Страница 64 из 65
Epilog
Urodziłem się w roku 1952, wiele lat przed największym tryumfem polskiego futbolu i wiele lat przed wyborem polskiego Papieża. Jestem rówieśnikiem ojca Patryka Wojewody, pochodzę z Granatowych Gór, znam sporo postaci, które zostały w „Dzie
Od lat mieszkam w Warszawie w dwupokojowym mieszkaniu przy Złotej. Koleje życia Patryka śledzę od czasu, kiedy mnie okradł. Ach, oczywiście nie okradł, a wymierzył (za niechlujny wygląd zewnętrzny i zaniedbane imponderabilia) grzywnę, i to grzywnę zwrotną. Chyba dla śmiechu powtarzam te brednie. Imię moje, jak słusznie odgadujecie: Dziewiąty PIN. Wtedy na placu Wieży stałem parę kroków od Patryka i nie bez uciechy obserwowałem, jak roztrzęsionymi rękami pustoszy moje konto i jak potem rozgląda się histerycznie, czy aby nie nadbiegam z paniką w do cna wymiecionym z zuchwalstwa spojrzeniu. Jeśli ktoś był w panice, to oczywiście on. Tylko skrajnym napięciem nerwów da się wytłumaczyć, że choć spoglądał na mnie z dziesięć razy, z dziesięć razy dosłownie patrzył mi w oczy – nie widział mnie. W sumie nic dziwnego, trzęsły mu się nie tylko ręce. Nie widział mnie, ponieważ z całych swoich wewnętrznych sił nie chciał mnie widzieć. Wedle jego najgłębszych przeświadczeń – choć w opowiadaniu gorączkowo temu zaprzecza – ja wtedy rozpłynąłem się w powietrzu. Chętnie na to przystaję, powiedzmy, że prócz i
Wpierw miałem zamiar napisać do niego list – ruch oczywisty: list za list. Zwlekałem jednak, jak to z pisaniem listów. Maiła nie da mu się posłać, bo z kolei on zwleka z kupnem komputera. Kiedy zorientowałem się, że prowadzi swój „Dzie
Z powodzeniem mógłbym się uznać za twórcę tych rozdziałów – zajmuję się literaturą. Pisarstwo moje jest wprawdzie pisarstwem nie najwyższych lotów, ale zbiłem na nim majątek. Uprawiam twórczość prorodzi
Dziwne, że nie ma w tym fragmencie ani słowa o najczęściej występujących w Patryka języku – homilii, błogosławieństw i modlitw papieskich. Może mu przeszło? Może poddał się antypapieskiej kuracji odwykowej? Odbył antypapieski detox? Uczęszczał na wykłady poświęcone lepszemu zrozumieniu siebie samego? Nic mi o tym nie wiadomo. Raczej nie. Jeśli coś się zmieniło, jeśli coś uległo wzmożeniu w życiu Patryka, to piłka nożna. Skończył studia, odbywa praktykę w szacownej kancelarii adwokackiej, niechybnie bardzo zręcznie będzie się wspinał po szczeblach kariery, ale prawdziwy zapał budzi w nim tylko futbol. Coraz namiętniej i coraz częściej w na pół zrujnowanej hali na Powązkach grywa z redaktorami Polityki. W pełnym biegu przyjmuje piłkę, mija szefa działu kultury, strzela, piłka ląduje w siatce – wyłącznie w takich sytuacjach serce Patryka jest wysoko.
Pierwszy raz przeczytałem jego rękopis w dzień napadu na Bank Lwowsko-Wileński. W końcu byłem adresatem kuriozalnego listu Patryka – wystarczający powód, by znaleźć się w kręgu zainteresowania wiadomych służb, tak się jednak składa, że miałem z tymi panami kontakty grubo wcześniej, a doskonale Patrykowi znany funkcjonariusz o nieczytelnym stopniu i mnie – tyle że od dawna – jest co najmniej równie doskonale znany.
Wieczorem w dzień napadu, gdy kolejna wyprawa Patryka ruszyła, w sumie nie wiadomo po co, w kierunku placu Wieży, zwiedziliśmy – też w sumie nie wiadomo po co – jego mieszkanie przy rondzie ONZ. Funkcjonariusz o nieczytelnym stopniu ze znaną wam wprawą otworzył zamek i wkroczyliśmy do rozpaczliwego wnętrza: stolik, fotele, wersalka, regał, fotografia Konstancji na ścianie, „Dzie
Swoją drogą – biedna Konstancja. Wszystko umiała w swoim niedługim życiu nazwać, umiała nazwać rzeczy, których nikt nie umie nazwać, a trawiącego ją głodu miłości, który umie prawie każdy nazwać, nie rozpoznała w sobie. Była intelektualistką, a życiowe jej ruchy były zwierzęce. Podobno pod koniec spróbowała jeszcze z kobietami, jakieś dziewczyny podrywane w klubie Utopia, jakieś i
Gdy po raz pierwszy przeczytałem albumozeszyt Patryka, nie przyszło mi do głowy, żeby coś dopisywać, czekałem na dalsze ciągi, dopiero teraz, gdy wiem, że utraciwszy swój nadsłuch, od przeszło roku niczego nie notuje, postanowiłem wkroczyć do akcji. Funkcjonariusz o nieczytelnym stopniu z entuzjazmem odniósł się do mojego pomysłu, z entuzjazmem ze mną pojechał, z entuzjazmem ponownie otwarł mi drzwi, z entuzjazmem oświadczył, że wróci za dwie godziny – facet w ogóle jest w ciągłym entuzjazmie – podobno wreszcie spotkał kobietę swojego życia i za jej sprawą rany zadane niespalonym kalendarzem zabliźniły się nierozpoznawalnie. Kim jest wybawicielka, niestety, nie wiem. Funkcjonariusz o nieczytelnym stopniu za Chiny nie chce puścić pary, zachowuje się nad wyraz tajemniczo i daje do zrozumienia, że nie może powiedzieć, ponieważ młoda osoba jest postacią znaną. Bóg z nim.
Patryk kilka dni temu wyjechał do Granatowych Gór. Popołudnia, jak znam życie, spędza u Pięknej Pietii, która – faktycznie – im bliżej emerytury, tym bardziej jest pociągająca. Ma się rozumieć, wszyscy wszystko o tym skandalicznym romansie wiedzą, krążą na ten temat najdziwaczniejsze plotki. W gruncie rzeczy jedynym człowiekiem, którego ta historia zdaje się nie obchodzić, jest ojciec Patryka. Tak. Znalazł się. Spędził kilka miesięcy, mniejsza o to z kim, w pewnym mazurskim pensjonacie i wrócił do domu. Po prostu. – Gdzie byłeś? – pytali i do dziś pytają go wszyscy, on zaś z jadowicie sytym uśmiechem odpowiada: – Byłem, ale gdzie byłem, nie dowiecie się nigdy.
Pozornie wrócił w bardzo dobrej formie, jak się jednak bliżej przyjrzeć, w nie aż tak dobrej. Wrócił owładnięty koniecznością pisania testamentu i ma to dość szaleńcze objawy. – Słuchaj – gada w koło do swej byłej, a może wciąż aktualnej żony – słuchaj, ciągle mi się wydaje, że coś mi się stanie, że umrę, więc czuję, że powinienem napisać testament. I równocześnie boję się, że jak napiszę testament, coś mi się stanie naprawdę. Z tego bezwyjściowego paradoksu stary Patryka nie jest w stanie wyjść i zarazem poza daremnym szukaniem wyjścia nic go nie interesuje.
Babka Joa