Страница 53 из 65
Jakkolwiek to brzmi: byłam jego muza, byłam jego najprawdziwszą muzą. Wszystko, co wtedy robił, robił dzięki mnie, nawet jak coś bezpośrednio nie było mi dedykowane, to i tak powstało dzięki mnie. On dzięki mnie pisał, komponował i występował, bo dzięki mnie żył. Zresztą jak on na każdym kroku podkreślał, że ta a ta muzyka jest dla mnie i że ten a ten tekst jest dla mnie, i nawet kiedy na koncertach wiedziałam, widziałam i słyszałam, że on gra i śpiewa tylko dla mnie, to owszem, było to dla mnie ważne, miało to znaczenie, ale nie miało znaczenia pierwszorzędnego. A nawet powiem ci, Patryku, całkiem szczerze, kiedy słyszałam, że jestem duszą skomponowanej muzyki albo że jestem światłem ułożonych akapitów, było to dla mnie wpierw częściowo niezrozumiałe, potem dość obojętne, a w końcu nieprzyjazne. Wiele kłamstwa w tym wszystkim było. Kiedy wszem i wobec głosił, że jest czysty przez miłość do mnie – kłamał. A przecież nawet muzycy powi
Ja nie chciałam być współuczestniczką jego twórczości, zwłaszcza twórczości uprawianej wyłącznie w przerwach pomiędzy jednym a drugim tripem albo między jednym a drugim ciągiem. Ja chciałam być współuczestniczką jego życia, ja chciałam z nim żyć, kochałam go i przecież nie kochałam go dlatego, że był sławnym muzykiem rockowym, jakby był krawcem albo księgowym, kochałabym go tak samo. Tak przynajmniej myślę. Choć oczywiście miałam dwadzieścia lat i pewnie jak się ma dwadzieścia lat, łatwiej i bardziej chce się kochać muzyka rockowego niż księgowego. Chciałam, oczywiście, chciałam, żeby dalej robił to, co robi, tym bardziej tego chciałam, że on, jak brał albo jak pił, albo jak brał i pił równocześnie, to nic nie robił. W każdym razie chciałam, żeby skończyły się moje wyprawy ratunkowe po całej Polsce, żeby skończyło się moje siedzenie przy jego kolejnych hotelowych łóżkach, czuwanie nad jego trupimi snami i wdychanie zapachu szczyn, rzygowin i chemikaliów, którymi się aktualnie napompował. Bo za każdym razem było tak samo. On był jak Wańka Wstańka.
Ruszałam w moje trupie trasy. Przyjeżdżałam do kolejnych miast i do kolejnych hoteli i za każdym razem zastawałam trupa. Co zabawne, choć on był trupem w sensie ścisłym, nikt tego oczywistego faktu poza mną nie zauważał. Facet był nieprzytomny, leżał we własnych rzygowinach, puls miał nitkowaty, ciśnienie rozjechane, charczał, rzęził, konał, a koledzy z zespołu twierdzili, że kierownik trochę przesadził. Taką miał dla najbliższych ksywę: kierownik. Podobno kiedyś po pijanemu wyznał, że nigdy w życiu nie był kierownikiem, a chciałby bardzo. I został kierownikiem na całe życie. Kompletna wiocha, ale powiedzmy, że był w tym dystans. On za każdym razem w zasadzie nie żyje, a oni za każdym razem: kierownik trochę przesadził. Hotelowa obsługa to samo, a nawet gorzej, bo wersja hotelowej obsługi przeważnie brzmiała: Mistrz chyba troszeczkę przesadził. Kurwa mać! Jak słyszałam to: Mistrz chyba troszeczkę przesadził albo Mistrz chyba tym razem ciuteńkę przesadził, drętwiałam. Oczywiście drętwiałam do czasu, bo w końcu za którymś razem przestałam się łudzić. Przestałam się łudzić, że usłyszę co i
Najpierw zawsze był sły
Najpierw, to znaczy w pierwszych miesiącach, a może nawet w pierwszych tygodniach, bo jednak szybko połapałam się, na czym to wszystko polega, dawałam się nabierać na pozorne reanimacje, to znaczy jak głupia latałam po jakieś piwa albo wręcz pozwalałam, żeby chłopcy przynosili mu ostatnią maleńką działeczkę na wzmocnienie. Dwa albo trzy razy nawet podniósł się wtedy o własnych siłach, ale thafs all. Przestało działać, a raczej działało odwrotnie. Potem – w sumie równie to było naiwne – reanimowałam go metodami naukowymi. Czyli wzywałam lekarza. Specjalistę albo niespecjalistę. Zależy, gdzie się toczyła akcja. Bywały już kapitalistyczne ośrodki miejskie, w których przemysł reanimacyjnoozdrowieńczy rozwijał się ostro, ale bywały też po staremu peerelowskie dziury, w których nie znano jeszcze błogosławionego wynalazku domowych odtruć, pielęgniarek śpieszących z kroplówkami, wyspecjalizowanych patrolów detoksykacyjnych. W aptekach żadnych musujących preparatów wielowitaminowych, nawet alkaprimu, niczego, tylko polopiryna jak za Gomułki. Pogotowie wezwałam dwa, trzy razy, więcej sensacji niż pożytku. Dali jakiś zastrzyk, wypisali receptę na valium dla mistrza, rytualna, a w zaistniałej sytuacji prawie niewykonalna prośba o autograf dla córki i pa pa. Rozpoznawali go wszędzie, ale o jakichś przydatnych pod tym względem bliższych znajomościach nie było co marzyć, musiałby mieć setki takich rozsianych po całej Polsce znajomości. Odwyki, terapie, wszelkie indywidualne albo grupowe systemy leczenia runęły – że tak powiem – w zaraniu. Uprosiłam go, namówiłam, zgodził się i po którymś z kolejnych upadków poszedł na spotkanie z jednym z kardynałów, a może nawet z samym papieżem polskiej odwykologii. Wrócił nawalony jak działo. Kiedy wytrzeźwiał i był w stanie opowiedzieć, na czym polegała rozmowa – przyznam, pierwszy raz ciężko mi było odrzucać przynajmniej niektóre argumenty jego nałogu. Bo jeden z kardynałów, a może nawet sam papież polskiej odwykologii, zaproponował mu zmianę zawodu. A jak nie całkowitą zmianę zawodu, to przynajmniej przerwanie występów, komponowania muzyki i pisania tekstów na co najmniej trzy lata. Przez ten czas muzyk rockowy miał prowadzić bardzo szczegółowe notatki ze stanu swego ducha, które potem, jak ewentualnie wróci do pisania i komponowania, bardzo będą przydatne, bo po trzech latach przerwy powinien zacząć pisać piosenki wymierzone przeciwko narkotykom i wódce. Jakby terapeutyczna przerwa zaowocowała antynałogowymi songami, byłoby bardzo dobrze, najlepiej by jednak było, jakby całkiem zmienił zawód. Papież polskiej odwykologii zachęcał do radykalnego posunięcia i zachłystywał się głośnym przypadkiem pewnego kabareciarza, który wraz z piciem porzucił znarkotyzowane i rozpite otoczenie i został listonoszem. Ach to facet! – wykrzykiwał. – Ach to kozak! Ach to macho! Jakby wszyscy byli takimi kozakami, to mielibyśmy sto procent uzdrowień! Choć w pewnym sensie mamy sto procent uzdrowień, bo umierają tylko ci, co się nie słuchają! Gdyby się słuchali, żyliby, żyliby wiecznie! Muzyk rockowy zapewniał, że nawet jak się przesłyszał i tamten nie powiedział żyliby wiecznie, to i tak mówił o życiu jak o wieczności.