Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 6 из 65

ROZDZIAŁ I – Hotel Holiday I

Na początku drugiego tysiąclecia w Warszawie mieszkał pewien młody człowiek, który nie radził sobie ze światem. Przesada – radziłem sobie. Ale najchętniej tak bym zaczął moją PINobójczą historię, mój Dzie

Ale puste kartki w leżącym na stole w empiku „Dzie

„Na kartach tych, pomiędzy wizerunkami nieustraszonych podróżników i badaczy – głosiła umieszczona z tyłu nota – stworzysz, czytelniku, swój „Dzie

Zdarzyło się to przeszło rok temu, w środę 22 czerwca. To, że przy okazji była upalna wigilia Bożego Ciała nie ma, moim zdaniem, specjalnego znaczenia – niemniej jednak upał był przełomowy. Stałem pod bankomatem na Emilii Plater, przede mną marudził wytworny sześćdziesięciolatek, ponad miastem białe płomienie krążyły jak planety przed ostatecznym zderzeniem. Wytworny sześćdziesięciolatek nie radził sobie z maszynerią i nieumiejętność ta w jakimś sensie go demaskowała. Nie mówię, że wydał mi się podejrzany, ale końcu jeśli facet ma na sobie błękitną lnianą koszulę z Cottonfieldu, kremowe płócie

Poczułem w gardle sły

Pierwsze wagnerowskie takty Arii poławiacza PINów huczały mi we łbie i nie ma co się dziwić: tak ważnej chwili nie szło przeżyć bez odrobiny podniosłości. Radykalnie skracając ścieżkę prowadzącą do iluminacji rozbłyskujących w czeluściach mojej trąbki Eustachiusza – mówię wprost: raptownie, choć przecież i tak z pewnym opóźnieniem, zrozumiałem, że po prostu słyszę wystukiwane przez tamtego cyfry. Tak jest – zamiast głuchych piknięć, słyszałem dźwięki pełne znaczenia, dochodziły do mnie konkretne dane, bezwiednie, ale nieomylnie w mojej głowie wyświetlał się czyjś tajny i pilnie strzeżony PIN – Personal Identifical Number. Nie miałem zielonego pojęcia, co począć z nagle uzyskaną wiedzą. Nie tracąc wzrokowego kontaktu z bankomatem, przeszedłem kilkadziesiąt kroków i usiadłem w ogródku hotelowej kawiarni. Podawali tu najdroższą wodę mineralną świata, ale było mi wszystko jedno; musiałem ochłonąć i wypić coś zimnego – upał – prawie tak jak mój słuch – przekraczał ziemskie miary. Cały hotel Holiday I

Zamówiłem gazowaną z lodem, przez chwilę gapiłem się na ciemnowłosą kelnerkę, chyba powinienem już powiedzieć: wsłuchiwałem się w nią przez chwilę, usłyszałem kroplę potu na jej porywającym obojczyku, ale całościowego i wszechogarniającego, choć, sądząc z rysów twarzy, trochę asymetrycznego (łącznie sześć i pół punktu) uroku nie usłyszałem wcale.

Jeszcze nic nie zostało powiedziane, mogłem się pomylić, mogłem się przesłyszeć. W końcu niecały rok temu przesłyszałem się krwawo: tykanie omegi wziąłem za tykanie tissota. Teraz czterocyfrowy numer usłyszałem wyraźnie, ale w końcu nie miałem żadnej pewności, że to był dokładny PIN tego akurat gamoniowatego dziadka w wykwintnych płótnach. Może od upału mąci mi się we łbie? Może przyśnił mi się na jawie byle jaki numer? Cyfry bez znaczenia? Przypadkowe dane? Błędny albo poprawny wynik starego sprawdzianu pani Ogiegłowej? Numer spalonego domu starych Messerschmidtów? Pierwszy powoje

Wytworny sześćdziesięciolatek, który nie radził sobie z bankomatem, najwyraźniej nie poradził sobie z nim definitywnie, przez chwilę wpatrywał się jeszcze w ekran i klawiaturę, potem pełnym godności ruchem oznajmującym światu, iż w nierównym pojedynku z bezduszną maszyną on i tak jest moralnym zwycięzcą, schował kartę w tajemnej kieszonce i (wciąż dbając o niezmierne dostojeństwo każdego kroku) ruszył w głąb Emilii Plater. W mojej głowie dalej tlił się jego PIN – bezużyteczny trop biegnący nie wiadomo dokąd.

Bezużyteczny jak bezużyteczny. Nie wiadomo dokąd jak nie wiadomo dokąd. Sam PIN nic nie daje, do PINu potrzebna jest jeszcze karta. Ale z drugiej strony, jak się ma PIN, łatwiej zdobyć kartę niż na odwrót. Nawet nie tyle zdobyć, co przypadkiem znaleźć. Prędzej czy później taka okazja sama wpadnie w ręce. Myśl, że otwierają się przede mną jakieś sły

– Również gazowaną z lodem? – asymetryczny magnetyzm ciemnowłosej kelnerki dalej pozostawał poza zasięgiem nie tylko mojego słuchu, ale w ogóle wszystkich moich zmysłów.

– Tak – odpowiedziałem machinalnie, ale prawie natychmiast poczułem przypływ gangsterskiego arystokratyzmu, podniosłem rękę, zatrzymałem szykującą się do odejścia kelnerkę i skorygowałem zamówienie:

– Nie. Przepraszam, ale jednak nie. Tym razem poproszę o niegazowaną. Tak, tym razem poproszę o niegazowaną z lodem i cytryną.

Przez kilka minut gapiłem się w napięciu w kierunku bankomatu. Kelnerka postawiła na stoliku szklankę niegazowanej, z dworca ruszył kolejny pociąg, powietrze nad Warszawą dygotało jak sterta niewidzialnych desek. Po kilku kolejnych minutach doczekałem się: z morza płomieni wynurzyła się Wenus w białej bluzce, rocznik, na oko sądząc: 1979, nota, na oko sądząc: pełne jedenaście punktów. Zawsze mi się zdawało, że w życiu nie ma sytuacji, w której nie przydałaby się fantastyczna laska. Teraz nie byłem pewien. Ale co miałem robić? Na los się uskarżać? Z Panem Bogiem się wadzić? Panie Boże – miałem proszalne frazy ku niebiosom wznosić? Panie Boże, Ty mi nie zsyłaj fantastycznej laski w białej bluzce. Ty mi ześlij prostego, szarego człowieka, z którego bezwiedną, ale rzeczową pomocą ja Twój dar uwiarygodnię. Przecież wiesz, że jak do tej wzmożonej białą bluzką opalenizny podejdę, jak akurat ją zagadnę, to niczego przekonująco nie sprawdzę, bo akcja utonie w niedorzecznym erotyzmie…