Страница 40 из 74
Oszołomiony bufetowy niespodziewanie usłyszał niski bas:
— Czym zatem mogę panu służyć?
I wówczas ujrzał w półmroku tego, którego szukał.
Profesor czarnej magii spoczywał na niezwykle rozległym tapczanie pełnym porozrzucanych poduszek. Bufetowemu wydawało się, że artysta był tylko w czarnej bieliźnie i w równie czarnych pantoflach o spiczastych nosach.
— Jestem — znękanym głosem zaczął bufetowy — kierownikiem bufetu w teatrze Varietes…
Artysta jakby zatykając usta bufetowemu wyciągnął upierścienioną, połyskującą szlachetnymi kamieniami rękę i przemówił z wielkim zapałem:
— Nie, nie, nie! Ani słowa więcej! Nigdy, w żadnym wypadku! Niczego do ust nie wezmę w pańskim bufecie! Przechodziłem wczoraj, szanowny panie, obok pańskiego bufetu i do tej chwili nie mogę zapomnieć ani jesiotra, ani bryndzy! Łaskawco! Zielona bryndza nie istnieje, ktoś musiał pana oszukać. Bryndza powi
— Przepraszam — przemówił oszołomiony tą niespodziewaną napaścią Andrzej Fokicz — przyszedłem w i
— Jakże to, jesiotr nie ma nic do rzeczy, skoro jest zepsuty?
— Przysłano nam jesiotra drugiej świeżości — oznajmił bufetowy.
— Kochaneczku, to nonsens!
— Co nonsens?
— Druga świeżość to nonsens! Świeżość bywa tylko jedna — pierwsza i tym samym ostatnia. A skoro jesiotr jest drugiej świeżości, to oznacza to po prostu, że jest zepsuty.
— Proszą mi wybaczyć, ale… — zaczął znów bufetowy, nie wiedząc, jak się odczepić od napastliwego artysty.
— Wybaczyć nie mogę — stanowczo odparł tamten.
— Przyszedłem w i
— W i
Ten, który piekł mięso, odwrócił się, przeraził bufetowego swym kłem i zręcznie podsunął mu jeden z ciemnych dębowych zydlów. I
Bufetowy wykrztusił:
— Dziękuję najuprzejmiej — i opadł na stołek. Tylna nóżka mebla natychmiast złamała się z trzaskiem i bufetowy z lekkim okrzykiem boleśnie uderzył siedzeniem o podłogę. Padając zaczepił o sąsiedni taboret i wylał sobie na spodnie stojący na tym taborecie puchar pełen czerwonego wina. Artysta wykrzyknął:
— Och! Czy pan się nie potłukł?
Asasello pomógł bufetowemu wstać i podał mu i
— Lubię siedzieć nisko — powiedział artysta — upadek nie jest wówczas tak niebezpieczny. Tak, stanęliśmy zatem na jesiotrze. Kochaneczku, świeżość, świeżość, świeżość! — oto co powi
W purpurowym świetle kominka błysnęła przed bufetowym szpada i Asasello położył na złotym talerzu syczący kawałek mięsa, skropił je sokiem z cytryny i podał bufetowemu złoty dwuzębny widelec.
— Ja… najuprzejmiej…
— Nie, nie, proszę spróbować!
Bufetowy przez uprzejmość włożył kawałeczek do ust i od razu zrozumiał, że mięso, które je, jest naprawdę bardzo świeże i, co najważniejsze, niezwykle smaczne. Ale zajadając wo
— Pucharek wina? Białe, czerwone? Wina jakich krain zwykł pan pijać o tej porze?
— Najuprzejmiej… jestem niepijący…
— Szkoda! Zatem ma pan może ochotę na partyjkę kości? Czy też woli pan jakąś i
— Nie gram — odrzekł umęczony już bufetowy.
— To bardzo źle — stwierdził gospodarz. — Cóż, jeśli wolno, przyzna pan, że kryje się coś niedobrego w mężczyznach, którzy unikają wina, gier, towarzystwa pięknych kobiet i ucztowania. Tacy ludzie albo są ciężko chorzy, albo w głębi duszy nienawidzą otoczenia. Co prawda zdarzają się wyjątki. Wśród tych, z którymi wypadało mi ucztować, zdarzali się od czasu do czasu niewiarygodni szubrawcy!… Słucham więc, co pana sprowadza?
— Wczoraj był pan łaskaw pokazywać sztuki…
— Ja? — zawołał zdumiony mag. — Pan daruje! Raczy pan chyba żartować! Mnie to przecież nawet nie przystoi!
— Proszę mi wybaczyć — powiedział speszony bufetowy. — Ale przecież… seans czarnej magii…
— Ach, no tak, no tak! Cóż więc sprowadza pana do mnie w związku z tym seansem?
— Przepraszam najuprzejmiej, ale ośmielam się przypomnieć, że między i
— Też młody?
— Nie, starszy. Przychodzi potem trzeci, czwarty… A ja wszystkim wydaję resztę. A dzisiaj sprawdzam kasę — a w kasie zamiast pieniędzy kawałki papieru. Na sto dziewięć rubli nacięli bufet.
— Aj — ja — jaj! — zawołał artysta. — Czyżby oni naprawdę sądzili, że to są prawdziwe pieniądze? Nawet nie dopuszczam do siebie myśli, że mogli to zrobić świadomie.
Znękany bufetowy spojrzał zezem, ale nic nie powiedział.
— Czyżby kanciarze? — zapytał gościa zaniepokojony mag. — Czyżby wśród mieszkańców Moskwy mogli się znaleźć kanciarze?
W odpowiedzi bufetowy uśmiechnął się tak gorzko, że wszelkie wątpliwości zostały rozwiane — tak, niewątpliwie, w Moskwie zdarzają się kanciarze.
— To podłość! — oburzył się Woland. — Pan jest człowiekiem ubogim. Prawda? Pan jest ubogi?
Bufetowy wciągnął głowę w ramiona i od razu stało się jasne, że jest on ubogim człowiekiem.
— Ile wynoszą pańskie oszczędności?
Pytanie zadane było życzliwym tonem, niemniej jednak pytania takiego nie można uznać za taktowne. Bufetowy zmieszał się.
— Dwieście czterdzieści dziewięć tysięcy rubli w pięciu oddziałach kasy oszczędności — rozległ się z sąsiedniego pokoju pęknięty głos — a w domu pod podłogą dwieście złotych dziesiątek.
Bufetowego jakby przylutowało do taboretu.
— No, to rzeczywiście nie są pieniądze — lekceważąco powiedział do swego gościa Woland — chociaż szczerze mówiąc nawet tyle nie jest panu potrzebne. Kiedy ma pan zamiar umrzeć?
Tego bufetowy już nie zniósł.
— Nikt tego wiedzieć nie może i nikogo nie powi
— Powiedzmy, że nikt nie wie — rozległ się z gabinetu ten sam wstrętny głos. — Dwumian Newtona, nie wiesz czasem! Umrze on za dziewięć miesięcy, w przyszłym roku, w lutym, na raka wątroby w klinice Pierwszego Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego na sali numer cztery.
Bufetowy zżółkł na twarzy.
— Dziewięć miesięcy… — w zadumie liczył Woland. — Dwieście czterdzieści dziewięć tysięcy… Po zaokrągleniu wypada dwadzieścia siedem tysięcy na miesiąc… niewiele, ale na skromne utrzymanie wystarczy… Do tego jeszcze te dziesiątki…
— Dziesiątek nie da się upły
— Zresztą nie radziłbym panu kłaść się do kliniki — mówił dalej artysta. — Co za sens umierać na szpitalnej sali, gdzie słychać tylko jęki i rzężenie śmiertelnie chorych? Czy nie lepiej wydać ucztę za te dwadzieścia siedem tysięcy, a potem zażyć trucizną i przenieść się na tamten świat przy dźwiękach strun, wśród oszołomionych winem pięknych kobiet i wesołych przyjaciół?
Bufetowy siedział nieruchomo, bardzo się postarzał. Ciemne kręgi otoczyły jego oczy, policzki mu obwisły, a dolna szczęka opadła.
— Zresztą, dość tych marzeń! — zawołał gospodarz. — Do rzeczy! Niech pan pokaże te kawałki papieru.
Zdenerwowany bufetowy wyciągnął z kieszeni paczkę, wyciągnął ją i osłupiał — zawinięte w gazetę leżały czerwonce…
— Mój drogi, jest pan istotnie niezdrów — wzruszając ramionami powiedział Woland. Bufetowy uśmiechając się dziko wstał z taboretu.
— Aa… — powiedział jąkając się — a jeżeli one znowuż… tego…
— Hm… — zamyślił się artysta — wtedy niech pan znowu do nas przyjdzie. Serdecznie prosimy, jestem niezmiernie rad, że pana poznałem…
W tym momencie wyskoczył z gabinetu Korowiow, wczepił się w dłoń bufetowego, począł nią potrząsać błagając przy tym Andrzeja Fokicza, aby wszystkim, ale to wszystkim przekazał jego najserdeczniejsze pozdrowienia.
Z trudem zbierając myśli bufetowy ruszył do przedpokoju.
— Helia, odprowadź pana! — krzyczał Korowiow.
Znowu ta ruda i goła w przedpokoju! Bufetowy wślizgnął się w drzwi, pisnął “Do widzenia!” — i poszedł jak pijany. Zszedł trochę niżej, usiadł na stopniu, wyjął paczkę, sprawdził — czerwonce były na miejscu.
Wtedy z mieszkania na tym piętrze, na którym przysiadł, wyszła kobieta z zieloną torbą. Kiedy zobaczyła człowieka siedzącego na schodach i tępo wpatrzonego w czerwonce, uśmiechnęła się i powiedziała z zadumą:
— Co za dom! Ten też od samego rana pijany… Znowu wybili szybę na schodach!
Przyjrzała się bufetowemu uważniej i dodała:
— E, niektórzy, jak widzę, to siedzą na pieniądzach! Podzieliłbyś się ze mną, co?