Страница 42 из 65
— A perły zobaczą dopiero moje wnuki? — skrzywił się książę. - Za długo by czekać, Zelest.
— No, tak źle nie będzie. Widzi mi się… Rzeknę tak: z każdą łodzią poławiaczy dwie łodzie łuczników. Wnet nauczymy te potwory rozumu. Nauczymy ich strachu. Prawda, panie wiedźmin?
Geralt spojrzał na niego zimnym wzrokiem, nie odpowiedział.
Agloval odwrócił głowę, demonstrując swój szlachetny profil, zagryzł wargi. Potem spojrzał na wiedźmina, mrużąc oczy i marszcząc czoło.
— Nie wykonałeś zadania, Geralt — powiedział. - Pokpiłeś sprawę ponownie. Nie przeczę, wykazałeś dobre chęci. Ale ja za dobre chęci nie płacę. Płacę za rezultat. Za efekt. A efekt, wybacz określenie, jest gówniany. Tak tedy gówno zarobiłeś.
— Pięknie, mości książę — zakpił Jaskier. - Szkoda, że was z nami nie było tam, przy Smoczych Kłach. Dalibyśmy wam może z wiedźminem szansę spotkania z jednym z tamtych, z morza, z mieczem w ręku. Może wówczas zrozumielibyście, w czym rzecz, i przestali droczyć się o zapłatę…
— Jak przekupka — wtrąciła Oczko.
— Nie mam we zwyczaju droczyć się, targować ani dyskutować — powiedział Agloval spokojnie. - Rzekłem, nie zapłacę ci ani grosza, Geralt. Umowa brzmiała: wyeliminować niebezpieczeństwo, wyeliminować zagrożenie, umożliwić połów pereł bez ryzyka dla ludzi. A ty? Przychodzisz i opowiadasz mi o rozumnej rasie z dna morza. Radzisz, bym trzymał się z dala od miejsca, które przynosi mi dochód. Co zrobiłeś? Zabiłeś jakoby… Ilu?
— To bez znaczenia, ilu — Geralt pobladł lekko. - Przynajmniej dla ciebie, Agloval.
— Właśnie. Tym bardziej, że dowodów brak. Gdybyś chociaż przyniósł prawe dłonie tych rybożab, kto wie, może wykosztowałbym się na zwyczajową stawkę, taką, jaką bierze mój gajowy od pary wilczych uszu.
— Cóż — rzekł wiedźmin chłodno. - Nie pozostaje mi nic i
— Mylisz się — powiedział książę. - Pozostaje ci coś jeszcze. Stała praca za całkiem przyzwoite pieniądze i utrzymanie. Stanowisko i patent kapitana mojej zbrojnej straży, która odtąd będzie towarzyszyła poławiaczom. Nie musi być na stałe, wystarczy do czasu, gdy owa jakoby rozumna rasa nabierze dość rozumu, by trzymać się z da? lęka od moich łodzi, by unikać ich jak ognia. Co ty na to?
— Dziękuję, nie skorzystam — wiedźmin wykrzywił się. - Nie odpowiada mi taka praca. Prowadzenie wojen z i
— Och, jakże dumnie — uśmiechnął się Agloval. - Jakże wyniośle. Zaiste, odrzucasz propozycje w sposób, jakiego niejeden król by się nie powstydził. Rezygnujesz z niezłych pieniędzy z miną bogacza będącego po sutym obiedzie. Geralt? Jadłeś dzisiaj obiad? Nie? A jutro? A pojutrze? Małe widzę szansę, wiedźminie, bardzo małe. Nawet normalnie trudno o zarobek, a teraz, z ręką na temblaku…
— Jak śmiesz! — krzyknęła cienko Oczko. - Jak śmiesz mówić tak do niego, Agloval! Rękę, którą nosi na temblaku, rozrąbano mu podczas wykonywania twojego zlecenia! Jak możesz być tak podły…
— Przestań — powiedział Geralt. - Przestań, Essi. To nie ma sensu.
— Nieprawda — rzuciła gniewnie. - To ma sens. Ktoś musi mu wreszcie powiedzieć prawdę w oczy, temu księciu, który sam się mianował księciem, korzystając z faktu, że nikt nie konkurował z nim o tytuł do władania tym kawałkiem skalistego wybrzeża, a który teraz uważa, że wolno mu znieważać i
Agloval poczerwieniał i zacisnął usta, ale nie powiedział ani słowa, nie poruszył się.
— Tak, Agloval — ciągnęła Essi, ściskając w pięści roztrzęsione ręce. - Bawi cię i cieszy możliwość znieważania i
— Dlatego, mości książę — podjęła Oczko, unosząc głowę — nie ośmieszaj się, proponując wiedźminowi rolę najemnika w armii, jaką chcesz wystawić przeciw oceanowi. Nie narażaj się na śmieszność, bo twoja propozycja może wywołać tylko śmiech. Jeszcze nie pojąłeś? Wiedźminowi możesz zapłacić za wykonanie zadania, możesz go wynająć, by ochronił ludzi przed złem, by zapobiegł grożącemu im niebezpieczeństwu. Ale wiedźmina nie możesz kupić, nie możesz użyć go do własnych celów. Bo wiedźmin, nawet ra
— Nie, pa
— Proszę bardzo — wypaliła natychmiast poetka. - Nie robisz tego, Agloval, bo gdzieś tam, głęboko, w środku, tli się w tobie iskierka przyzwoitości, resztka honoru, nie zduszona jeszcze pychą nuworysza i kupczyka. W środku, Agloval. Na dnie serca. Serca, które wszakże zdolne jest kochać syrenę.
Agloval pobladł jak płótno i zacisnął ręce na poręczach fotela. Brawo, pomyślał wiedźmin, brawo, Essi, wspaniale. Był z niej dumny. Ale jednocześnie czuł żal, potworny żal.
— Odejdźcie — powiedział Agloval cicho. - Idźcie sobie. Dokąd chcecie. Zostawcie mnie w spokoju.
- Żegnaj, książę — powiedziała Essi. - A na pożegnanie przyjmij dobrą radę. Radę, której powinien udzielić ci wiedźmin, ale nie chcę, by wiedźmin ci jej udzielał. By zniżał się do udzielania ci rad. Zrobię to za niego.
— Słucham.
— Ocean jest wielki, Agloval. Nikt jeszcze nie zbadał, co jest tam, za horyzontem, jeżeli w ogóle coś tam jest. Ocean jest większy niż jakakolwiek puszcza, w głąb której zepchnęliście elfów. Jest trudniej dostępny niż jakiekolwiek góry i wąwozy, w których masakrowaliście bobołaków. A tam, na dnie oceanu, mieszka rasa, używająca zbroi, znająca tajniki obróbki metali. Strzeż się, Agloval. Jeżeli z poławiaczami zaczną wypływać łucznicy, rozpoczniesz wojnę z czymś, czego nie znasz. To, co chcesz ruszyć, może okazać się gniazdem szerszeni. Radzę wam, zostawcie im morze, bo morze nie jest dla was. Nie wiecie i nigdy nie dowiecie się, dokąd prowadzą schody, którymi idzie się w dół Smoczych Kłów.
— Jesteście w błędzie, pa
— Nic, Agloval?
— Nic, Essi.
Poetka uśmiechnęła się.
Z przedpokojów dobiegł ich nagle hałas, okrzyki, tupot. Do sali wpadli paziowie i strażnicy, tuż przed drzwiami uklękli lub zgięli się w ukłonach, tworząc szpaler.
W drzwiach stanęła Sh'eenaz.
Jej seledynowe włosy były kunsztownie utrefione, spięte wspaniałym diademem z korali i pereł. Była w sukni koloru morskiej wody, z falbankami białymi jak piana. Suknia była mocno wydekoltowana, tak że uroki syrenki, choć częściowo ukryte i udekorowane naszyjnikiem z nefrytów i lapis lazuli, były nadal godne najwyższego zachwytu.
— Sh'eenaz… — jęknął Agloval, padając na kolana. - Moja… Sh'eenaz…
Syrenka zbliżyła się wolno, a jej chód był miękki i pełen gracji, pły
Zatrzymała się przed księciem, błysnęła w uśmiechu drobnymi, białymi ząbkami, potem zaś zebrała szybko suknię w małe dłonie i uniosła ją, dość wysoko, na tyle wysoko, by każdy mógł ocenić jakość pracy morskiej czarownicy, morszczynki. Geralt przełknął ślinę. Nie było wątpliwości: morszczynka wiedziała, co to są ładne nogi i jak się je robi.
— Ha! — zakrzyknął Jaskier. - Moja ballada… To zupełnie jak w mojej balladzie… Zyskała dla niego nóżki, ale straciła głos!
— Niczego nie straciłam — powiedziała Sh'eenaz śpiewnie najczystszym wspólnym. - Na razie. Po tej operacji jestem jak nowa.
— Mówisz w naszym języku?
— A co, nie wolno? Jak się masz, białowłosy. O, i twoja ukochana tu jest, Essi Daven, jeśli pamiętam. Lepiej już ją znasz czy nadal ledwie ledwie?
— Sh'eenaz… — jęknął Agloval rozdzierająco, zbliżając się do niej na kolanach. - Moja miłości! Moja ukochana… jedyna… Więc jednak, nareszcie. Więc jednak, Sh'eenaz!