Страница 32 из 47
– Tak, tak, siadaj, Mordimer. – Wskazał mi krzesło naprzeciw siebie. – Manuelu, przynieś drugie nakrycie, proszę. Zmężniałeś – rzekł, znów obracając na mnie wzrok. – Pamiętam cię jako chudego, wiecznie milczącego szesnastolatka, mój drogi. Wiesz, że nigdy nie zadałeś mi żadnego pytania?
– Słuchałem – odparłem, gdyż lepiej pamiętał przeszłość ode mnie i byłem tym zdumiony.
– To prawda, pilnie słuchałeś. I zastanawiałeś się, jak blisko jestem herezji, prawda?
Drgnąłem. Czyżby było to aż tak widoczne? Faktycznie, jedno zdarzenie akurat sobie przypomniałem. Kiedyś, gdy słuchałem wykładu Ignaciusa przemknęła mi przez głowę myśl: „Spłoniesz, mistrzu. Spłoniesz z całą pewnością”. I zaraz się tej myśli sam przestraszyłem. Skąd mógł wiedzieć? Czy wszystkich uczniów pamiętał i rozumiał aż tak dobrze?
– Byłem niedoświadczony, Ignaciusie – odparłem łagodnie. – I być może nie rozumiałem, że wiara umacnia się w ogniu dyskusji.
– W ogniu dyskusji – powtórzył. – Cóż, nie wszyscy tak myślą – spojrzał na mnie badawczo. – Większość sądzi, że należy wierzyć bez zbędnego mędrkowania.
– Również mają rację – odparłem. – Bo wszystko zależy od tego, kto dyskutuje i jak daleko sięga dyskusyjny zapał.
– Zapał, ogień… Jakże blisko od tych słów do płomienia i stosu… – powiedział zamyślony.
Służący, nazywany przez Ignaciusa Manuelem, przyniósł na tacy talerz, nóż i metalowy kubeczek.
– Częstuj się, Mordimer – zaprosił mnie dawny nauczyciel. – Czym chata bogata… – Dał znak Manuelowi, by opuścił komnatę.
– To miło, że przestrzegasz starych zwyczajów i przyszedłeś nas odwiedzić – powiedział, kiedy odkrawałem sobie najmniej tłusty, a za to dobrze wypieczony kawałek mięsa. – Spróbuj chleba – dodał. – Mamy własną piekarnię i śmiem twierdzić, że robimy najlepszy chleb w Tirianie. Taaak – ciągnął. – Dobrze widzieć, że młode pokolenie szanuje odwieczne obyczaje, na których wyrośliśmy i o które dbaliśmy.
Mógł sobie darować te nostalgiczne uwagi, ale przyjąłem je z uśmiechem. Ignacius sprawiał wrażenie sympatycznego, poczciwego i dobrze trzymającego się staruszka. Czy próbował mnie nabrać, czy też tak bardzo przyzwyczaił się do gry, że stała się jego drugim życiem i grał bezwiednie? Nieważne. Był inkwizytorem, a w Inkwizytorium nie pracują sympatyczni i poczciwi staruszkowie, z łezką w oku wspominający chwałę dawnych czasów.
– Czy nie obrazisz się, Mordimer, jeśli spytam cię o cel wizyty w Tirianie? Może będę ci mógł w czymś pomóc?
– Jesteś niezwykle uprzejmy, Ignaciusie – powtórzyłem niedawno wygłoszoną kwestię. – Ale powiedziałbym, że odwiedziny w Tirianie traktuję jak dawno mi należne wakacje. Pewien bogaty kupiec, pozwól, że nie wymienię jego nazwiska, postanowił sfinansować mój pobyt tutaj. I to pobyt w miłym towarzystwie – mrugnąłem znacząco. – W zamian za niedawno oddane przysługi.
– Ach, tak – uśmiechnął się. – Wybrałeś więc właśnie Tirian jako miejsce odpoczynku. Jak miło!
W jego głosie nie wyczułem ani szyderstwa, ani ironii. Grał swoją rolę bezbłędnie, więc i ja zamierzałem grać swoją.
– Och, nie ukrywam, że postanowiłem połączyć przyjemne z pożytecznym – rzekłem z lekkim zakłopotaniem. – I mam nadzieję na pewne spotkanie w interesach. Jednak, wybacz, że nie mogę o tym mówić, gdyż nie działam tylko w swoim imieniu i zobowiązano mnie do utrzymania tajemnicy. Niestety, Ignaciusie, Jego Ekscelencja biskup Hez-hezronu, niech Pan czuwa nad jego świątobliwą duszą, niezwykle skrupulatnie liczy rozchody biskupstwa…
– … a co za tym idzie inkwizytorskie pensje – zaśmiał się. – Skąd ja to znam? Ale oczywiście, Mordimerze – dodał. – W interesach dyskrecja jest rzeczą świętą i nie zamierzam cię skłaniać do złamania danego słowa. Jednak z twoich słów rozumiem, że odwiedziny Tirianu nie są w żaden sposób związane z twoją działalnością, jako inkwizytora Jego Ekscelencji?
– Boże broń, Ignaciusie – powiedziałem.
Przez chwilę jedliśmy w milczeniu i spróbowałem wina, którym poczęstował mnie tiriański inkwizytor.
– Alhamra – powiedziałem, próbując. – Miód w gębie.
– Mamy specjalną zniżkę – mrugnął porozumiewawczo. – Bo w Hezie już każą sobie słono za nie liczyć…
– O, tak – westchnąłem. – Widzę, że i w Tirianie bracia chętniej spędzają czas we własnych kwaterach niż w Inkwizytorium – dodałem.
– Dlaczego tak sądzisz? – zmrużył oczy.
– Wieczerzasz sam – odrzekłem. – Ale ja też wolę pokój w karczmie niż nasze dormitorium.
– Jest nas pięciu – odparł – i wszyscy mieszkamy w Inkwizytorium. Jednak teraz moi czterej bracia przebywają poza miastem i zostałem sam. Tak więc cieszę się, że dotrzymasz mi towarzystwa dzisiejszego wieczoru.
Zaciekawiło mnie, cóż za pilne sprawy wyrwały z miasta wszystkich inkwizytorów, ale wiedziałem, że nie wypada się dopytywać. Jednak fakt, że piątka inkwizytorów mieszkała razem, był nieco dziwny. Chociaż, może w Tirianie obowiązywały i
Z Ignaciusem spędziłem miły wieczór przy dzbanku dobrego wina. Gawędziliśmy leniwie, on opowiadał tiriańskie plotki, a ja zwierzałem się z tego, jak żyje się w bliskości Gersarda, ekscelencji biskupa. Z tym że, chyba wierzycie, mili moi, iż wasz uniżony sługa nie pozwolił sobie na wypowiedzenie ani jednego zbędnego słowa, a o atakach podagry Gersarda mówił z podszytym współczuciem szacunkiem. W końcu samo Pismo mówi: „Nie każdemu człowiekowi otwieraj serce swoje”. I jak mało kto na świecie mogę świadczyć o niezwykłej słuszności tych słów.
Kiedy zaświtał pierwszy poranek mojej bytności w Tirianie, odemknąłem okie
Główny kapitanat Tirianu mieścił się w wielkim, parterowym budynku, który zapewne niegdyś był magazynem zbożowym, a teraz rozlokowali się w nim urzędnicy i kanceliści. W środku roiło się od kupców, pośredników i zwykłych żeglarzy, z których każdy miał do załatwienia nie cierpiącą zwłoki i niezwykle ważną sprawę. Jednak przyznać muszę, że mimo tłoku, w środku panował niezwykły wręcz ład, a nad porządkiem czuwało kilku strażników portowych z solidnymi pałami w dłoniach. I sam widziałem, że potrafili tymi pałami przylać petentom nie potrafiącym zachować się zgodnie z obowiązującymi regułami.
Musiałem odczekać swoje w dość długiej kolejce do jednego z kancelistów. Siwy, zasuszony człowieczek siedział nad stertą ksiąg i papierów. Blat biurka, palce, a nawet uszy miał poplamione inkaustem.
– Słucham – zapytał niecierpliwie, kiedy stanąłem przednim.
– Chcę wynająć dobry statek i kapitana znającego rzekę w górnym biegu – powiedziałem głośno.
Kancelista odłożył pióro na blat biurka i podniósł na mnie wzrok.
– Macie tiriańską licencję? – zapytał, uważnie mi się przyglądając spod siwych, rzadkich brwi.
– Nie – odparłem. – Jestem kupcem z Hezu.
Ktoś stojący za mną parsknął śmiechem, ktoś i
– Nie sądzę, żeby ktoś z wami chciał popłynąć, skoro nie macie licencji – powiedział z ledwo ukrywanym rozbawieniem.
– Nie wierzę, że w Tirianie nie ma kapitana, który nie chce zarobić solidnej sumki za kurs na południe – powiedziałem ze zdumieniem.
– Posłuchajcie no, panie… – zawiesił głos.
– Godryg Bemberg – wyjaśniłem. – Licencjonowany kupiec z Hez-hezronu.
Znowu ktoś z tyłu parsknął śmieszkiem, słysząc te słowa.
– Posłuchajcie no, panie Bemberg – rzekł. – Nie znam kapitana, który by z wami popłynął. Wykupcie w gildii jednorazową licencję albo skorzystajcie z pośrednictwa naszych kupców. To wam mogę poradzić. Następny! – Odwrócił ode mnie wzrok.
– Zaraz, zaraz…
– Następny! – powiedział już ostrzejszym tonem i spojrzał w stronę jednego ze strażników.
– Dobrze, już dobrze – powiedziałem, kiedy zobaczyłem, że strażnik wolnym krokiem zmierza w moją stronę.
W końcu wielce upokarzające byłoby, mili moi, gdyby biedny Mordimer dostał pałą po plecach w tiriańskim kapitanacie. I w dodatku nie mógł we właściwy sposób ukarać napastnika.
Przepchnąłem się przez tłum i wyszedłem na zewnątrz budynku. Przysiadłem na murku ze zrezygnowaną miną i nie musiałem długo czekać, aż podszedł do mnie młody, bogato ubrany człowiek. Miał zdobiony srebrem, jedwabny kaftan i haftowane ciżmy z fantazyjnie wygiętymi noskami. U zdobionego, szerokiego pasa kołysał się sztylecik o grawerowanej srebrem rękojeści.
– Witajcie, panie Bemberg – powiedział serdecznym tonem. – Jeśli dobrze usłyszałem wasze szacowne nazwisko.
– Ano dobrze – wstałem z murku i skinąłem mu głową.
– Pierwszy raz w Tirianie, co? Ach, jakżeż to nieuprzejmie z mojej strony! Jestem Maurycy Mossel, pośrednik, do waszych usług, panie. – Porwał moją dłoń i potrząsnął nią z zapałem. – Jeśli zechcecie wysłuchać kilku rad, chętnie wam ich udzielę przy kielichu lub dwóch dobrego winka.
– A co wy w tym macie za interes, panie Mossel? – zapytałem nieufnie.