Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 29 из 65

ten odwet w imieniu wszystkich granatowogórzan… Tato drogi, spotykając się z pa

Tysięczny raz puszczam kasetę i tysięczny raz powtarzam epizod wielkiego śmiechu moich przodków, i na tym kończę. Nie słucham dalszego ciągu przemówienia ojca, choć wiem i pamiętam, jak przekomicznie opowiadał o Janie Nepomucenie – niewątpliwie najgorszym kierowcy w dziejach motoryzacji, nie słucham opowieści o podglądaniu w Domu Zdrojowym czeskich striptizerek, nie słucham końcowych strzelistych życzeń tak przez starego powiedzianych, że wiara płacze. Wolę śmiech. Wzruszający, oczyszczający i dający wolność – śmiech. Śmieją się wszyscy, nad ich głowami sepiowa runa, za moim oknem nieśmiertelny łoskot ronda ONZ.

Stary w oczywisty sposób zakasował swoim przemówieniem pobożne wystąpienie księdza Kubali. Najprzód bowiem w olbrzymim, obfitym modrzewiowym drewnem holu odbyła się część religijna – dziadek Jan Nepomucen miał wprawdzie uwierzyć w Boga dopiero na łożu śmierci – ale wielkodusznie uległ naleganiom babki Joa

– Dobrze, dobrze, dobrze! – darł się podczas rodzi

– Nie bluźnij, Janku – babka Joa

– Gdyby nie twoja wiara, to co, Joasiu?

– Gdyby nie moja wiara, dawno bym ciebie zostawiła! – wykrzykiwała spazmatycznie babka Joa

Chryste Panie! Jak ten człowiek kłamał! Jakim niedościgłym był w każdym calu dżentelmenem! Przecież co i

I rzeczywiście wszystko prędko było, tydzień po imprezie Jan Nepomucen zaczął umierać. Urodziny wypadały we wtorek i on dokładnie w następny wtorek postanowił pojechać na Śląsk. Znów się wybrał – babka Joa

Jakie to były sprawy, czy w ogóle były jakieś sprawy, po co on w sumie na ten Śląsk co parę tygodni jeździł, co tam robił – Bóg raczy wiedzieć. Musiał jeździć. Jazda – godło Wojewodów. Stary musiał jeździć na Śląsk. Młody musiał jeździć do Warszawy. Bóg z nimi. Bóg raczy wiedzieć. Może faktycznie coś jeszcze załatwiał, coś podpisywał, coś ustalał, z kimś się spotykał – pieniędzy w końcu cały czas przybywało.

Prawdopodobieństwo, że jeździł tam w jakiś sentymentalnych albo niecnych celach, było nikłe. Wracał zawsze tego samego dnia i zawsze – przynajmniej jak na niego – trzeźwy. Tego dnia, tego feralnego wtorku wrócił w strasznym stanie. Blady, zlany potem, roztrzęsiony, z twarzą ewidentnie wykrzywioną bólem, choć – rzecz jasna – upierał się, że nic go nie bpli. Siadł w kuchni przy stole, nie przebierał się, nawet butów nie zdjął i pyta, czy jest coś do picia, bo go okropnie suszy. Nic jeszcze sensacyjnego, człowiek po podróży zmęczony, siedemdziesiąty szósty rok życia od tygodnia na karku, dzień był w dodatku jak na październik prawie upalny. – Kompot – mówię – kompot jest, bo faktycznie z antonówekopadówek, co je przed południem z trawy pozbierałam, ugotowałam gar kompotu. Nalałam mu do szklanki i jeszcze poszłam do ogrodu pranie zdjąć ze sznura, zdjęłam, poskładałam, wszystko elegancko suche, wracam, patrzę, on dalej siedzi jak siedział. – Naleję ci jeszcze kompotu, mówię i biorę szklankę, i podchodzę, i biorę gar z kompotem, a tu kompotu ani śladu! Ile mnie nie było? Ile zdejmowałam pranie ze sznura? Kwadrans? Mniej niż kwadrans? Więcej niż kwadrans? Czyli on przez mniej więcej kwadrans wypił mniej więcej cztery litry kompotu… Za kilka albo za kilkanaście minut wypił wiadro kompotu. – Czyś ty, człowieku, cały kompot przez tę chwilę wypił? – pytam osłupiała. A on mówi, że wypił i nawet nie poczuł, i że dalej pić mu się chce. Już na dworcu na Śląsku złapało go nieugaszone pragnienie, kupił sobie butelkę wody mineralnej, był pewien, że starczy, ileż to w końcu jest, ile pociąg ze Śląska do Granatowych Gór jedzie? Niecałe dwie godziny. Był pewien, że mu starczy, ale gdzie tam, skład jeszcze nie ruszył a butelka pusta. I mordował się całą drogę, pić mu się chciało, jakby tydzień spędził na pustyni. Wagonów restauracyjnych na tej linii nie ma, w toalecie woda po pierwsze niezdatna do picia, po drugie nie było jej wcale, bo jakby była, pewnie by się przemógł i nawet tą niezdatną choć gardło zwilżył, ale kran suchy jak pieprz. Co miał robić? Po wagonach, po przedziałach chodzić i obcych ludzi o łyk czegokolwiek prosić? Przeszedł się nawet, bo liczył, że kto znajomy jedzie, ale nikogo, nikogutko. Pociąg na trasie parę ładnych razy staje, prawdę powiedziawszy, bez przerwy są przystanki w jakichś pipidówach, ale nigdzie nie dłużej niż minutę. Już był parę razy gotów wyskoczyć i, jakby nie zdążył z powrotem, na następne połączenie byłe gdzie czekać, ale za każdym razem zanim się zdecydował, schnellzug ruszał. Jakoś wytrzymał, jakoś przeżył, na dworcu w Granatowych Górach, jak tylko nieprzytomny z pragnienia na peron się wytoczył i do bufetu doczołgał, całą litrową cocacolę duszkiem wytrąbił i był pewien: koniec męki. Gdzie tam. Ledwo ze sto metrów od dworca uszedł – pić się chce tak samo. A nawet jakby jeszcze bardziej. Co jest grane? Żołądek wysiadł czy co? Ale jeszcze kombinuje, że cocacola pragnienia nie gasi, że słodka swołocz, że po tej coli specjalnie pić się chce, bo to w końcu amerykańskie imperialistyczne świństwo, że on chyba w tym wlokącym się jak kupa nieszczęść pociągu zgłupiał i jak dziecko cocacolę pompuje, jakby nie wiedział, co jest najlepsze, jak się człowiekowi pić chce. l właściwie odprężony, że niepokojący problem został racjonalnie rozwiązany, wstąpił do Dublinera i jeden po drugim wypił trzy duże beczkowe żywce. Na chwilę pomogło. Ale tylko na chwilę. Bo do domu ledwo doszedł. Po drodze zawahał się nawet, czy nie wziąć taksówki, ale postanowił słabość przezwyciężyć i dojść, tak jak zwykle to czynił, na własnych nogach.