Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 27 из 65

ROZDZIAŁ VII – Jan Nepomucen Wojewoda 1921-1999

Niedługo po swych hucznie obchodzonych 75 urodzinach dziadek Jan Nepomucen zaczął powoli tracić się w oczach. Ubywało go z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień, może nawet z godziny na godzinę. Umierał trzy lata i przez ten czas chudł tak nieubłaganie, że kiedy w końcu złożyliśmy go w trumnie i unieśliśmy trumnę, i równym krokiem ruszyliśmy w kierunku naszego pięknie położonego cmentarza na Jaszczurczym Groniu, zdawało nam się, że niesiemy puste pudło.

Ostami raz widziałem go żywego mniej więcej rok przed śmiercią. Pojechałem do Granatowych Gór na jeden ze sły

W wigilię tamtego, wypadającego mniej więcej rok przed śmiercią Jana Nepomucena, długiego, czerwcowego, lipcowego, a może sierpniowego weekendu, moja – prowadzona trupim blaskiem telewizorów z okien Świętokrzyskiej, Nowego Światu i Alej ekspedycja – również zatknęła proporzec na K2 peronu pierwszego. Potem rytualnie przemierzyłem podziemne labirynty, w hali głównej, w pawilonie Relay kupiłem papierosy i batony i postanowiłem martwą perspektywę spędzenia kilku dni w zamkniętej na siedem spustów, rozgrzanej azjatyckimi upałami wschodnioeuropejskiej metropolii skrócić do jednej nocy. Krótko – postanowiłem nazajutrz pojechać do Granatowych Gór.

W pociągu czytałem opasłe długoweekendowe dzie

Jak zwykle na dworcu w Granatowych Górach byłem jedynym człowiekiem wysiadającym z warszawskiego pociągu. Jak zwykle piechotą ruszyłem w kierunku domu. Trasę jednak tym razem wybrałem nietypową. Zaraz mianowicie za stacją obszernym zakolem ominąłem postój taksówek. Nie miałem zdrowia do słuchania dawnych kumpli po fachu mojego starego. Niezawodnie przecież zaczęliby się dopytywać: Czy fater się czasem nie odezwał albo nie pokazał? To ile już czasu, jak go nie ma? A policja co mówi? Ciekawe, co mu też pizło do głowy? A sprawdzaliście w domu, czy zostawił paszport, bo jak nie ma paszportu, to wiadomo. Ale swoją drogą widokówkę mógłby posłać. Bo my wszyscy, wie pan, my wszyscy wierzymy, że on żyje i że prędzej czy później się pokaże. A jak się pokaże, to niech się pan nie gniewa, jak się pokaże, to ucieszymy się bardzo, ale skarcon, zgromion i zgnojon on również być powinien. Za to, że ani be, ani me, ani kukuryku. Ani telefonu, ani znaku życia, ani kartki na święta. Ale łagodnie i z humorem do sprawy podejdziemy. Myśmy, wie pan, pańskiego ojca bardzo lubili, choć on nieraz dziwny człowiek był. – Ja – powiada na przykład – w moim obecnym, wcieleniu taksówkarzem jestem, ale ile jeszcze wcieleń przede mną – Bóg raczy wiedzieć.

– Zaraz jak się stracił, to nam się to jego gadanie przypomniało. Myśleliśmy, że tak sobie błaznuje, a jemu może o coś poważniejszego szło. Jakieś następne wcielenie już wtedy widocznie brał pod uwagę. Byli tu tacy, co mówili, że z wieżowca wysokiego jak nasz wiadukt się rzucił. Ale to nie był taki człowiek, co sam z siebie na życie pozagrobowe stawia. Na życie tak, na pozagrobowe – w żadnym wypadku. Po naszemu – pies jest gdzie indziej pogrzebany. On miał, on musiał mieć – niech pan mamusi nie powtarza – coś na oku. I to musiał mieć faktycznie coś poważniejszego na oku. Pana to przecież nie obraża, choć może słuchać panu niezręcznie, ale pan przecież dobrze wie, że tata rodzaj żeński nadzwyczajnie lubił…

Nie miałem zdrowia do słuchania. Wiem, że akurat ta fraza w moim wydaniu jest ryzykowna. O tyle w końcu istnieję, o ile słucham, ale w tym przypadku ani inaczej, ani dokładniej powiedzieć się nie da: nie miałem zdrowia do słuchania. I tak wiedziałem, że jak mnie w Granatowych Górach nie było – wyrosła cała masa domysłów, wymysłów i szczegółowych fabuł opisujących ewentualne życiowe albo pośmiertne losy mojego starego.

Ruszyłem dookolną drogą, ominąłem postój taksówek, potem obracającą się w ruinę dawną Spółdzielnię Rolniczą, w której za komunizmu odbywały się huczne festyny i bale. Dalej był Skład Materiałów Opałowych zamieniony parę lat temu w Kapitalistyczny Dom Towarowy. Od frontu założono tam jeden z dwu w Granatowych Górach bankomatów. Od frontu jednak czy nie od frontu, tutejsze bankomaty mnie nie ruszały, chyba nawet nie

sprawdziłem, czy w mitycznej krainie dzieciństwa mój nadprzyrodzony dar działa. Najpewniej nie działał, miałem wewnętrzne przekonanie, że w moje słyszenie PINów jest trwale wpisana wielkomiejska aura.

Minąłem przeistoczoną w Dubliner's Pub dawną restaurację Dom Zdrojowy, potem – odremontowany i pokryty tynkiem tak białym, że aż fosforyzującym, Dom Parafialny i niezmieniony i trwający jako skała – kościół Zbawiciela. Wąską ścieżką obok rzeki skręciłem w lewo. Potem most, Ośrodek Sportowy, skrzyżowanie dróg polnych i już zaczynało się trawiaste zbocze, na szczycie którego lodowate wiatry o każdej porze roku atakowały dom.

Ktoś stał na tarasie, z dołu to dziwacznie wyglądało, jakiś obcy człowiek sam sobie zostawiony stoi oparty o balustradę, obok ani śladu domowników. Kto to jest? Co tam robi? Czego pod naszymi drzwiami szuka? Im wyżej się wspinałem, tym upiorność sytuacji rosła, bo tamten cały czas był jak skamieniałe widmo: całkowicie nieruchomy; zarazem czułem jego trupi wzrok na sobie, natrętnie obserwował moją wspinaczkę, nie spuszczał ze mnie martwego oka. Chryste Panie! Jak byłem już na tyle blisko, że poczułem dławiący zapach całymi kępami rosnących w ogrodzie floksów i peonii, jak już byłem na tyle blisko, że musiałem go poznać, nie dało się, niestety, sytuacji rozładować żadnym pogodnym żartem, żadnym śmiechem, żadnym radosnym: Nie poznałem cię w pierwszej chwili! Był dalej nie do poznania. A co więcej – znał sytuację, najwidoczniej wielokrotne już doświadczał, że ludzie nawet najbliżsi martwieją na widok zmian, jakie w nim zaszły, że nie są w stanie popłochu i zdumienia opanować, a mimo to próbują – tak jak ja teraz – zachować się jakoś normalnie, udawać, że jest OK i po staremu. Znał już na pamięć te trzeszczące w szwach rytuały i nie krył swojej dla nich wzgardy. I tak jakby chciał jak najprędzej mieć to za sobą – bezceremonialnie pomijał powitalne formy i od razu przechodził do sedna rzeczy. Podał mi rękę i z pośpieszną posępnością powiedział:

– Szkoda gadać, sam widzisz jak jest. Jedno co dobre, to tyle, że życie mi się już znudziło. Zbrzydło mi do szczętu. Nie ma co mówić. Widzisz jak jest.

Widziałem jak jest. Dziadek Jan Nepomucen zawsze elegancki – w każdym razie co najmniej od lat sześćdziesiątych; od czasu, gdy został doradcą do spraw przemysłu wydobywczego i dwa razy w miesiącu jeździł na Śląsk, co najmniej trzymający niezły styl, a od lat siedemdziesiątych, kiedy zaczął prowadzić na Śląsku owiane mgłą tajemnicy ciemne interesy węglowe i co tydzień jeździł na Śląsk, prawie wytworny – teraz był ubrany jak kloszard. Miał na sobie, a raczej nie on, a jego szkielet, niezliczone zwoje starych dresów i wyciągniętych swetrów. Na ramionach wzorzysty i wielki szal babki Joa

Pewnie, że jego elegancja była dyskusyjna, zawsze te same, jak on mawiał górnicze garnitury z ciemnostalowej bawełny, zawsze białe koszule, zawsze bordowe krawaty. Określenie górnicze garnitury brało się stąd, że dzięki swoim znajomościom miał dostęp do tajemnych sklepów przeznaczonych wyłącznie dla śląskich dostojników partyjnych i górniczej kadry i za grosze kupował tam i zwoził do domu całe bele ciemnostalowej bawełny. Z niezmie