Страница 25 из 74
— Stary kawał! — krzyknął ktoś z balkonu. — Ten na parterze jest z tej samej paczki!
— Tak pan sądzi? — zawrzasnął Fagot przymrużonymi oczyma patrząc na balkon. — W takim razie pan też do niej należy, ponieważ talia znajduje się w pańskiej kieszeni!
Na jaskółce powstało niewielkie zamieszanie, odezwał się uradowany głos:
— Rzeczywiście! Ma! Są, są!… Poczekaj! Przecież to czerwonce!
Ci z parteru poodwracali głowy. Na balkonie jakiś wstrząśnięty obywatel znalazł paczkę banknotów w bankowej banderoli z napisem: “Jeden tysiąc rubli”. Sąsiedzi tłoczyli się wokół niego, on zaś ze zdumieniem skrobał paznokciem banderolę, usiłując rozeznać, czy to prawdziwe ruble, czy też jakieś zaczarowane.
— Jak Boga kocham, prawdziwe! Czerwonce, same dychy — radośnie krzyczano z jaskółki.
— Zagraj pan i ze mną takimi kartami! — zaproponował wesoło jakiś tłuścioch w środku parteru.
— Avec plaisir! — odpowiedział Fagot. — Ale dlaczego tylko z panem? Wszyscy chętnie wezmą w tym udział! — I zakomenderował: — Proszę popatrzeć w górę! Raz! — W jego dłoni znalazł się pistolet. Fagot zawołał: — Dwa! — Lufa pistoletu podskoczyła do góry. Fagot zawołał: — Trzy! — Błysnęło, buchnęło i zaraz spod kopuły, nurkując pomiędzy podwieszonymi trapezami, zaczęły spadać na widownię białe papierki.
Wirowały, opór powietrza znosił je na boki, spadały na balkon, do orkiestry i na sceną. Po kilku sekundach coraz rzęsistszy deszcz pieniędzy dosięgnął parteru i widzowie zaczęli wyłapywać papierki.
Wznosiły się setki rąk, widzowie patrzyli poprzez papierki na oświetloną scenę i widzieli jak najprawdziwsze, jak najautentyczniejsze znaki wodne. Zapach także nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości — był to ów niezrównany, najmilszy na świecie zapach świeżo wydrukowanych banknotów. Cały teatr ogarnęła najpierw radość, a potem — osłupienie. Zewsząd huczało słowo “czerwonce”, “czerwonce”, dobiegały okrzyki “ach, ach!” i radosne śmiechy.
Na twarzach milicjantów zaczęło się pomaleńku malować zdziwienie, artyści zaś bezceremonialnie wysuwali się zza kulis.
W ogóle narastało podniecenie i nie wiadomo, czym by się, to wszystko mogło skończyć, gdyby nie Fagot, który znienacka dmuchnął w powietrze i powstrzymał ową ulewę pieniędzy.
Dwaj młodzi ludzie zamieniwszy ze sobą znaczące i rozbawione spojrzenia wstali ze swoich miejsc i udali się prościuteńko do bufetu. W teatrze panował hałas, wszystkim widzom oczy błyszczały z podniecenia.
Tak, tak, nie wiadomo, czym by się to wszystko mogło skończyć, gdyby Bengalski nie znalazł w sobie dość siły i nie ruszył do akcji. Starając się jak najlepiej zapanować nad sobą, zatarł z przyzwyczajenia ręce i zaczął najdźwięczniejszym swoim głosem:
— Tak więc, obywatele, byliśmy oto świadkami tak zwanej masowej hipnozy. Jest to ściśle naukowe doświadczenie, które najlepiej dowodzi, że nie ma w magii żadnych cudów. Poprosimy teraz maestro Wolanda, żeby zechciał nam objaśnić to doświadczenie. Obecnie, obywatele, zobaczycie, że te rzekome banknoty znikną równie szybko, jak się zjawiły.
I zaczął klaskać, ale klaskał w zupełnym osamotnieniu, jego uśmiech wyrażał pewność siebie, ale w oczach nie miał tej pewności za grosz, patrzyły one raczej błagalnie.
Przedmowa Bengalskiego nie przypadła publiczności do gustu. Zapadła zupełna cisza, którą przerwał kraciasty Fagot.
— A oto przypadek tak zwanego łgarstwa — gromko oświadczył koźlim tenorem — te pieniądze są prawdziwe, obywatele.
— Brawo! — wrzasnął krótko bas kędyś z wyżyn.
— Nawiasem mówiąc, obrzydł mi ten facet — tu Fagot wskazał Bengalskiego. — Pcha się ciągle tam, gdzie go nie proszą, psuje cały seans kłamliwymi komentarzami! Co z nim zrobimy?
— Głowę mu urwać! — surowo powiedział ktoś na jaskółce.
— Hę, co pan radzi? — Fagot natychmiast zareagował.na tę niegodziwą propozycję. — Urwać głowę? To jest myśl! Behemot! — zawołał kota. — Do roboty! Eins, zwei, drei!
I stała się rzecz niesłychana. Czarny kot zjeżył się i miauknął rozdzierająco. Potem sprężył się i jak pantera dał susa prosto na pierś Bengalskiego, a stamtąd przeskoczył mu na głowę. Z pomrukiem wbił napuszone łapy w wątłą fryzurę konferansjera, dziko zawył, przekręcił tę głowę raz, przekręcił drugi i oderwał ją od pulchnego karku.
Dwa i pół tysiąca ludzi na widowni krzyknęło jak jeden mąż. Krew z rozdartych tętnic chlusnęła fonta
— Lekarza!
— Będziesz jeszcze plótł smalone duby? — groźnie zapytał płacząca głowę Fagot.
— Już nie będę! — wychrypiała głowa.
— Na litość boską, przestańcie go męczyć! — nagle przekrzykując hałas, dobiegł z loży kobiecy głos i mag odwrócił się na ów głos.
— Więc jak, obywatele, darować mu czy nie? — zwracając się do widowni zapytał Fagot.
— Darować, darować! — rozległy się najpierw pojedyncze, przeważnie kobiece głosy, które zlały się następnie w jeden chór z głosami mężczyzn.
— Co rozkażesz, messer? — zapytał Fagot tego, który był w masce.
— No cóż — odparł w zadumie tamten. — Ludzie są tylko ludźmi… Prawda, są lekkomyślni… No, cóż… I miłosierdzie zapuka niekiedy do ich serc… Ludzie jak ludzie… — I rozkazał dobitnie: — Włóżcie głowę.
Kot stara
Konferansjer potykając się i rozglądając bezmyślnie dobrnął tylko do krzesełka strażaka, tam zaczęło z nim być źle. Zawołał żałośnie:
— Och, moja głowa, moja głowa!…
Wśród i
— Oddajcie mi moją głowę, głowę mi oddajcie… Zabierzcie mieszkanie, zabierzcie obrazy, ale oddajcie głowę!…
Goniec popędził po lekarza. Bengalskiego próbowano położyć na kanapce w garderobie, ale zaczął się wyrywać, wpadł w szał. Trzeba było wezwać karetkę. Kiedy zabrano nieszczęśliwego konferansjera, Rimski pobiegł z powrotem na scenę i zobaczył, że dzieją się tam nowe cuda. Nawiasem mówiąc w tej właśnie chwili, czy może nieco wcześniej, mag zniknął ze sceny wraz ze swym wyleniałym fotelem i trzeba tu dodać, że publiczność w ogóle tego nie zauważyła, tak była zaabsorbowana tym, co wyczarował na scenie Fagot.
Fagot, odprowadziwszy poszkodowanego konferansjera, oświadczył publiczności, co następuje:
— A teraz, skorośmy spławili już tego nudziarza, otwórzmy magazyn dla pań!
I natychmiast deski sceny pokryły perskie dywany, pojawiły się olbrzymie lustra oświetlone po bokach zielonkawymi rurkami, między lustrami zaś witryny, w których mile oszołomieni widzowie zobaczyli paryskie sukienki najróżniejszych kolorów i fasonów.
Zajmowały one część witryn. W i
Ruda pa
Fagot, słodko szczerząc zęby, oświadczył, że firma całkowicie bezpłatnie wymienia stare sukienki i obuwie na paryskie toalety i równie paryskie pantofelki. Dotyczy to, dodał, również torebek i całej reszty.
Kocur szurnął zadnią łapą, przednią wykonując zarazem jakieś gesty właściwe otwierającym drzwi portierom. Pa
— Guerlain, Chanel, Mitsuko, Narcisse Noir, Chanel numer pięć, suknie wieczorowe, sukienki cocktailowe…
Fagot wyginał się, kocur się kłaniał, pa
— Proszę! — darł się Fagot. — Bez żadnych ceremonii! Proszę się nie krępować!
Publiczność była podniecona, ale na razie nikt się nie kwapił z wejściem na scenę. Wreszcie w dziesiątym rzędzie wstała jakaś brunetka i uśmiechając się na znak, że niby jest jej naprawdę wszystko jedno i w ogóle ma to w nosie, podeszła i po bocznych schodkach wspięła się na proscenium.
— Brawo! — zawołał Fagot. — Witam pierwszą klientkę! Behemot, fotel dla pani! Zaczniemy od bucików, madame!
Brunetka zasiadła na fotelu, a Fagot natychmiast wysypał przed nią na dywan cały stos pantofli. Brunetka zdjęła z nogi swój prawy but, przymierzyła liliowy pantofel, postawiła nogę na dywanie i po kilkakroć poruszyła stopą, obejrzała obcas.
— A nie będą cisnęły? — zapytała z zadumą. Fagot na to zakrzyknął z oburzeniem:
— Co też pani mówi! — Kot zaś tak się obraził, że aż miauknął.
— Wezmę tę parę, monsieur — powiedziała z godnością brunetka wkładając także drugi pantofel.
Stare jej pantofle zostały wyrzucone za zasłonkę, powędrowała tam również i sama brunetka w asyście rudej pa
Po chwili brunetka wyszła zza zasłonki w takiej sukience, że aż przez cały parter przetoczyło się westchnienie. Dzielna kobieta, która teraz zadziwiająco wyładniała, poprawiła sobie włosy na karku i przegięła się, usiłując obejrzeć się od tyłu.