Страница 18 из 65
Na Geralcie kolekcja ta nie zrobiła wrażenia — mieszkał przez pół roku u Ye
— Co cię tak bawi, wiedźminie? — spytał Istredd, siadając za długim stołem, którego blat zalegała spora ilość zmurszałych czerepów, kości i zardzewiałego żelastwa.
— Za każdym razem, gdy widzę te rzeczy — wiedźmin usiadł naprzeciw, wskazując na słoje i słoiki — zastanawiam się, czy rzeczywiście nie można uprawiać magii bez tego całego obrzydlistwa, na widok którego kurczy się żołądek.
— Kwestia gustu — rzekł czarodziej. - Jak też i przyzwyczajenia. Co jednego brzydzi, drugiego jakoś nie rusza. A ciebie, Geralt, co brzydzi? Ciekawe, co też może brzydzić kogoś, kto, jak słyszałem, dla pieniędzy potrafi wejść po szyję w gnój i nieczystości? Nie traktuj, proszę, tego pytania jako obrazę czy prowokację. Naprawdę jestem ciekaw, co może wywołać u wiedźmina uczucie odrazy.
— Czy w tym słoiku nie trzymasz przypadkiem krwi miesięcznej nie tkniętej dziewicy, Istredd? Wiedz, że brzydzi mnie, gdy wyobrażam sobie ciebie, poważnego czarodzieja, z buteleczką w garści, usiłującego zdobyć ten ce
— Celnie — Istredd uśmiechnął się. - Mówię oczywiście o twoim błyskotliwym dowcipie, bo co do zawartości słoika, to nie trafiłeś,
— Ale używasz czasami takiej krwi, prawda? Do niektórych zaklęć, jak słyszałem, ani podejdź bez krwi dziewicy, najlepiej zabitej w czasie pełni księżyca piorunem z jasnego nieba. W czym, ciekawość, krew taka lepsza jest od krwi starej gamratki, która po pijanemu spadła z ostrokołu?
— W niczym — zgodził się czarodziej z miłym uśmiechem na ustach. - Ale gdyby się wydało, że tę rolę może praktycznie równie dobrze spełnić krew wieprza, o ileż
łatwiejsza do zdobycia, wtedy byle hołota zaczęłaby eksperymentować z czarami. A gdy hołocie przyjdzie nazbierać i użyć owej tak fascynującej cię dziewiczej krwi, smoczych łez, jadu białych tarantul, wywaru z obciętych niemowlęcych rączek lub z trupa, ekshumowanego o północy, to niejeden się rozmyśli.
Zamilkli. Istredd, sprawiając wrażenie głęboko zamyślonego, postukał paznokciami w leżącą przed nim spękaną, zbrązowiałą, pozbawioną żuchwy czaszkę, palcem wskazującym wodził po zębatej krawędzi otworu, ziejącego z kości skroniowej. Geralt przyglądał mu się nienatrętnie. Zastanawiał się, ile czarodziej może mieć lat. Wiedział, że ci zdolniejsi potrafili wyhamować proces starzenia się permanentnie i w dowolnym wieku. Mężczyźni, dla reputacji i prestiżu, preferowali wiek zaawansowanie dojrzały, sugerując wiedzę i doświadczenie. Kobiety — jak Ye
— Istredd — przerwał niezręczne milczenie. - Przyszedłem tu, bo chciałem zobaczyć się z Ye
— Nie myślę przepraszać cię za moich, jak się wyraziłeś, konfratrów — odrzekł spokojnie czarodziej. - Rozumiem ich, bo tak jak i oni, aby dojść do jakiej takiej wprawy w czamoksięstwie, musiałem się nielicho napracować. Jako zupełny szczeniak, kiedy moi rówieśnicy biegali po polach z łukami, łowili ryby albo grali w cetno i licho, ja ślęczałem nad manuskryptami. Od kamie
— Biednyś — wiedźmin skrzywił się. - Zaiste, łza się w oku kręci.
— Po co ta ironia? Próbuję wyjaśnić ci przyczyny, dla których czarodzieje nie przepadają za wsiowymi znachorami, zaklinaczami, uzdrawiaczami, jędzami i wiedźminami. Nazwij to, jak chcesz, nawet zwykłą zawiścią, ale tu właśnie leży przyczyna antypatii. Złości nas, gdy magię, sztukę, którą nauczono nas traktować jako elitarny kunszt, przywilej najlepszych i święte misterium, widzimy w rękach profanów i naturszczyków. Nawet, gdy jest to dziadowska, nędzna i śmiechu warta magia. Dlatego moi konfratrzy cię nie lubią. Ja, nawiasem mówiąc, też cię nie lubię.
Geralt miał dość dyskusji, dość kluczenia, dość przykrego uczucia niepokoju, które było niczym ślimak pełzający po karku i plecach. Spojrzał prosto w oczy Istredda, zacisnął palce na brzegu stołu.
— Chodzi o Ye
Czarodziej uniósł głowę, wciąż lekko stukając paznokciami po leżącym na stole czerepie.
— Gratuluję przenikliwości — powiedział, wytrzymując spojrzenie wiedźmina. - Moje uznanie. Tak, chodzi o Ye
Geralt milczał. Kiedyś, przed laty, przed wielu, wielu laty, jeszcze jako młody wiedźmin, czekał w zasadzce na mantikorę. I czuł, że mantikora się zbliża. Nie widział jej, nie słyszał. Ale czuł. Nigdy nie zapomniał tego uczucia. A teraz odczuwał dokładnie to samo.
— Twoja przenikliwość — podjął czarodziej — oszczędzi nam sporo czasu, jaki zajęłoby dalsze owijanie w bawełnę. A tak, sprawę mamy jasną. Geralt nie skomentował.
— Moja bliska znajomość z Ye
— Co odpowiedziała?
- Że się namyśli. Dałem jej czas do namysłu. Wiem, że nie jest to dla niej łatwa decyzja.
— Dlaczego mi to mówisz, Istredd? Co tobą kieruje, poza godną szacunku, ale zaskakującą szczerością, tak rzadką wśród ludzi twojej profesji? Jaki cel ma ta szczerość?
— Prozaiczny — czarodziej westchnął. - Bo, widzisz, to twoja osoba utrudnia Ye
— Zaiste — Geralt uśmiechnął się wymuszenie. - Twoja prostolinijna szczerość wprawia mnie w coraz większe osłupienie. Wszystkiego mogłem się spodziewać, ale nie takiej prośby. Czy nie uważasz, że zamiast prosić, należało raczej kropnąć mnie zza węgła kulistym piorunem? Nie byłoby przeszkody, byłoby trochę sadzy, którą trzeba by zdrapać z muru. Sposób i łatwiejszy, i pewniejszy. Bo, widzisz, prośbie można odmówić, piorunowi kulistemu nie sposób.
— Nie biorę pod uwagę możliwości odmowy.
— Dlaczego? Byłabyż ta dziwna prośba niczym i
Czarodziej przestał stukać w czaszkę, położył na niej dłoń, zacisnął palce. Geralt zauważył, że knykcie mu pobielały.
— Nie było moim zamiarem znieważać cię podobną ofertą — powiedział. - Daleki byłem od tego. Ale… jeśli… Geralt, jestem czarodziejem, i to nie najgorszym. Nie myślę chełpić się tu wszechmocą, ale wiele z twoich życzeń, jeśli zechciałbyś je wyrazić, mógłbym spełnić. Niektóre, o, z równą łatwością.
Machnął ręką, niedbale, jakby odpędzał komara. W powietrzu nad stołem zaroiło się nagle od bajecznie kolorowych motyli niepylaków.
— Moim życzeniem, Istredd — wycedził wiedźmin, odganiając trzepoczące przy twarzy owady — jest, abyś przestał pchać się między mnie i Ye
— Nie masz prawa mi odmawiać. Nie ty.
— Za kogo ty mnie masz, Istredd? Czarodziej spojrzał mu prosto w oczy, przechylając się przez stół.
— Za jej przelotną miłostkę. Za chwilową fascynację, w najlepszym razie, za kaprys, za przygodę, jakich Ye