Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 16 из 65

pełne pytanie. Przecież nie wiesz, jak brzmi pełne pytanie? OK? Teraz uważaj. Pełne pytanie brzmi: Czy nigdy nie miałeś ataku nagłej i nieodpartej ochoty, żeby nagle na środku ulicy, w tłumie, albo na jakimś wytwornym bankiecie, albo najlepiej na jakimś pompatycznym pogrzebie na cały głos zrobić: Gu! Gu! Gu! albo Tju! Tju! Tju! albo Hy! Hy! Hy! Albo po prostu zawyć nieczytelnie i zwierzęco, zakwililić, zarzęzić, żeby bez powodu przeraźliwie zapiszczeć: Piii! Piii! Piii!?

– Szczerze mówiąc, też nie… – odpowiadałem bez przekonania. – Nie przyszło mi to dotąd do głowy. – Mówiłem bez przekonania nie dlatego że kłamałem, ale dlatego że nie mogłem powiedzieć prawdy. Co niby miałem powiedzieć mojej dotkliwie rąbniętej Konstancji? Że owszem, rąbnięta jest dotkliwie, ale w porównaniu ze mną to jest nic? Co jej miałem powiedzieć? Że we mnie nie siedzi żaden upiorny lud, złośliwy gnom, przeraźliwy karzeł czy zły duch, ale że owszem, siedzi we mnie mały natarczywy Ojciec Święty, który faktycznie tylko czeka, żeby wyleźć na wierzch? Albo że mój gnom, duch, demon, diabeł, co tam jeszcze, przybrał postać Głowy Kościoła Powszechnego? Co jej miałem powiedzieć? Że nie mam żadnej pokusy, żeby znienacka w tłumie zrobić Gu! Gu! Gu!, ale że mam straszną i nieusta

upiorny lud chce przybrać swą naturalnie nieokreśloną postać i chce zawyć nieczytelnie i zwierzęco, ale że chce to uczynić tylko wtedy, gdy stoję w oknie papieskiej biblioteki i pozdrawiam w kilkudziesięciu językach tłumy zgromadzone na placu Świętego Piotra? Takie wstydy miałem Konstancji wykładać? A potem jeszcze może miałem jej gorączkowo tłumaczyć, że nie jestem wariatem, że to wszystko jest arcynormalne, bo przecież tak jak ktoś, kto w dzieciństwie marzył, że zostanie na przykład piłkarzem, nie raz potem przez lata, a może i przez całe życie wyobraża sobie, że składa się do strzału, drybluje albo zdobywa rozstrzygającą bramkę na mistrzostwach świata, tak i mnie pewne gesty, ruchy i obrazy w głowie pozostały? Takie defensywne występy miałem dawać? No gdzie! Wolałbym już naprawdę zrobić Gu! Gu! Gu!

I ja temu właśnie odruchowi ulegam – z gorzkiego rozpamiętywania mojego strasznego sekretu wyrwał mnie głos Konstancji, która najwyraźniej zmierzała do harmonijnej puenty – ulegam odruchowi, ulegam atakowi upiornego luda, przeistaczam się i rzężę. Tak. Rzężę. Ale ponieważ jednak nie stać mnie na prawdziwe rzężenie, nie stać mnie na oryginalne Gu! Gu! Gu! – rzężę na jakiś temat, przeważnie rzężę na jakiś polityczny temat, bo tak jest śmiesznie…

Konstancja znów się zamyśliła, gołym okiem było widać, że owładnęło ją jakieś bezwstydne wspomnienie, najpewniej tamta historia jednego kolegi nagabywanego przez klasyka literatury. Miałem jednak mocne przeczucie (gołym uchem słyszałem), że akurat tej historii nie usłyszę nigdy.

– Ach, Patryku – ocknęła się i powróciła do lirycznorefleksyjnego wcielenia, które w duchu nazywałem wcieleniem „Ach Patryku". – Ach, Patryku, oczywiście, że pamiętam więcej od ciebie, zauważając to, nie ryzykujesz, przeciwnie, przecież wiesz, że mnie kręci te osiem lat różnicy. Ach, Patryku – przeciągnęła się kocio i powiedziałbym nie tyle powąchała, co głęboko sztachnęła się filującym z jej ramion zapachem najnowszej wersji ceruttiego. – Pamiętam, doskonale pamiętam stan woje

– Coś takiego… Nie wiedziałem… Nie opowiadałaś mi o tym. Ale doceniam. Zwłaszcza doceniam, że taktownie mówisz o roku orwellowskim, a nie mówisz na przykład: „utraciłam dziewictwo w roku męczeńskiej śmierci księdza Jerzego".

– Ach, Patryku, nie mówi się wszystkiego, co się myśli.

Jestem naprawdę niezły z historii, wszystkie dotychczasowe egzaminy historyczne nie to, że pozdawałem na piony, to pestka. Ja wszystkich egzaminatorów, i tego od historii prawa sądowego, i tego od historii prawa publicznego, i nawet tego grzyba od historii doktryn politycznoprawnych, wprawiłem w obeliskowe osłupienie. Jestem dobry. Po prostu jestem dobry. Ale niekiedy, gdy w środku nocy, na wysokościach dwunastego piętra budzę się ze snu, zawsze przecież bardzo lekkiego, zdaje mi się, że z całej historii powszechnej pamiętam tylko cztery daty: Rok 966 – chrzest Polski. Rok 1492 – odkrycie Ameryki. Rok 1939 – wybuch drugiej wojny światowej. Rok 1971 – mój ojciec zdaje do szkoły teatralnej.

Nie było i

I

Matka twierdziła, że było to na bankiecie z okazji przyjazdu do Krakowa największego żyjącego polskiego poety. Doskonale to pamięta. Była wtedy na trzecim roku polonistyki i pisała pracę roczną o wątku mitologicznym w wybranych wierszach największego żyjącego polskiego poety. Jak zobaczyła, że spotkanie autorskie ma temat jej pracy – poszła, choć nigdy na żadne spotkania autorskie nie chodziła. Nie miała oczywiście pojęcia, że po spotkaniu będzie jakiś bankiet, a nawet jakby wiedziała, to i tak pójścia na bankiet w ogóle nie brała pod uwagę.

W niskiej jak wiejska świetlica sali związku literatów kłębił się zresztą taki tłum, że w pierwszej chwili i samo spotkanie autorskie chciała odpuścić, ale jednak weszła

1 nawet jakimś cudem znalazła siedzące miejsce. Największy żyjący polski poeta niezmiernie ją rozczarował. Po pierwsze był niski, po drugie był gruby, po trzecie był na gazie, po czwarte zachowywał się kabotyńsko, po piąte – czytał stare i dobrze jej znane wiersze. Miała wrażenie, że siedzący na podwyższeniu, lekko pijany, niewyraźnie artykułujący słowa grubawy konus podszywa się pod jej

ulubionego autora, że parodiuje jego wielkie teksty, że je złośliwie umniejsza. Poszła, aby maksymalnie przybliżyć się do tematu swojej pracy rocznej, a efekt był odwrotny: przybrawszy nikczemną powłokę cielesną, temat jej pracy rocznej oddalał się od niej na zastraszające odległości. Siedziała i kombinowała, jakim najmniej zauważalnym sposobem wydostać się na zewnątrz. Dyskusji po wierszach słuchała z opuszczoną w poczuciu zażenowania głową – w zasadzie nie była to dyskusja, a całe serie wygłaszanych z jednakowo teatralnym namaszczeniem dziękczy