ze mną.
– Proszę cię bardzo. – Lalka odłożyła wydruk. – Na temat domów dziecka? Potrzebujesz kontaktów?
– Potrzebuję pogadać. Ale dziękuję za dobre chęci.
– Dlaczego chcesz ze mną rozmawiać o rodzi
– Bo zamierzam takowy założyć.
Lalka zachłysnęła się kawą.
– Rąbnąć cię w plecki?
– Nie waż się. Czy ja dobrze słyszałam?
– Dobrze.
– Adasiu kochany, ale do tego trzeba mieć rodzinę, to znaczy żonę. Masz jakąś?
– Mam mieć. Na razie tego nie ogłaszam. News o domu też chwilowo ściśle tajny. Sonduję grunt. Pod dom, nie pod żonę.
– Znam ją?…
– Raczej nie. To jej pomysł, ona pracuje w domu dziecka, którego nie znosi. I mówi, że domy dziecka należałoby wysadzić w powietrze co do jednej sztuki. Te zwyczajne.
– Ma rację. Co więcej, wszyscy to wiedzą. Te domy to czysta patologia. Ludzi, którzy chcą z nich zabierać dzieci i zakładać takie rodzi
– Miałem takie samo wrażenie. Instynktownie. Ale nikt mnie nie chciał brać na ręce, nawet tak jakby przeciwnie. Wiesz coś o tym?
– No wiem, robiłam ten reportaż. To znaczy wiem, że istnieje u nas takie zjawisko, ale za Boga nie potrafię sobie wytłumaczyć, dlaczego. Słuchaj, Adam, na Dolnym Śląsku takie rodzi
– Nie będę czekał kilku lat, nie mam cierpliwości.
– Znam taki przypadek, gdzie starosta powiatu ogłosił przetarg na prowadzenie rodzi
– Ciotka zostawiła mi w spadku dużą chałupę w Lubinie, wiesz, nad Zalewem, pięknie położoną. Tak sobie pomyślałem, że co się będzie miejsce marnować, Zosia, moja… narzeczona, miała ten pomysł, spodobał mi się. Mam już dosyć telewizji, ale o tym też na razie nie rozpowiadaj, proszę.
– Proszę bardzo, jak chcesz. Ale życzę ci szczęścia, młody kolego.
– Dziękuję ci, stara koleżanko. Nie wylewaj mi tych fusów na kolana, proszę cię. Powiedziałem to czule.
– Chyba że czule. Słuchaj, gdybyś miał jakieś kłopoty, to może by pospieszyć z jakąś odsieczą? Nie na zasadzie: „a to świnie, dać im popalić!”, tylko tak jakoś: „słyszałam, że na waszym terenie powstaje nowy rodzi
– No wiesz, jakby już nie było wyjścia… w dobrej sprawie wszystkie chwyty dozwolone…
– Jak powiedział Al Capone. Też tak myślę. Słuchaj, podrzucę ci argument, jakbyś chciał konkretami rzucać w urzędników. Bo nie wiem, czy wiesz, jak się różnią koszty utrzymania dzieci w normalnych domach dziecka i rodzi
– Nie mam pojęcia, o tym programu nie robiłem. Zosia pewnie wie.
– Ach, Zosia. To uważaj: w normalnym dziecko kosztuje przeciętnie dwa i pół tysiąca. W domu małego dziecka trzy i pół. A ty na dziecko dostaniesz półtora. Miesięcznie. I z tym sobie musisz poradzić.
– No tak, na tyle liczyliśmy. Ale porównanie jest fajne, wykorzystam.
– Kiedy się będziesz zwalniał z fabryki?
– Dopiero jak wszystko będzie gotowe. Szkolenia, papiery, zaświadczenia, że się nadaję. Pani Paproszkowska się ucieszy, ona mnie nie lubi, bo jej pyskowałem kilka razy.
– A to cię nie lubi, faktycznie. Ona lubi, jak jej się patrzy w oczy i pyta o zdanie. Pytałeś ją o zdanie?
– Boję się, że nie.
– Uuuu, zero dyplomacji. Podobno w Rzeszowie kilka osób sczyściła z ekranu właśnie z tej przyczyny. Za bardzo były przemądrzałe te osoby.
– Coraz bardziej utwierdzam się w słuszności mojej decyzji.
– Nie będzie ci żal?
– Chyba nie. Patrz, w takim domu dziecka będę sobie mógł być dowolnie przemądrzały…
Haneczka Zierko zostawiła odłogiem swoją kawę i patrzyła na Zosię jak na dziwo nie wiadomo skąd.
– Już się tak nie gap strasznie, musiałam komuś powiedzieć, bo chyba bym pękła – westchnęła Zosia i pomieszała łyżeczką w filiżance. Siedziały w okrągłej kawiarni na dwudziestym drugim piętrze okrągłego wieżowca Żeglugi, zwanego słusznie Termosem, i oglądały zachód słońca nad Szczecinem. Niezły był, ale tam w Lubinie powi