Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 42 из 47

Przyglądałem mu się przez chwilę. Cholernie wyedukował się ten były doker. Co za zasób słownictwa!

– Nie mam siły się targować – powiedziałem. – Jestem zmęczony i mam przed sobą ciężką pracę. Ostatnie czego pragnę, to wplątać się w kłopoty przez długi Bulsaniego. Moja propozycja brzmi: dwadzieścia pięć procent od sumy i sto trzydzieści bezzwrotnej zaliczki. – Kupiec chciał coś wtrącić ale uniosłem dłoń. – To naprawdę ostatnia propozycja.

Hilgferarf pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Niech i tak będzie. Słyszałem o panu dużo dobrego, panie Madderdin. Nie jest pan tani, ale słynie pan z rzetelnego podejścia do pracy. Mam nadzieję, że odzyskam moje pieniądze.

– Szczerze? – skrzywiłem się. – Sądzę, że straci pan jeszcze te sto trzydzieści na zaliczkę dla mnie.

– Szczerość godna podziwu – powiedział bez najmniejszej ironii w głosie. – Jednak zaryzykuję. Być może – dodał ostrożnie – potem, jeżeli wszystko się powiedzie, miałbym dla pana coś poważniejszego. Coś dużo poważniejszego.

– Skąd to zaufanie?

– Ja znam się na ludziach, panie Madderdin. A pan jest uczciwym człowiekiem. Co nie znaczy moralnym – zastrzegł się od razu – ale uczciwym.

Zastanowiłem się przez chwilę. To prawda. Rzeczywiście byłem uczciwym człowiekiem. Przynajmniej jak na to miejsce i na te czasy. Hilgferarf wiedział, że spróbuję znaleźć Bulsaniego i odzyskać dług, choć równie dobrze mogłem przecież przehulać zaliczkę u Lo

– Dziękuję za miłą rozmowę. – Wstałem z miejsca. – Mam nadzieję, że będę mógł panu pomóc.

– Strażnik zaprowadzi pana do kasy – powiedział, tym razem nie podając mi ręki. Może uznał, że raz na dzień wystarczy.

Skinąłem głową i wyszedłem. Śmierdziało, jak to przy spichlerzach, ale dzień zrobił się jakby sympatyczniejszy. W końcu w moim wypadku sto trzydzieści koron, to była kupa pieniędzy. Musiałem pomyśleć, gdzie mogę znaleźć prałata Bulsaniego. Mogłoby się wydawać, że miałem wiele możliwości. Mniej więcej tyle samo, co burdeli w Hez-hezronie. Ale nawet Bulsani nie był chyba tak głupi, aby z długiem na karku zabawiać się z dziwkami. Zastanawiałem się przez moment, czy słyszałem o jakichś przyjaciołach czcigodnego prałata. Hmm… nikt nie przychodził mi do głowy. Ludzie tacy jak Bulsani nie mają prawdziwych przyjaciół. Może tylko towarzyszy do kielicha. Póki nie wyrolują ich lub nie przerżną ich córek albo żon. Kto w takim razie pił i bawił się z Bulsanim? Wiedziałem, u kogo szukać tej informacji. U niezawodnej Lo

Grytta nawet nie zdziwił się na mój widok, tylko szeroko uśmiechnął, pokazując garnitur spróchniałych zębów. Pewnie spodziewał się następnego datku i nie zawiódł się. Lo

– Mordimer, czyżbyś jednak potrzebował dziewczyny?

– Być może przychodzę oddać ci dług, moja droga.

– Być może?

Wziąłem dwa kieliszki ze stolika i nalałem trochę wina sobie i Lo

– Twoje zdrowie – powiedziałem – za bogactwo i urodę.

Wypiła z lekkim uśmiechem.

– Flirtujesz ze mną, czy masz interes? Jeśli flirtujesz, to…

Spojrzałem na jej mocno wydekoltowane piersi.

– A masz ochotę na flirt?

– Nie, Madderdin – roześmiała się. Dziwne, ale w tym mieście, gdzie mało kto dbał o zęby, ona miała je śnieżnobiałe, równe i mocne. – Wiesz przecież, co ja lubię.

Wiedziałem. Lo

– Mów – powiedziała.

– Szukam Bulsaniego.

– Widzę, że szukasz wielu ludzi, Mordimer – zauważyłem, że spoważniała. – Skąd przyszło ci do głowy, że wiem, co dzieje się z naszym przyjacielem, prałatem?

– Bo on był u ciebie, Lo

Milczała.

– Pytał o miejsce, gdzie można się bezpiecznie zabawić. Przeczekać miesiąc, może dwa lub trzy w towarzystwie kilku miłych panienek, czy nie tak? – oczywiście blefowałem, ale Bulsani naprawdę mógł tak postąpić.

Nadal milczała.

– Lo

– Nie, Mordimer – odparła – mylisz się. Naprawdę. Bulsani wyjechał z miasta, a ja nie wiem gdzie. Ale…

– Ale? – zapytałem po chwili milczenia

– Sto dukatów – powiedziała – i dowiesz się wszystkiego, co i ja wiem.

– Zwariowałaś? – roześmiałem się. – Nie dostałem aż tak dużej zaliczki.

– No to nie.

Zastanowiłem się. Lo

– Posłuchaj, moja droga, może jakiś podział zysków?

– Nie.

I już wiedziałem wszystko. Ta szybka odpowiedź była tak zdecydowana, że Lo

– Ile zamówił dziewczyn? – zapytałem.

Lo

– Jesteś diabłem, Mordimer – powiedziała – ale nawet ty nie dowiesz się, gdzie je kazał dostarczyć.

– Wszystko jest kwestią motywacji – powiedziałem – ale rzeczywiście wolałbym się tego dowiedzieć od ciebie.

– Mordimer – powiedziała jakimś takim żałosnym tonem. – Nie mieszaj się w to wszystko i nie mieszaj mnie.

Lo

– Moja droga – zbliżyłem się do niej i objąłem, a w tym uścisku było równie dużo czułości, jak siły. – Kiedy ja stoję po jednej stronie barykady, a ktoś i

Próbowała się uwolnić, ale równie dobrze mogłaby siłować się z drzewem.

– Lo

– A jak nie? – tchnęła mi prosto w ucho – Co mi możesz zrobić, Mordimer?

Puściłem ją i usiadłem w fotelu. Zacisnęła zęby i widziałem, że ostatkiem sił panuje nad sobą, by nie kazać mi iść w diabły. Ale jeszcze nie skończyliśmy rozmowy i wiedziała o tym.

– Jaką bajeczkę chciałaś mi sprzedać za sto dukatów? – zapytałem.

Milczała i patrzyła takim wzrokiem, jakby chciała mnie zabić. Wielu ludzi tak już na mnie patrzyło, więc się nie przejmowałem. Zwłaszcza, że później zwykle ja ich musiałem zabijać.

– Gdzie je kazał dostarczyć, Lo

Lo

Tak więc ona sobie spokojnie myślała, a ja bez pośpiechu popijałem winko. W końcu zdecydowała się.

– Kupił sześć dziewczyn – powiedziała – ale to było specjalne zamówienie.

– Dziewice? – nawet nie zapytałem, a w zasadzie stwierdziłem.

– Skąd wiesz? – Otworzyła szeroko oczy.

– Co z nimi zrobił? – Nawet nie chciało mi się odpowiadać.

– Kazał załadować je na barkę płynącą na północ – odparła po chwili. – Wiem, bo Grytta eskortował ich do portu.

– Zawołaj go – rozkazałem.

– Mordimer, ja cię proszę, nie mieszaj mnie w to wszystko – prawie że jęknęła i była urocza z tą bezradnością. Oczywiście, jeśli ktoś dawałby się nabrać na tak proste sztuczki. Ale przynajmniej była na tyle przestraszona, by zacząć je stosować. A to już coś.

– Grytta zobaczył tam coś, prawda, Lo

Dolałem sobie hojnie wina, bo było naprawdę smaczne. Wystarczająco cierpkie i orzeźwiające, ale nie zostawiające na języku tego chłodnego, metalicznego posmaku, świadczącego, iż nie leżakowało we właściwej beczce lub wi

Lo

– Powiedz panu Madderdinowi, co widziałeś w przystani – rozkazała zmęczonym tonem.