Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 15 из 47

Rozdział 3

Straszliwy ból targnął ciałem. Alchemik czuł, jak z jednego punktu na ramieniu promieniuje na wszystkie strony potworna siła wykręcająca mięśnie i stawy, przywracająca brutalnie życie uśpionemu organizmowi. Odkaszlnął, nadając językowi właściwe położenie. Nie miał już w nozdrzach zatyczek. Ból słabł. Mistrz odzyskiwał zdolność widzenia. Klęczący obok człowiek w szarym płaszczu odstąpił od Sędziwoja. Dwaj i

– Ty sukinsynu. – W głosie mężczyzny zabrzmiał autentyczny podziw.

Alchemik go rozpoznał. To on uprzednio mówił przez głośnik.

– Co, nie przewidzieliście tego? – wychrypiał.

– Skąd znasz tajne rytuały joginów czohed? – zapytał Wilk.

Kaptur opadł mu w tył. Twarz jak twarz. Blada, z wąskim, ostrym nosem. Przeciętna. Tylko oczy paskudne, wredne i miotające gniewne błyski.

– Myślę, że ciekawsze jest, skąd wiedzieliście, jak mnie obudzić – odwarknął Michał. – I skąd wiesz, że to czohed?

Zesztywniałe stawy uniemożliwiały walkę. Szkoda, miał tego dupka dosłownie na wyciągnięcie ręki…

– Jeden zero dla ciebie – mruknął wróg. – Jakie jeszcze zdolności ukrywasz?

– Idź do diabła.

Życie wracało, krążąca coraz szybciej krew rozgrzewała ciało. Stawy odzyskiwały elastyczność. Wilk wyczuł to i odsunął się na bezpieczną odległość.

– Nie takich łamaliśmy – powiedział, ale w jego głosie nie było już pewności siebie.

– Próbujcie dalej.

– Jeśli będzie trzeba, potniemy cię na plasterki… I posypiemy rany solą.

– I to mają być te supernowoczesne tortury, które mi obiecywałeś? – zdumiał się Alchemik.

– Stare, ale skuteczne. Wyciśniemy z ciebie prawdę jak serwatkę z twarogu. A jeśli się nie uda, pójdziesz do piachu. A ściślej mówiąc, do wapna.

– Nie boję się śmierci. Zbyt długo jej się wymykałem. – Uśmiechnął się drapieżnie. – Ale wy się boicie. – Zmrużył oczy.

– Owszem, jednak to tylko wzmaga naszą determinację. Mistrzu, po co mamy się kłócić, po co nam ta cała nienawiść, trupy, tortury. Cenimy twoją ogromną wiedzę i gotowi jesteśmy sowicie cię opłacić. Wymień tylko sumę.

– Nie. Powinieneś wiedzieć, że my, alchemicy, nie sprzedajemy swoich sekretów. Ci, którzy są godni, otrzymują je za darmo, reszta musi obejść się smakiem.

Wilk ze złością odwrócił się na pięcie i zatrzasnął drzwi. Sędziwój przymknął oczy. Odpłynął. Dawno już nie próbowano go przekupić. Bardzo dawno. Skoncentrował się, wywołując wspomnienie z głębin pamięci. Minęło tyle lat, a on nadal czasem wspominał podmuch ciepłego, jesie

Wjechał na szczyt wzgórza. Była późna jesień, wicher szarpał ostatnimi liśćmi wiszącymi jeszcze na drzewach, na szczęście słoneczko przygrzewało, a trakt nie rozmiękł od deszczów. Zamek w Gross-Sachsenheim górował nad osadą rozłożoną w dolinie. Mistrz Michał ściągnął cugle i długą chwilę podziwiał miasteczko. Nieduże, ładne kamieniczki, czerwone dachówki, wąskie, brukowane uliczki. Zjechał do bramy, gdzie zatrzymali go strażnicy. Zaraz też nadszedł zarządca. Słyszał o nim, ale nie spotkali się dotąd osobiście. Hans Assma

– Czekaliśmy na was, mistrzu Michale. – Uśmiechał się. – Zaszczytem jest powitać w naszych skromnych progach tak uzdolnionego i wsławionego tak licznymi osiągnięciami adepta sztuki hermetycznej.

– Mnie również miło spotkać osobiście jednego z najzręczniejszych badaczy sekretów ciał wybuchających, mistrzu Assma

– Pozwólcie za mną.

Zeskoczył z konia i poprowadził gościa za sobą. Przekroczyli bramę. Wzdłuż głównej ulicy, w podcieniach, rozłożyły się dziesiątki kramów. Pociemniałe, drewniane lady, daszki z płótna, które jeszcze nie zdążyło spłowieć. I niesamowita pstrokacizna wyłożonych na blaty towarów. Blade kryształy kwarcu, zielone bryły malachitu, czerwone jak krew korale, całe słoje zasuszonych chrząszczy, butle rozmaitych olejów, pudełka z metalu i drewna, kryjące wewnątrz ce

– Mamy kupców wyspecjalizowanych w dostarczaniu wszelkich rzadkich minerałów – wyjaśnił Hans. – Na żądanie są w stanie sprowadzić dowolną substancję.

– Ile czeka się na realizację zlecenia? – Michał z trudem ukrył podniecenie.

– Nie dłużej niż cztery tygodnie. Oczywiście, mówimy o rzeczach naprawdę rzadkich. Prawie wszystko mają zmagazynowane na miejscu. I ceny są przystępne.

– Rozumiem.

– Tu są warsztaty. – Przewodnik gestem wskazał uliczkę wcinającą się między domy.

Dobiegał z niej miarowy stukot młotów, brzęczenie metalu, któryś z kowali śpiewał przy pracy rytmiczną; niemiecką piosenkę. Bruk pokrywał rdzawy nalot.

– Warsztaty? Co oferują?

– Nasi rzemieślnicy zostali bardzo stara

Mistrz Michał ze zdumieniem pokręcił głową. Słyszał sporo o wspaniałych możliwościach, które otwierały się przed mieszkańcami i rezydentami tego miejsca, ale rzeczywistość przerosła jego najśmielsze oczekiwania. Prowadzić poszukiwania bez nużących przerw spowodowanych brakiem literatury, odczy

– A szklane retorty? – W Krakowie z tym właśnie był największy problem.

– Oczywiście. Tam dalej są trzy huty szkła i kilkunastu fachowców sprowadzonych z Wenecji. Czekają w gotowości dzień i noc, by wydmuchać z masy dowolny kształt.

– I niech zgadnę, chodzi tu o kształty najbardziej niezwykłe i skomplikowane…

– …Bo te zwyczajne można…

– Nabyć na kramach? – dokończył Sędziwój z uśmiechem.

– Ty powiedziałeś, mistrzu. Mamy też szkołę, w której czterdziestu chłopców kształci się na pomocników. Umieją mierzyć, ważyć i przeprowadzać prostsze doświadczenia. Umysły naprawdę wielkie nie muszą bezproduktywnie tracić czasu na stanie całymi nocami przy piecach. Szkoda wysiłku. Od tego jest odpowiedni perso

– Perso

– Każdy dostaje też wyszkoloną, pracowitą dziewczynę do gotowania i posług. A w razie naprawdę palącej potrzeby szczególnego rodzaju można przyjść tutaj. – Assma

Sądząc po liczbie kobiecych głów spoglądających przez okna, zadbano o zgromadzenie naprawdę bogatych i różnorodnych zapasów siły roboczej.

– No, no…

– Dbamy, by naszym gościom nie zabrakło absolutnie niczego, co potrzebne im do szczęścia.

– A egzemplarze bardziej niezwykłe z pewnością jesteście w stanie dostarczyć w kilka tygodni. – W głosie Michała zabrzmiało z trudem tłumione rozbawienie.

– Tego akurat nie wiem, to nie moja dziedzina. Jestem plenipotentem do spraw naukowych – odciął się Hans. – Domem publicznym zawiaduje nasz kat, jego pytajcie. A co do osobliwości tego zakładu, mają nawet prawdziwą Murzynkę z samej Afryki, czarną jak smoła i brzydką jak sam diabeł. Ponoć jej sprowadzenie kosztowało tyle srebra, ile ważyła, a lekka, małpa, nie jest…

– Niesamowite – zdumiał się gość. Do tej pory zej trzy razy w życiu zdarzyło mu się widzieć Murzynów.

Symetrię ulicy psuł bardzo stary, przysadzisty budynek o grubych, kamie

– A to jest dawny arsenał miejski, dziś mieszczący największą alchemiczną bibliotekę na świecie. Moje dzieło, chluba i duma. Posiadamy wszystkie księgi naukowe i rękopisy, o jakich tylko słyszano w krajach Wschodu i Zachodu. Tu niczego nie trzeba zamawiać, wszystko jest już na miejscu. Prawie trzy tysiące woluminów.

Sędziwój gwizdnął z uznaniem.

– Toż to bogatszy księgozbiór niż u cesarza Rudolfa w Pradze! A sądziłem, że nic nie może się z nim równać.

– I kosztował więcej niż całe stado Murzynek – dodał z dumą plenipotent. – Są pergaminy, które kupować trzeba za pięciokrotną wagową równowartość złota…

– Wiem. – Michał widywał już wcześniej tak ce

– Mamy też tłumaczy z arabskiego, aramejskiego i perskiego, którzy dzień i noc przekładają mniej znane traktaty na niemiecki. No i wreszcie to, co najważniejsze…

Wyszli na rynek. Otaczały go niewielkie, ładne kamieniczki. W któryś dzień tygodnia z pewnością odbywał się na nim targ, obecnie bruk znaczyły tylko przywiędłe liście kapusty i nieświeże już ryby. Kilka kundli wyrywało sobie porzucony ochłap. Na szczęście silny wiatr wydmuchiwał co bardziej zjadliwe wonie.

– Straszny chlew – mruknął Hans. – Ale pogonię pachołków, niech tu pozamiatają. W końcu to ich obowiązek.

Stanęli przed rzędem domostw.

– W tych budynkach mieszkają najważniejsi goście. Każdy dostaje na kwaterę jedną kamienicę, a tamta z okrętem nad bramą będzie, mistrzu, twoja.

Alchemik popatrzył na budynek. Niczego sobie. Parter na pracownię, na piętrze można wygodnie mieszkać i gromadzić dokumenty, na poddaszu umieści się służbę. Tylko co z koniem?

– W podwórzu jest szopa, studnia, chlewik i stajnia, gdzie można trzymać zwierzęta. – Przewodnik odpowiedział na niezadane pytanie. – Są też piwniczki do składowania wina. A gdybyś się chciał trochę rozerwać, przy rynku jest szynk. W planach mamy jeszcze budowę teatru oraz trzeciej łaźni miejskiej…