Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 42 из 65

ROZDZIAŁ X – Jazda dowolna

Kępy floksów i peonii pachniały ogłuszająco, wydawało mi się, że w nocy ten zapach nabiera mocy broni chemicznej, że zaraz stracę przytomność i umrę przed Janem Nepomucenem. Leżałem na prześcieradle, kończył się długi weekend, wąchałem własne ramiona, nie chciałem, żeby wszechogarniający gaz bojowy floksów i peonii wywabił z mojej skóry zapach ambrę solaire laboratoires – garnier paris. Długi weekend mijał jak życie, a nawet jeszcze gwałtowniej. W sobotę nazajutrz po przyjeździe spotkałem przed Kapitalistycznym Domem Towarowym Piękną Pietię. Chyba już wspominałem, że z pani od rosyjskiego przeistoczyła się w panią od muzyki. Teraz z całą odpowiedzialnością mogę dodać, że i

– Przytyłeś – powiedziała na mój widok – przytyłeś do tego stopnia, że zaczynam mieć wątpliwości, czy deska ciebie uniesie. Bo nie wiem, czy wiesz, że jedziesz ze mną na windsurfing nad Granatowe Jezioro. Nie bój się, nauczę cię. Pokażę ci sprzęt i podstawowe ruchy. Jestem bardzo dobrą panią od windsurfingu.

– Wcale się nie boję – starałem się mówić w sposób dwuznaczny i entuzjastyczny. – Nic a nic się nie boję, choć może trochę. Ale przede wszystkim cieszę się bardzo. – Faktycznie, propozycja spadała mi z nieba. Był druzgocący upał, w domu panowała prepogrzebowa atmosfera, babka Joa

– Za dwie godziny przyjadę po ciebie. Bądź gotów, niegdysiejszy chłopczyku.

Wody Granatowego Jeziora były nieruchome i tłuste jak pasta do butów, ani tchnienia wiatru, o windsurfingu nie było mowy.

– Siłą woli nie popłyniemy – powiedziała Pietia i widać było, że jest zła na słabość swojej, a może w ogóle człowieczej siły woli. Pokazała mi sprzęt przechowywany w wykupionej nad jeziorem budce. Konserwator i ochroniarz (dawniej dozorca) ośrodka sportów wodnych, pan Masztala, przejechał koło nas na rowerze. Gnał w niewspółmiernym do upału pędzie, w zasadzie całe jego życie biegło w niewspółmiernym do wszystkiego pędzie. Żona pana Masztali – jak już wiecie – była bezrobotną alkoholiczką i nieszczęsny ochroniarz raz po raz gorączkowo pedałował do domu, chcąc ofierze nałogu udaremnić wyskoczenie do sklepu po kolejną flaszkę. Nie była to najlepsza taktyka w walce z uzależnieniem. Podobno pan Masztala, choć osiągał kosmiczne prędkości, jeszcze ani razu nie wyprzedził pieszej pijaczki.

Odprowadziliśmy go wzrokiem, rychło obrócił się w znikający punkt. Jeśli nie liczyć niewyraźnej postaci na drugim brzegu, byliśmy sami. Pietia miała na sobie biały jednoczęściowy kostium kąpielowy, klęczała na szarym kocu, który dobrze się komponował z ciemnozieloną trawą, i przez nieustępliwą warstwę ambrę solaire laboratoires garnier paris dotykała moich ramion. Tak. Moja prawie naga pani od rosyjskiego klęczała na kocu i smarowała mi ramiona ambrę. Przebijała, nie będę owijał w bawełnę, przebijała tym smarowaniem wszystkie moje doświadczenia erotyczne. Wszystkie: platoniczne, wyimaginowane, rzeczywiste, wyśnione, podpatrzone, zasłyszane, ujrzane na ekranie, przeczytane w książce, wszystkie, jakie chcecie. Przebijała Esmeraldę Dorsz, przebijała Marlenię Jasiczek, przebijała Konstancję i przebijała wszystkie opowieści Konstancji. Kasowała też wszystkie przypadkiem ujrzane warszawskie panienki, nawet te z najwyższą ilością punktów. Kasowała aktorki, striptizerki i wszystkie rozebrane zdjęcia świata. Kasowała modelki z „Playboya". Gasła przy niej nawet Tiffany Taylor z pamiętnego (czerwiec 2000) numeru, w którym swego czasu szukałem fotografii narzeczonej Wowy z Dworca Centralnego.

Patrzyłem na brązowawą plamkę nad mostkiem Pietii, na trzy wyraźne i liczne pomniejsze zmarszczki na szyi, na jej nierówne i nie całkiem olśniewająco białe zęby, na podkrążone oczy, na umiarkowanie stara

Fotografie dziewczyn z „Playboya", w ogóle wszystkie tego rodzaju fotografie nigdy mnie, nawiasem mówiąc, specjalnie nie ruszały, w przeciwieństwie do niektórych moich – powiedzmy – przodków nigdy nie marzyłem, by z tych barwnych i lśniących stronic zstąpiła do mnie jakaś wyglansowana, wyretuszowana i komputerowo poprawiona piękność. Pewnie, że miłe to były dziewczyny, ale ich urok był, powiedziałbym, pocztówkowy. Konstancja – która oczywiście zaliczyła w swojej biografii liczne gołe pozowania (choćby w nocnym pociągu Bóg wie komu) – miała w sobie wiele takiego uroku, była zachwycająca, była prawie wycięta z „Playboya", toteż w sumie nic dziwnego, że z niczego niewycięta, a wydzielająca pot i ślinę, ze zmierzwionymi włosami i przygaszoną przez nikotynę cerą Pietia przebijała ją lekko. Pietia przebijała wszystko, mnie najbardziej.

Tysiąc błyskawic mnie przebiło, tysiąc wstrząsów mną wstrząsnęło, kiedy powiedziała:

– Wiesz, byłam niedawno w Warszawie, byłam tam cały dzień i myślałam o tobie, dwa razy nawet wydawało mi się, że ciebie widzę na ulicy, ale oczywiście to nie byłeś ty. Gdybym była w tobie zakochana, to bym powiedziała, że to zdarza się zakochanym – zaśmiała się jakimś niepojęcie smutnym, tak smutnym jak śpiewana przez Biczewską piosenka zabijanych przez krasnoarmiejców białych oficerów – śmiechem – ale ja nie byłam w tobie zakochana, ty po prostu przykuwałeś moją uwagę. Skandaliczny przypadek nauczycielki zakochanej w uczniu to nie jest mój przypadek, choć gdyby mój przypadek ujrzał światło dzie

– Paracetamol i apap to jest jedno i to samo – powiedziałem leniwie i w sumie nie wiadomo po co, upał najwyraźniej robił swoje.

– Na farmację też miałeś zamiar iść? Aptekarzem też miałeś zamiar zostać? Pamiętam, miałeś milion pomysłów, w całej szkole, w obu szkołach, w podstawówce na parterze i w liceum na piętrze aż huczało, że młody Wojewoda nie może się zdecydować…

– Bez przesady. Brałem pod uwagę medycynę, psychologię, socjologię, nauki polityczne, historię sztuki i prawo. Farmacji nie.