Страница 19 из 62
Może by tam zrobić jakąś interwencję?
Tylko w jakiej sprawie?
Nooo, coś by się znalazło, na pewno. Byle dobrze pogrzebać.
Tylko czy on jest pistoletem od afer wygrzebywanych na siłę?
Reportaż.
Nie, on nie jest także od reportaży. Reportaże są za bardzo pracochło
Może namówić matkę, która przecież ma forsy jak lodu, żeby zasponsorowała temu domowi cokolwiek, jakieś meble ładniejsze albo sprzęt? Parę komputerów na pewno im się przyda, a matka sobie odpisze. Jeden procent czy coś takiego.
Bez przesady. Co go to wszystko obchodzi? Zauczestniczył w dobrym uczynku i na razie dosyć będzie.
Święta zbliżały się wielkimi krokami i Zosiny letarg został zastąpiony przez doroczne, najzupełniej bezsensowne poczucie winy. Na próżno tłumaczyła sobie, jak dalece jest ono bezsensowne – trzymało ją kurczowo i nie wypuszczało z zimnych łap.
Najgorzej robiło jej codzie
Uzyskawszy zrozumienie pani dyrektor, pani Arleta Płaskojć oddaliła się pospiesznie, oglądając się za siebie na wszelki wypadek, żeby widzieć, czy Cyryl lub Metody za nią nie gonią. I ewentualnie zwiać im w porę. Bracia o imionach prasłowiańskich świętych jej nie gonili, natomiast goniła jakaś grubawa facetka. Dopadła ją przed samą bramą i zatrzymała PARFORS. Znaczy, złapała ją za łokieć.
– Dlaczego pani mnie tak zatrzymuje PARFORS? – spytała wyniośle Arleta, bardzo zadowolona ze znajomości tak wspaniale brzmiącego terminu (był on świeży w jej słownictwie, a nabyła go od swojego nowego pana, który lubił takie wyrażanse; tak właśnie mówił: wyrażanse).
– Pani Płaskojć? – warknęła grubawa i Arleta zorientowała się, że nie będzie ona tłumaczyć się ze swego grubiańskiego zachowania.
– Proszę mnie puścić. Oczywiście, że to ja. Czym mogę pani służyć?
– Dlaczego, do ciężkiej cholery, nie odwiedza pani w ogóle synów? Dlaczego nie zabierze ich pani na święta do domu, tylko zostawia w bidulu? Co?
– A kto pani powiedział, że nie zamierzam ich brać na święta? – obruszyła się Arleta dla zasady.
Grubawa nieco przystopowało.
– Przecież widzę, że pani właśnie daje nogę – prychnęła, ale puściła łokieć Arlety.
– Ja nie daję nogi, ja wychodzę – oświadczyła Arleta wyniośle i chciała rzeczywiście wyjść, ale grubawa oprzytomniała i znowu złapała ją za łokieć.
– Chwila! Czy to znaczy, że pani po nich wróci przed świętami?
– A co to panią obchodzi? Kim pani w ogóle jest?
– Nawet tego pani nie wie, tak panią interesują własne dzieci! Jestem ich wychowawczynią! I obchodzi mnie to, bo to ja ich usypiam, ja im wycieram nosy i ja ich utulam, kiedy ryczą!
– No przecież za darmo pani tego nie robi, nie? Płacą pani? Państwo pani płaci?
– Płaci! Ale dzieci powi
– Co się pani tak buzuje? Pewnie, że ich nie zabiorę. Ja już wyjaśniłam wszystko pani dyrektor i nie będę się teraz tłumaczyła przed panią! I proszę nie mówić bez przerwy „cholera”, dobrze?
– Cholera jasna! Dobrze. Może mi się pani nie tłumaczyć, ja już wiem, co chciałam wiedzieć. Jeszcze tylko jedno. Dlaczego pani się nie zrzeknie praw rodzicielskich? Może ktoś by ich adoptował, znaleźliby jakiś dom…
– Oni mają dom. Tutaj. Co pani sobie wyobraża, że ja bym swoje dzieci oddała jakimś obcym ludziom?
Korzystając z tego, że Zosia zamarła zdumiona taką logiką, Arleta wyrwała jej swój łokieć i szybciutko opuściła teren państwowej placówki opiekuńczo – wychowawczej.
Zosia dla odmiany pomału powlokła się w stronę domu, po drodze jednak zatrzymała się na chwilę przy dużej sośnie i cicho, ale dosadnie, używając bardzo wielu absolutnie niecenzuralnych wyrazów, powiedziała sośnie prosto w korę, co myśli o Arlecie Płaskojć i wszystkich jej podobnych lafiryndach.
– No więc ja teraz zupełnie nie wiem, co będzie korzystniejsze, paczka cukierków plus jakiś misiek dla każdego, czy jeden komputer na cały dom?
Adam siedział w Barze Jarze w towarzystwie Ilonki Karambol, pogodynki Kasi Krawiec i montażystki Joli Susło (wszystkie znalazły się swego czasu na sły
Koleżanki wysłuchały opowieści o koncercie szantowym, o dzieciach, o zaangażowanej osobiście Zosi i teraz zastanawiały się, co by tu doradzić koledze, którego najwyraźniej męczyło dobre serce.
– Ja uważam – zaczęła Ilonka – że każde dziecko powi
Montażystka Jola powątpiewająco kręciła głową.
– Coś ty, Ilona. Każdemu paczuszkę? I jeszcze każdemu coś i
– Ty kota masz? – włączyła się do dyskusji Kasia pogodynka. – I gdzie im postawisz ten komputer? Na korytarzu, żeby się pozabijali? Ja ci ręczę, że najdalej na trzeci dzień komputer wyląduje w gabinecie u pani dyrektor albo księgowa zacznie na nim robić rozliczenia!
– Raczej pasjanse stawiać – prychnęła Ilonka. – Patrz, Adam, jak trudno być dobroczyńcą!
– A może byś się tej całej Zosi poradził? – Kasia grzebała łyżeczką w kawie. – Tutaj coś pływa. Jakieś kożuchy, czy coś. Jaka ona jest, ta Zosia?
– A bo ja wiem, jaka? Duża. Wszerz, wzdłuż nie bardzo. Sympatyczna. Kudłata.
– Na grzbiecie? – zainteresowała się gwałtownie Jola.
– Nie, na głowie. Loczki ma.
– Loczki da się uprasować – zauważyła Kasia. – Może by lepiej wyglądała z prostymi?
– Nie, ona jest fajna taka kudłata. Kręcona. Jak to można powiedzieć?
– Lokata – poinformowała go Ilonka. – Jedna facetka, z którą robiłam wywiad, tak mówiła. Lokata. Zupełnie jak lokata kapitału.
– Przestańcie, dziewczyny! Miałyście mi udzielać światłych rad!
– A ona ci się podoba, ta Zosia?
– Pewnie, że mu się podoba. – Jola udzieliła Ilonce odpowiedzi, bo Adam nagle się zamyślił. – Popatrz, jak o niej myśli, to mu uszy czerwienieją.
– Nic mi nie czerwienieje, a już zwłaszcza uszy. Właśnie zastanawiałem się, czy ona mi się podoba, ale raczej nie. Lubię ją, bo to dobra dziewczyna, ale co do podobania, to wy wszystkie trzy jesteście od niej o wiele ładniejsze. Ona nie ma figury. Myślicie, że powinienem jej się poradzić?
– Jej. Jej, jej. Jejku, jejku. Chyba że wydusisz z mamusi forsę i kupisz coś pięknego każdej z nas. Małe brylantowe serduszko czy coś takiego. To będzie jeszcze lepiej.
– Cioociuuuu…
– Co, Januszku?
– My będziemy mieli w tym roku swoją choinkę grupową, czy taką ogólną?
– A jak byście chcieli?
– Chyba byśmy chcieli grupową. Ale znowu ja bym chciał, żeby Julka mogła być ze mną, a jak będzie grupowa, to ona nie będzie mogła, prawda?
– Kochany, Julcię zawsze możemy zaprosić do naszej grupy. Na pewno chłopcy nie będą mieli nic przeciwko. Przecież wiedzą, że to twoja siostra. Ale mnie się wydaje, że będzie ogólna choinka, domowa. To i tak będziecie razem.
– Ciociu, przecież to nie jest prawdziwy dom.
– Nie jest. Ale i
– Ale co ciocia ma na myśli? Choinkę? Żebyśmy ją sami ubrali, jak chcemy?
– Choinkę, może kolędy pośpiewamy, zjemy sobie jakieś pierniczki.
– A kto kupi pierniczki?
– Podejrzewam, że w domu będzie pierniczków do oporu, zawsze przed świętami dostajemy jakieś dary od sklepów, firm, sam wiesz, że żarcia jest pełno.