Страница 46 из 65
— Ogłuchłaś? Kim jesteś, pytam? Jak się nazywasz?
— Ciri — smarknęła.
Geralt odwrócił się. Braerm, oglądając łuk, łypała okiem na niego.
— Słuchaj, Brae
— Czego?
— Czy to możliwe… Czy to możliwe, żeby ona… uciekła wam z Duen Canell?
— Ee?
— Nie udawaj kretynki — zdenerwował się. - Wiem, że porywacie dziewczynki. A ty sama, co, z nieba spadłaś do Brokilonu? Pytam, czy to możliwe…
— Nie — ucięła driada. - Nigdym jej na oczy nie widziała.
Geralt przyjrzał się dziewczynce. Jej popielatoszare włosy były potargane, pełne igliwia i listków, ale pachniały czystością, nie dymem, nie oborą ani tłuszczem. Ręce, choć nieprawdopodobnie brudne, były małe i delikatne, bez szram i odcisków. Chłopięce ubranie, kubraczek z czerwonym kapturkiem, jakie nosiła, na nic nie wskazywało, ale wysokie buciki zrobione były z miękkiej, drogiej, cielęcej skóry. Nie, z pewnością nie było to wiejskie dziecko. Freixenet, pomyślał nagle wiedźmin. To jej szukał Freixenet. Za nią poszedł do Brokilonu.
— Skąd jesteś, pytam, smarkulo?
— Jak mówisz do mnie! — dziewczynka hardo zadarła głowę i tupnęła nóżką. Miękki mech zupełnie zepsuł efekt tego tupnięcia.
— Ha — powiedział wiedźmin i uśmiechnął się. - W samej rzeczy, księżniczka. Przynajmniej w mowie, bo wygląd nikczemny. Jesteś z Verden, prawda? Wiesz, że cię szukają? Nie martw się, odstawię cię do domu. Słuchaj, Brae
Gdy odwrócił głowę, dziewczynka błyskawicznie zakręciła się na pięcie i puściła biegiem przez las, po łagodnym zboczu wzgórza.
— Bloede turd! — wrzasnęła driada, sięgając do kołczana. - Caemm 'erę!
Dziewczynka, potykając się, pędziła na oślep przez las, trzeszcząc wśród suchych gałęzi.
— Stój! — krzyknął Geralt. - Dokąd, zaraza!
Brae
— Ty cholerna idiotko — syknął wiedźmin, zbliżając się do driady. Brae
— Tu jest Brokilon — powiedziała hardo.
— A to jest dziecko!
— No to co?
Spojrzał na brzechwę strzały. Były na niej pręgowane pióra z lotek kury bażanta barwione na żółto w wywarze z kory. Nie powiedział ani słowa. Odwrócił się i szybko poszedł w las. Dziewczynka leżała pod drzewem, skulona, ostrożnie unosząc głowę i patrząc na strzałę tkwiącą w pniu. Usłyszała jego kroki i poderwała się, ale dopadł jej w krótkim skoku, chwycił za czerwony kapturek kubraczka. Odwróciła głowę i spojrzała na niego, potem na rękę, trzymającą kapturek. Puścił ją.
— Dlaczego uciekałaś?
— Nic ci do tego — smarknęła. - Zostaw mnie w spokoju, ty… ty…
— Głupi bachorze — syknął wściekle. - Tu jest Brokilon. Mało ci było wija? Sama nie dożyjesz w tym lesie do rana. Jeszcze tego nie pojęłaś?
— Nie dotykaj mnie! — rozdarła się. - Ty pachołku, ty! Jestem księżniczką, nie myśl sobie!
— Jesteś głupią smarkulą.
— Jestem księżniczką!
— Księżniczki nie łażą same po lesie. Księżniczki mają czyste nosy.
— Głowę ci każę ściąć! I jej też! - dziewczynka otarła nos dłonią i wrogo spojrzała na podchodzącą driadę. Brae
— No, dobrze, dość tych wrzasków — przerwał wiedźmin. - Dlaczego uciekałaś, księżniczko? I dokąd? Czego się boisz?
Milczała, pociągając nosem.
— Dobrze, jak chcesz — mrugnął do driady. - My idziemy. Chcesz zostać sama w lesie, twoja wola. Ale na drugi raz, gdy dopadnie cię yghern, nie wrzeszcz. Księżniczkom to nie przystoi. Księżniczki umierają nawet nie pisnąwszy, wytarłszy uprzednio nosy do czysta. Idziemy, Brae
— Za… zaczekaj.
— Aha?
— Pójdę z wami.
— Zaszczyceniśmy wielce. Prawda, Brae
— Ale nie zaprowadzisz mnie znowu do Kistrina? Przyrzekasz?
— Kto to jest… — zaczął. - Ach, psiakrew. Kistrin. Książę Kistrin? Syn króla Ervylla z Verden?
Dziewczynka wydęła małe usteczka, smarknęła i odwróciła głowę.
— Dość tych igrów — odezwała się ponuro Brae
— Zaraz, zaraz — wiedźmin wyprostował się i spojrzał na driadę z góry. - Plany ulegają pewnej zmianie, moja śliczna łuczniczko.
— Ee? — Brae
— Pani Eithne zaczeka. Muszę odprowadzić tę małą do domu. Do Verden.
Driada zmrużyła oczy i sięgnęła do kołczana.
— Nikaj nie pójdziesz. Ani ona. Wiedźmin uśmiechnął się paskudnie.
— Uważaj, Brae
— Bloede arss! — syknęła, unosząc łuk. - Idziesz do Duen Canell, ona takoż! Nie do Verden!
— Nie! Nie do Verden! — popielatowłosa dziewuszka, przypadła do driady, przycisnęła się do jej szczupłego uda. - Idę z tobą! A on niech sobie idzie sam do Verden, do głupiego Kistrina, jeśli tak chce!
Brae
— Ss turd! — splunęła mu pod nogi. - Ano! A idź, gdzie cię oczy poniosą! Obaczym, czy zdołasz. Zdechniesz, nim wyjdziesz z Brokilonu.
Ma rację, pomyślał Geralt. Nie mam szans. Bez niej ani nie wyjdę z Brokilonu, ani nie dotrę do Duen Canell. Trudno, zobaczymy. Może uda się wyperswadować Eithne…
— No, Brae
Driada burknęła coś pod nosem, zdjęła strzałę z cięciwy.
— W drogę tedy — powiedziała, poprawiając opaskę na włosach. - Dość się czasu zwlekło.
— Oooj… — jęknęła dziewczynka, robiąc krok.
— Czego tam?
— Coś mi się stało… W nogę.
— Zaczekaj, Brae
Była cieplutka i pachniała jak mokry wróbel.
— Jak masz na imię, księżniczko? Zapomniałem.
— Ciri.
— A twoje włości, gdzie leżą, jeśli wolno spytać?
— Nie powiem ci — burknęła. - Nie powiem i już.
— Przeżyję. Nie wierć się i nie smarkaj mi nad uchem. Co robiłaś w Brokilonie? Zgubiłaś się? Zabłądziłaś?
— Akurat! Ja nigdy nie błądzę.
— Nie wierć się. Uciekłaś od Kistrina? Z zamku Nastrog? Przed czy po ślubie?
— Skąd wiesz? — smarknęła przejęta.
— Jestem niesamowicie mądry. Dlaczego uciekałaś akurat do Brokilonu? Nie było bezpieczniejszych kierunków?
— Głupi koń poniósł.
- Łżesz, księżniczko. Przy twojej posturze mogłabyś dosiąść najwyżej kota. I to łagodnego.
— To Marek jechał. Giermek rycerza Voymira. A w lesie koń się wywalił i złamał nogę. I pogubiliśmy się.
— Mówiłaś, że ci się to nie zdarza.
— To on zabłądził, nie ja. Była mgła. I pogubiliśmy się.
Pogubiliście się, pomyślał Geralt. Biedny giermek rycerza Ybymira, który miał nieszczęście nadziać się na Brae
— Pytałem, zwiałaś z zamku Nastrog przed ślubem czy po ślubie?
— Zwiałam i już, co ci do tego — zaburczała. - Babka powiedziała, że mam tam jechać i poznać go. Tego Kistri-na. Tylko poznać. A ten jego ojciec, ten brzuchasty król…
— Ervyll.
— … od razu ślub i ślub. A ja jego nie chcę. Tego Kistrina. Babka powiedziała…
— Taki ci wstrętny książę Kistrin?
— Nie chcę go — oświadczyła hardo Ciri, pociągając nosem, w którym grało aż miło. - Jest gruby, głupi i brzydko pachnie mu z buzi. Zanim tam pojechałam, pokazali mi obrazek, a na obrazku on gruby nie był. Nie chcę takiego męża. W ogóle nie chcę męża.
— Ciri — rzekł wiedźmin niepewnie. - Kistrin jest jeszcze dzieckiem, tak jak i ty. Za parę lat może być z niego całkiem przystojny młodzian.
— To niech mi przyślą drugi obrazek, za parę lat — prychnęła. - I jemu też. Bo powiedział mi, że na obrazku, który jemu pokazali, ja byłam dużo ładniejsza. I przyznał się, że kocha Alvinę, damę dworu, i chce być jej rycerzem. Widzisz? On mnie nie chce i ja jego nie chcę. To po co ślub?
— Ciri — mruknął wiedźmin. - On jest księciem, a ty księżniczką. Książęta i księżniczki tak właśnie się żenią, nie inaczej. Taki jest zwyczaj.
— Mówisz jak wszyscy. Myślisz, że jeśli jestem mała, to można mi nakłamać.
— Nie kłamię.
— Kłamiesz.
Geralt zamilkł. Brae
— Dokąd my idziemy? — odezwała się ponuro Ciri. - Chcę wiedzieć! Geralt milczał.
— Odpowiadaj, jak cię pytają! - rzekła groźnie, popierając rozkaz głośnym smarknięciem. - Czy wiesz, kto… Kto na tobie siedzi?
Nie zareagował.
— Bo ugryzę cię w ucho! — wrzasnęła. Wiedźmin miał dosyć. Ściągnął dziewczynkę z karku i postawił na ziemi.
— Słuchaj no, smarkulo — powiedział ostro, mocując się z klamrą pasa. - Zaraz przełożę cię przez kolano, ściągnę gacie i dam po tyłku rzemieniem. Nikt mnie przed tym nie powstrzyma, bo tu nie królewski dwór, a ja nie jestem twoim dworakiem ani sługą. Zaraz pożałujesz, że nie zostałaś w Nastrogu. Zaraz zobaczysz, że jednak lepiej być księżną niż zagubionym w lesie usmarkańcem. Bo księżnej, i owszem, wolno zachowywać się nieznośnie. Księżnej nawet wtedy nikt nie leje w tyłek rzemieniem, co najwyżej książę pan, osobiście.
Ciri skurczyła się i kilkakrotnie pociągnęła nosem. Brae
— No jak? — spytał wiedźmin, owijając pas wokół na-pięstka. - Będziemy już zachowywać się godnie i powściągliwie? Jeżeli nie, przystąpimy do łojenia zadka jej wysokości. No? Tak czy nie?