Страница 18 из 65
Dzień ich ślubu (cywilnego) nie miał dla obojga wielkiego znaczenia. Dzień rozstania przepadł w trakcie trwającego chyba całe dziesięciolecia rozwodu. Od kiedy pamiętam, moi starzy właśnie się rozwodzili, i nie jestem pewien, czy kiedy się wreszcie rozwiedli, w ogóle zauważyli, że są już po rozwodzie. Stary w każdym razie zauważył to najprędzej jakiś rok po fakcie. Zauważywszy – natychmiast zaczął spazmatycznie za matką tęsknić, a nawet trzeba powiedzieć ostrzej: popadł w fazę chorobliwej tęsknoty – jest to osobna historia.
Dzień moich urodzin – o to akurat nie mam do niego najmniejszych pretensji – był czasem jego zapaści alkoholowej.
Może od razu powiem: mój stary owszem popijał, popijał często i nadmiernie, ale z racji niezwykle słabej głowy nie był w stanie ani zaznać, ani tym bardziej zmierzyć się z poważną problematyką uzależnieniową. Po kieliszku koniaku był już na tęgim rauszu, po kilku piwach był studzie
– Mogę pić, ile wlezie – dziadek Jan Nepomucen spoglądał zwycięsko na babkę Joa
To straszne, ale w gruncie rzeczy mojemu biednemu ojcu nie wyszedł nawet alkoholizm. A chyba marzył o czymś takim. Marzył o wielkim nałogu. W końcu jego podstawowe marzenie było piękne: chciał być wielkim
1 ostro pijącym aktorem. Tak. Stary bez względu na to, czy było to na przedstawieniu „Dziadów", czy na bankiecie wydanym z okazji przyjazdu do Krakowa największego albo tylko jednego z największych żyjących polskich poetów – chciał matce zaimponować. Ale jej nie ściemniał. Faktycznie – zdawał do szkoły aktorskiej. Więcej, niestety więcej: data zdania egzaminu do Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie miała być podstawową, w przyszłych encyklopediach złotą czcionką drukowaną, datą jego życia. Daty tej, rzecz jasna, nie ma, nie ma jej w o wiele większym stopniu niż i
Korci mnie niekiedy, żeby pojechać do Krakowa i w archiwach Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego wyszukać i niezbicie ustalić wszystko: dzień, godzinę, numer sali, a nawet skład wysokiej komisji, przed którą przeszło ćwierć wieku temu, w czerwcowej duchocie, pod łukowymi sklepieniami mój biedny stary recytował (w swoim mniemaniu fantastycznie) „Śniła się zima" Mickiewicza i dawał (w swoim mniemaniu nadzwyczaj wyrazisty) epizod osłupiałego roznosiciela mleka. Roznosiciel mleka miał okazywać osłupienie, ponieważ pewnego ranka z osłupieniem stwierdzał, że kamienica, w której od dwudziestu lat ustawiał butelki pod drzwiami lokatorów, rozpłynęła się w powietrzu. Swoją drogą, jak się słyszy o tego rodzaju zadaniach egzaminacyjnych – nawet komuś tak niezrównoważonemu (czyli wyrozumiałemu) jak ja – opadają ręce. Co by powiedział wzorzec normalności (czyli nietolerancji): Jan Nepomucen Wojewoda?
Nie muszę dodawać: papiery do szkoły teatralnej stary złożył po kryjomu. Według oficjalnej, spreparowanej właśnie głównie na użytek dziadka, Jana Nepomucena, wersji rodzi
– Kim będziesz jak dorośniesz? – Papieżem! – moja odpowiedź to było coś. Równie brawurowym, co nieświadomym gestem przerzucałem zwykłą domową rozmowę do krainy najczystszej abstrakcji – a dziadka Wojewodę i tak jasna krew zalewała. Co«się z nim działo, gdy słyszał odpowiedź równie abstrakcyjną, ale zarazem potencjalnie realną: – Kim będziesz jak dorośniesz? – Aktorem. Co się wtedy działo w domu? Jakie burze wybuchały nad Granatowymi Górami? Jakim cudem Jan Nepomucen Wojewoda w ogóle przeżył taką wymianę kwestii? Dlaczego na miejscu nagły szlag go nie trafił? Chyba tylko dlatego, że był o ćwierć wieku, a raczej o kilkanaście lat młodszy. Ojciec bowiem (i na domiar złego) powziął swoją zgubną decyzję relatywnie o wiele później, niż ja powziąłem swoją. Ja postanowiłem zostać papieżem w bardzo głębokim dzieciństwie, ojciec postanowił zostać aktorem w bardzo wczesnej młodości. Opowiadanie o aktorskim powołaniu, o momencie, w którym doznał tej iluminacji, było jedną z jego najlepszych etiud. Słuchałem tego kilkadziesiąt razy i za każdym razem ściskało mi się serce. Stary idealnie wchodził w rolę wielkiego gwiazdora, który z okazji ważnej premiery albo jubileuszu opowiada zebranym tłumom – transmisja telewizyjna live – o swoich pierwocinach.
– U schyłku lat sześćdziesiątych pojechaliśmy z całą naszą klasą Ha na sły
– Mówię o sły
– Rzec można, że pierwsze oddziaływanie teatru, jakiego zaznałem, było oddziaływaniem czysto regeneracyjnym, i że była to wybitnis fizyczna, rzekłbym: cielesna regeneracja. Tak, zaiste poczułem się, jakbym łyk, jakbym haust orzeźwiającego napoju wypił. Bo też wypiłem. Skosztowałem ambrozji narkotycznej, którą Melpomena raczy swych wybrańców, a raczej raczy (pozorujące bezbro
– Wjeżdżaliśmy do Krakowa zakopianką, był blady świt, z obu stron żółtawe pola, miasto w dole jak rozłupany, pełen świateł orzech, kto choć raz tą drogą jechał, nigdy tych obrazów nie zapomni. Kiedyśmy w centrum Krakowa stanęli, dalej był poranek, po nocnym deszczu parowały puste ulice… Zupełnie puste… U schyłku lat sześćdziesiątych o wczesnym poranku przez krakowski rynek szły dwie, góra trzy osoby. Pora dnia, wczesna pora dnia jest ważna, a nawet kluczowa, bo tak się po prostu złożyło, że na plac Świętego Ducha (wtedy Ducha) dotarliśmy wczesnym przedpołudniem i o tejże porze progi Teatru Słowackiego, co się na placu Świętego Ducha (wtedy Ducha) mieści, przestąpiliśmy. Myśmy długo, bardzo długo ten teatr – zanimeśmy do widowni doszli – zwiedzali. Musieliśmy być w garderobach, w magazynach, w pracowniach, w warsztatach, w kabinach akustyków, elektryków, oświetleniowców, w malarni, musieliśmy tam być – mówię – bo ja tego nie pamiętam. Pierwszą i jedyną przestrzenią, jaką wtedy świadomie ujrzałem i w każdym szczególe, tak jakbym to dziś widział, zapamiętałem, była scena. Tak – po prostu scena. Szliśmy przez cały, jak mi się wtedy zdawało, zdobny w królewskie purpury i złocenia korytarz na drugim piętrze. Osoba, co nas oprowadzała, drzwi do jednej z lóż otwarła i myśmy tam weszli. (Bardzo długa, mniej więcej dziesięciosekundowa pauza). Tak, myśmy
tam weszli. Nie wszyscy rzecz jasna, parę osób, ja trafem z samego przodu się znalazłem, za plecami koleżeństwo z chichotami się tłoczyło. (Pauza krótsza, ale też dramaturgicznie niezmiernie długa: co najmniej pięć sekund). Była próba, scenę jedno oświetlało światło, na środku prosty kwadratowy stół, za stołem w głębokim zamyśleniu siedział dostojny starzec, ktoś drugi stał w głębi, w półmroku. Starzec uniósł opuszczoną głowę, obrócił się do tamtego, już otwierał usta, by swą kwestię wypowiedzieć, gdy nagle usłyszał nasze z góry, z loży dochodzące chichoty, szmery, stąpania. I on wtedy, ów aktor, co grał siedzącego za stołem starca w do dziś mi niewiadomym dramacie, jął spoglądać na nas i jął zarazem – co miałem o wiele później pojąć – jął zarazem odgrywać spoglądanie, jął się dziwić i jął zarazem odgrywać zdziwienie, jął wstawać zza stołu i grał wstawanie zza stołu, podchodził do proscenium i grał podchodzenie do proscenium, unosił dłoń i grał unoszenie dłoni. I na koniec z tą uniesioną do czoła dłonią – by niby lepiej ujrzeć nasze majaczące na wysokości drugiego piętra cienie – powiedział, a raczej wygłosił frazę, co mogła być początkiem niezwykłej tyrady: – Na Boga Ojca! – (Stary doskonale imitował pieczołowitą modulacje aktora starej daty). Na Boga Ojca! Kim panowie jesteście?