Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 30 из 62

– Oooo, widzisz. I dopiero tu jest prawdziwy problem. Musimy się zastanowić, czy walimy im prawdę w oczy, czy udajemy, że od roku na przykład jesteśmy potajemnie zaręczeni. No bo ja rozumiem, że ślub musimy wziąć?

– Musimy. Inaczej nie pozwolą nam założyć domu dziecka.

– Nie wiem, jak ty, ale ja bym swoim powiedział prawdę. Ojciec zrozumie, matka nie wiem, ale nienawidzę im kłamać. A ty?

– Ja mniej więcej tak samo. Też nienawidzę kłamać, między i

– Jak to cię nie lubią? Co ty gadasz?

– Prawdę. Moi rodzice są w ogóle okropnie nieszczęśliwi i między i

– Za chwilkę chętnie. I co, poszłaś na to prawo?

– Adam, mało mnie znasz, ale jednak trochę… Czy twoim zdaniem poszłabym na jakieś studia dla dogodzenia ambicjom rodziców?

– Chyba nie bardzo, co?

– Całkiem nie bardzo. I tu się pojawił jeszcze jeden problem; mianowicie ojciec zacisnąwszy zęby, zakomunikował mi otwartym tekstem, że jeśli nie pójdę tam, gdzie oni chcą, to nie będą płacić na moje studia ani na moje utrzymanie i już. Oni mnie widzą na KUL – u, a w przyszłości jako mecenasa znanego w całej Polsce. A jak nie, to na drzewko. Matka słowa nie powiedziała za mną, tylko płakała demonstracyjnie cały czas.

– No to co w końcu zrobiłaś, poszłaś na politechnikę? Jesteś architektem na posadzie wychowawczyni w bidulu?

– Nie, chłopcze. To znaczy poszłam na KUL, a jakże. Tylko nie na prawo, a na historię sztuki. Bardziej mi leżała. Rodzicom wystarczyło z początku, że im machnęłam kulowskim indeksem, nie posunęli się do sprawdzania, na jaki wydział córeczka zdawała. Zorientowali się dopiero, jak byłam na trzecim roku i rzeczywiście zamknęli mi kranik. Ale ja już byłam dobrze notowana, miałam wyniki, dostałam stypendium rektorskie. Dobrze, że starzy nie powzięli pomysłu, żeby mi wymówić mieszkanie, zresztą, uczciwie mówiąc, postawiłam im takie brzydkie ultimatum, że jeśli i z domu mnie wyrzucą, to cały Lublin się dowie, jacy są naprawdę. A oni byli szanowani nauczyciele. Ojciec dyrektor jednej szkoły, matka drugiej. Nie chcieli ryzykować reputacji…

– Uuu, zaczynam się ciebie bać. Jeszcze się zastanowię, czy się za ciebie wydam…

– Przestań. Wolałbyś mieć żonę ciućkę bez charakteru?

– Ciućkę bez charakteru mógłbym mieć jako dodatek do żony z charakterem. Żebym nią sobie mógł pomiatać… czasami.

– Pomiatasz?

– Nie, żartuję. Ale podobno każdy prawdziwy mężczyzna musi czasami dać babie przez łeb. Rodzice twoich dzieci, zdaje się, wyznają taką filozofię?

– W dużej mierze. Natomiast moi rodzice właściwie się mnie wyrzekli. I postanowili resztę życia spędzić na opłakiwaniu jedynej naprawdę ukochanej córki. To ja poczułam się wypisana z rodziny i wyjechałam jak najdalej. Najdalej było do Szczecina. Nie dostałam od razu pracy jako historyk sztuki, więc postanowiłam, że będę pracować gdzie bądź, dopóki jej nie dostanę. W „Magnoliach” była potrzebna wychowawczyni, brakło chętnych, więc mnie wzięli, tylko dali warunek, że zrobię jakieś tam kursy pedagogiczne, to zrobiłam. Żaden problem, nie tylko Marynka była zdolna. Nie przewidziałam, że w tym domu dojdą do głosu moje, cholera by je wzięła, uczucia wyższe. No i w efekcie historia sztuki została mi jako taki ornament życiowy, do niczego właściwie nieprzydatny, ale miło, że ją mam w zanadrzu. Jakby co, to wytłumaczę dzieciom różnicę między Matisse’em a Ceza

– Ooo, ale niewykluczone, że ja cię będę pytał o takie rzeczy. Postanowiłem się porozwijać duchowo i kulturalnie. No więc jak, umowa stoi?

– O, cholera. Ale narozrabiałam. No dobrze, ryzyk – fizyk. Stoi.

Ponieważ jedenastego marca wypadają imieniny Konstantego, a szesnastego Izabeli, państwo Grzybowscy zazwyczaj urządzali wspólne przyjątko dla znajomych, mniej więcej w połowie między jedną datą a drugą. Ewentualnie w jakiś stosowny weekend okoliczny. Tym razem sobota wypadała trzynastego marca i Adam uznał, że będzie to doskonały dzień na przedstawienie rodzicom narzeczonej. Miał nadzieję, że imieninowe okoliczności złagodzą pierwszy szok, a potem już jakoś pójdzie.

Zosia szczęśliwie miała wolne, mogła więc spokojnie ubrać się w jakieś odświętne szaty, zrobić stosowną fryzurę i makijaż… i rzucić się głową w dół.

Adam przyjechał po nią o piątej po południu. Miała na sobie długą brązową spódnicę, kaszmirowy sweter, na szyi zamotanych z osiem sznurów drobnych paciorków, na głowie większą szopę niż zazwyczaj i delikatny makijaż. W sumie wyglądała zupełnie przyzwoicie. Nawet ładnie. Pod długimi, stara

– Matko Boska, co my robimy – jęknęła. Adam, który spodziewał się raczej kolejnej soczystej cholery, zrozumiał, że z Zosią jest nie najlepiej.

– Bardzo dobrze robimy – odrzekł stanowczo. – Zbieraj się. Wyglądasz jak lala. Ojciec będzie zachwycony. Matka… nie wiem, ale raczej też.

– Twoja matka pewnie by wolała, żebyś się ożenił z taką panienką, co ma urodę supermodelki i intelekt niejakiego Einsteina. A tu taka plama… Ja tego nie przeżyję. Adam, nie wiedziałam, że to będzie takie trudne. Wycofuję się. Musisz mi wybaczyć. Przepraszam cię za wszystko…

– Przestań bredzić – powiedział tym razem łagodnie. – Nie możesz się wycofać, skoro już mnie namówiłaś do tego wariactwa. Nie możesz zmarnować mojego młodzieńczego entuzjazmu. To prawdopodobnie ostatni mój młodzieńczy entuzjazm. Jak zostanę ojcem piętnaściorga dzieci, to na pewno szlag go trafi. Złaź z tej kanapy i jedziemy. Trzeba jeszcze kupić kwiatki. Dla ojca i matki.

– Zostałeś poetą?

– To z nerwów. No już, proszę cię. Musimy się wspierać, a nie tak…

– O matko… No dobrze, ale strasznie się boję…

– Ty myślisz, że ja się nie boję? Ja umieram ze strachu. Ale pomyśl, jak już będzie fajnie, kiedy wszystkich pozawiadamiamy, wszystko załatwimy i weźmiemy się do konstruktywnej pracy. Pomyśl o Cycku i Mycku. O swojej dyrektorce pomyśl!

– O matko, chcesz ją zabrać do Lubina?

– Przeciwnie, chcę ci uprzytomnić, że zostawisz ją tu na zawsze. Rusz się, proszę. Gdzie masz płaszczyk? W szafie? A gdzie masz szafę? A, widzę. Kurteczka. Może być. Pasuje ci do spódnicy.

Sztywna ze zdenerwowania Zosia pozwoliła się ubrać w brązową kurteczkę, zawinąć w kremowy szalik i wyprowadzić z pokoju.

W niedokładnie posprzątanym samochodzie Adama trzęsła się nadal.

W kwiaciarni trzęsła się jeszcze bardziej.

Kiedy przejeżdżali przez Most Pionierów, omal się nie rozleciała.

Na Trasie Zamkowej nieco jej odpuściło.

Kiedy parkowali przed willą na Warszewie, była już całkiem spokojna. W każdym razie po wierzchu.

Izabela Grzybowska miała bardzo praktyczny zwyczaj nie tyrać w dniu własnych imienin, nawet jeśli to był dzień umowny. Niejaka pani Wiesia, która przychodziła co drugi dzień sprzątać, w razie potrzeby potrafiła się przeistoczyć w zdolną i sprawną kucharkę. Tym razem było podobnie. Pani Wiesia krzątała się w kuchni, z szybkością karabinu maszynowego wyrzucając na stoły i bufety coraz to nowe przystawki, dania główne i półgłówne, jak to z dobrotliwą ironią określał Konstanty, w doskonałym humorze podżerający z półmisków a to kawałek sushi, a to pasztecik z grzybami, a to tartinkę z łososiem. Zamierzał się porządnie najeść przed przyjściem gości, a potem być wzorowym i uroczym panem domu, niezainteresowanym tak banalną czy

Izabeli daleko było do jego beztroski, poza tym denerwowało ją to podżeranie, mimo iż pani Wiesia nie miała nic przeciwko. Ale pani Wiesia uwielbiała Konstantego i żywiła do niego cześć nabożną jako matka jednego ze studentów, którym uratował życie, a przynajmniej rok studiów, przesuwając im terminy egzaminów w nieskończoność. A Izabela stwierdziła właśnie, że ukochana popielata kiecka nie wejdzie na nią już nigdy… a w każdym razie dzisiaj; poza tym tak naprawdę, chociaż to ona właśnie nalegała na urządzanie wystawnych i ludnych przyjęć imieninowych, nie lubiła ich i zawsze była nimi śmiertelnie zmęczona.

– Tobie dobrze, mój drogi – mówiła z goryczą do męża, zajadającego właśnie jakieś skomplikowane ciasteczko serowe. – Ty się niczym nie przejmujesz. Nawet tym, że jak ci ta cała dekoracja spadnie na koszulę, to będziesz się musiał przebierać. Uważam, że niepotrzebnie już się tak odpicowałeś. Błagam, Kostek, nie ryzykuj tej koszuli! Jest najładniejsza i najbardziej cię w niej lubię! Pierwsi goście przyjdą za pół godziny, zdążysz się przebrać dziesięć razy!