Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 14 из 65

Zapadła cisza, przerywana jedynie okazjonalnym gęganiem, kumkaniem i pokwikiwaniem niedobitków hołopolskiej milicji.

Vea, uśmiechnięta nieładnie, stanęła nad Ye

— Nie — powiedział Borch, zwany Trzy Kawki, siedzący na kamieniu. Na kolanach trzymał smoczątko, spokojne i zadowolone.

— Nie będziemy zabijać pani Ye

— Rozumiesz, Geralt? — szepnął Jaskier, rozcierając zdrętwiałe ręce. - Rozumiesz? Jest taka starożytna ballada o złotym smoku. Złoty smok może…

— Może przybrać każdą postać — mruknął Geralt. - Również ludzką. Też o tym słyszałem. Ale nie wierzyłem.

— Panie Yarpenie Zigrin! — zawołał Villentretenmerth do krasnoluda uczepionego pionowej skały na wysokości dwudziestu łokci nad ziemią. - Czego tam szukacie? Świstaków? Nie jest to wasz przysmak, jeśli dobrze pamiętam. Zejdźcie na dół i zajmijcie się Rębaczami. Potrzebują pomocy. Nie będzie się już zabijać. Nikogo.

Jaskier, rzucając niespokojne spojrzenia na Zerrikanki, czujnie krążące po pobojowisku, cucił wciąż nieprzytomnego Dorregaraya. Geralt smarował maścią i opatrywał poparzone kostki Ye

Uporawszy się z zadaniem, wiedźmin wstał.

— Zostańcie tu — powiedział. - Muszę z nim porozmawiać.

Ye

— Idę z tobą, Geralt — wzięła go pod rękę. - Mogę? Proszę, Geralt.

— Ze mną, Yen? Myślałem…

— Nie myśl — przycisnęła się do jego ramienia.

— Yen?

— Już dobrze, Geralt.

Spojrzał w jej oczy, które były ciepłe. Jak dawniej. Pochylił głowę i pocałował w usta, gorące, miękkie i chętne. Jak dawniej.

Podeszli. Ye

— Trzy Kaw… Villentretenmerth… — powiedział wiedźmin.

— Moje imię w wolnym przekładzie na wasz język oznacza Trzy Czarne Ptaki — powiedział smok. Smoczątko, wczepione pazurkami w jego przedramię, podstawiło kark pod głaszczącą dłoń.

— Chaos i Porządek — uśmiechnął się Villentretenmerth. - Pamiętasz, Geralt? Chaos to agresja, Porządek to obrona przed nią. Warto pędzić na koniec świata, by przeciwstawić się agresji i złu, prawda, wiedźminie? Zwłaszcza, jak mówiłeś, gdy zapłata jest godziwa. A tym razem była. To był skarb smoczycy Myrgtabrakke, tej otrutej pod Hołopolem. To ona mnie wezwała, bym jej pomógł, bym powstrzymał grożące jej zło. Myrgtabrakke odleciała już, krótko po tym, gdy zniesiono z pola Eycka z Denesle. Czasu miała dość, gdy wy gadaliście i kłóciliście się. Ale zostawiła mi swój skarb, moją zapłatę.

Smoczątko pisnęło i zatrzepotało skrzydełkami.

— Więc ty…

— Tak — przerwał smok. - Cóż, takie czasy. Stworzenia, które wy zwykliście nazywać potworami, od pewnego czasu czują się coraz bardziej zagrożone przez ludzi. Nie dają już sobie rady same. Potrzebują Obrońcy. Takiego… wiedźmina.

— A cel… Cel, który jest na końcu drogi?

— Oto on — Villentretenmerth uniósł przedramię. Smoczątko pisnęło przestraszone. - Właśnie go osiągnąłem. Dzięki niemu przetrwam, Geralcie z Rivii, udowodnię, że nie ma granic możliwości. Ty też znajdziesz kiedyś taki cel, wiedźminie. Nawet ci, co się różnią, mogą przetrwać. Żegnaj, Gerąlt. Żegnaj, Ye

Czarodziejka, chwytając mocniej ramię wiedźmina, dygnęła ponownie. Villentretenmerth wstał, spojrzał na nią, a twarz miał bardzo poważną.

— Wybacz szczerość i prostolinijność, Ye

— Wiem — Ye

Vea podchodząc dotknęła ramienia Geralta, wypowiedziała szybko kilka słów. Smok zaśmiał się.

— Gerąlt, Vea mówi, że długo pamiętać będzie balię "Pod Zadumanym Smokiem". Liczy, że się jeszcze kiedyś spotkamy.

— Co? — spytała Ye

— Nic — rzekł szybko wiedźmin. - Villentretenmerth…

— Słucham cię, Geralcie z Rivii.

— Możesz przybrać każdą postać. Każdą, jaką zechcesz.

— Tak.

— Dlaczego więc człowiek? Dlaczego Borch z trzema czarnymi ptakami w herbie? Smok uśmiechnął się pogodnie.

— Nie wiem, Gerąlt, w jakich okolicznościach zetknęli się po raz pierwszy ze sobą odlegli przodkowie naszych ras. Ale faktem jest, że dla smoków nie ma niczego bardziej odrażającego niż człowiek. Człowiek budzi w smokach instynktowny, nieracjonalny wstręt. Ze mną jest inaczej. Dla mnie… jesteście sympatyczni. Żegnajcie.

To nie była stopniowa, rozmazująca się transformacja, ani mgliste, roztętnione drżenie jak przy iluzji. To było-nagłe jak mgnienie oka. W miejscu, gdzie przed sekundą stał kędzierzawy rycerz w tunice ozdobionej trzema czarnymi ptakami, siedział złoty smok, wyciągając wdzięcznie długą, smukłą szyję. Skłoniwszy głowę smok rozpostarł skrzydła, olśniewająco złote w promieniach słońca. Ye

Vea, już w siodle, obok Tei, pokiwała ręką.

— Vea — powiedział wiedźmin — miałaś rację.

— Hm?

— On jest najpiękniejszy.