Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 41 из 83

Wczoraj bladym świtem wzięła samochód Wiktora, bo lepszy od jej cinquecenta i pojechała. Nie było jej cały dzień, a wieczorem zakomunikowała nam swoją decyzję – niezależnie od tego, co postanowi Wiktor, ona zamierza spróbować – zacznie zajęcia, zorientuje się, co i jak, a potem ewentualnie zabierze do Krakowa Jagódkę. Dzisiaj pierwszy raz w historii świata Wiktor wstał wcześniej od Janka i sam poszedł do stajni robić pora

Emilka uznała, że w takim ponurym domu nie sposób wytrzymać i pojechała do Książa. Rzekomo aby obejrzeć tamtejszą porcelanę, bo przydałaby nam się jedna elegancka zastawa do podwieczorków, nikt na poziomie nie pije herbaty w porcelicie…

Dopóki na horyzoncie nie pojawił się interesujący neurolog, jakoś jej ten nasz porcelit nie przeszkadzał w piciu herbaty.

Janek, jak zwykle ostatnio, obwieszony z obu stron dwiema irytującymi studentkami, urządził obozowiczom pierwszą lekcję skoków – na razie właściwie przechodzenia ponad leżącymi na ziemi drągami. Nie chciało mi się na to patrzeć, a tym bardziej słuchać tych wszystkich pisków i nie przyjęłam propozycji Janka, żeby zrobić im pokaz prawdziwych skoków. Ponieważ w domu było wszystko zrobione, poszłam do mojego muzeum i zagłębiłam się w inwentaryzacji, która też, nawiasem mówiąc, jakoś mi nie szła. Popracowałam dwie godziny z marnym skutkiem i coś mnie z tego muzeum wypchnęło. Autobus do Jeleniej Góry sam mi się napatoczył, więc wsiadłam i pojechałam. Po drodze sprecyzował mi się zamiar wypicia kawy na rynku; są tam takie sympatyczne ogródki pod arkadami.

Na rynku hasała gromada dziwnych ludzi na szczudłach, owiniętych kolorowymi płachtami. No tak, Wrzesień Jeleniogórski. Teatry uliczne, trubadurzy, rybałci, linoskoczkowie i i

Normalnie byłabym zachwycona, bo uwielbiam atmosferę takich festynów, kocham zwłaszcza teatry uliczne, omal sama jednego nie założyłam swojego czasu, bo strasznie chciałam pokazać rzecz o Everymanie na środku Szczecina, ale tym razem nie byłam w nastroju do figli. Skoro jednak postanowiłam wypić kawę…

Pomyślałam, że dobrze. Wypiję szybko i wrócę do Rotmistrzówki, gdzie już będzie pora szykowania obiadu. Ale nie będę się katować tymi rykami na dworze, wejdę do jakiegoś środka.

Najbliższy środek tematycznie stosowny to było Pożegnanie z Afryką. Chyba są tam ze dwa stoliki i może mniej tam słychać te próby.

Stoliki owszem, były. Przy jednym z nich siedział ponury jak nieszczęście Wiktor. Chciałam się szybko wycofać, bo coś mi mówiło, że nie jest najlepszym pomysłem na dziś rozmowa z Wiktorem, ale już mnie zobaczył i nawet jakby się uśmiechnął.

– Lula, jak to miło – powiedział tak smętnie, jakby mu wcale nie było miło. – Co tu robisz? Myślałem, że dłubiesz coś w swoim muzeum. Jaką kawę ci zamówić?

– Jakąś dobrą. Może być z czekoladowym zapachem. Albo nie, czekaj, niech będzie raczej waniliowy.

– Ciasteczko?

– Może być ciasteczko.

Usiadłam przy dwuosobowym stoliku i poczekałam, aż upora się z zamówieniem. Panienka zza lady zabrała się do zaparzania pachnącej na kilometr kawy, a on przyniósł mi to ciasteczko. Z orzechami.

– No więc powiedz, co tu robisz?

– Przyjechałam tak sobie, napić się kawy. Coś mi nie szło w muzeum. A ty? Tobie też nie szło?

– Ja miałem bizneslunch.

– Bizneslunch w sklepie z kawą?

– Nie, w knajpie. Ale spławiłem moją kontrahentkę i zachciało mi się kawy.

– Jaką kontrahentkę?

– Tę od wychodków.

Matko Boska! Postanowił wrócić do projektowania reklam!

– Wracasz do reklamy?

– Do pewnego stopnia. Wiesz, Lula, ona cały czas miała nadzieję, że do niej wrócę, mam na myśli moją zleceniodawczynię.

Zamilkł i pochylił się nad resztką swojej kawy.

– Wiktor, mów!

– Co mam ci mówić? Lula, ty wiesz najlepiej, ja bym chętnie zapomniał o tym wszystkim, tych debilnych reklamach klozetpapieru, koniecznie z seksualnym podtekstem, cholera, ona ma fioła na tle seksualnych podtekstów, uważa, że nic, co nie kojarzy się z dupą… bardzo cię przepraszam…

– Nie przepraszaj. Wychodek się kojarzy.

– Ale nie w tym sensie. Rozumiesz, nie udawaj. W każdym razie zgodziłem się z nią spotkać i chyba przyjmę od niej zlecenie, bo jeśli znowu zarobię kupę forsy, to może Ewa nie będzie tak bardzo chciała wracać do Krakowa… Chociaż ona i tak będzie chciała wracać. Ona wcale nie chce mieszkać na wsi i uważa, że ja stroję fochy, że udaję natchnionego artystę, jednym słowem, że udaję. Nie wiem, przed kim miałbym udawać. Ja naprawdę nie lubię Krakowa ani i

– Zamień ją na mnie, ty ośle.

Nie do wiary. Powiedziałam to. Wiktor najpierw jakby nie usłyszał, co mówię, a potem gwałtownie podniósł głowę znad filiżanki. Zanim zdążył jakoś werbalnie zareagować, panienka zza lady przyniosła nam tacę z kawą. Oblał mnie zimny pot. Matko Boska, co ja zrobiłam najlepszego! Dziewczyna wolno i nieporadnie ustawiała przed nami filiżanki i dzbanuszki, a ja czułam, jak rumieniec wypływa mi na policzki. Wiktor dla odmiany jakby przybladł. Przyjrzał mi się uważnie.

– Lula, ty serio mówisz?

W spojrzeniu miał najzwyczajniejszy popłoch. Oprzytomniałam i wybuchnęłam śmiechem.

– Jasne, że serio. Nie widzisz, jakie by to było korzystne?

Wypuścił powietrze i uśmiechnął się blado.

– Przepraszam cię, głupio gadam. Oczywiście, żartowałaś, a ja to wziąłem na poważnie. Widzisz, co zmartwienie robi z człowiekiem. Swoją drogą może to i szkoda, że się nie zeszliśmy, kiedy był czas po temu. Trochę się kiedyś w tobie podkochiwałem przed maturą.

– Też się w tobie podkochiwałam – powiedziałam lekkim tonem, przez ściśnięte gardło. Podkochiwałam, Boże drogi! Jeżeli kiedykolwiek kogokolwiek rzetelnie i prawdziwie uwielbiałam, to jego. I niestety, nie chciało mi przejść.

– No patrz… To dlaczego ja się właściwie ożeniłem z Ewą?

Z głupoty – chciałam wygarnąć mu prawdę w oczy. Oraz dlatego, że ona sobie tak życzyła, wlazł pod jej pantofel, pod oba pantofle, a ona sobie na nim zatańczyła. Nie, nie w pantoflach, w butach oficerkach.

Nie wygarnęłam mu w oczy niczego, tylko rzuciłam swobodne:

– Bo w niej się nie podkochiwałeś, tylko kochałeś ją naprawdę.

– Aha. No, może masz rację.

– Ja myślę, że oboje się kochacie – ciągnęłam fałszywie – tylko jesteście teraz w trudnej sytuacji.

– Cholernie trudnej.

Nasypał sobie po raz drugi cukru do filiżanki, zamieszał, spróbował i wykrzywił się szpetnie.

– Czemu mi nie powiedziałaś, że już posłodziłem? Lula, a gdybym teraz się rozwiódł, to byś za mnie wyszła? I zostalibyśmy na wsi?

Zaczynałam się czuć jak na chińskich torturach, nie wiem, jak wyglądają chińskie tortury, ale u nas w domu było takie porzekadło. Niewykluczone, że chodziło o lizanie stóp przez kozę. Może zresztą o coś bardziej męczącego. Na pewno coś bardziej męczącego. Przybrałam wyraz twarzy światowej kobiety i nawet zaśmiałam się, dość nerwowo, ale on tej nerwowości nie dostrzegł.

– Mój drogi. Natychmiast bym za ciebie wyszła. Licz na mnie.

Czy już mam zacząć szukać modelu ślubnej sukni? Z welonem ma być?

Zagapił się na jakiegoś szczudlarza w białej szacie, miotającego po rynku.

– Z welonem, koniecznie z welonem. Ten warkocz byś sobie upięła na czubku głowy i welon by ci wisiał z tyłu na trzy metry. Albo na pięć. Z koronki, nie z żadnego tiulu. Mogłaby być taka delikatna koniakowska, ta, z której teraz baby majtki robią, tylko cieńsza. Druhny by go niosły. Albo Jagódka z Kajtkiem. Suknię byś miała z przodu zabudowaną, ale z tyłu dekolt do pasa. Rękawy zakrywające pół dłoni, żeby ci tylko paluszki było widać. I bukiet takich wielkich różowych piwonii, jakie Emilka hoduje koło stajni…

Jeśli kiedyś wyjdę za mąż, pójdę do ślubu w granatowej garsonce! Czy on naprawdę nic nie rozumie, wizjoner cholerny, artysta? Ja naprawdę chciałabym za niego wyjść i mieć tę suknię, i ten welon, nawet włosy bym sobie upięła tak, jak on mówi! Emilka na pewno nie pożałowałaby piwonii na bukiet…

– Lula, dlaczego płaczesz? Co się stało? Powiedziałem coś?

– Powiedziałeś o wiele za dużo – rzuciłam i prawie przewracając fotelik, wybiegłam z kawiarni, pozostawiając go nad dwiema porcjami kawy i z niezapłaconym rachunkiem za obie.

Becząc idiotycznie, przemierzyłam rynek na skos i schowałam się w jednej z bocznych uliczek. Nie gonił mnie. Wpadłam do jakiejś pizzerii, znalazłam toaletę i schowałam się w niej na jakiś czas. Nie bardzo wiedziałam, co teraz robić, jak wyjść w tym stanie na widok publiczny, a nade wszystko – jak wrócić do Rotmistrzówki i spotkać się tam z nim twarzą w twarz. Ktoś zaczął dobijać się do toalety, w której znalazłam schronienie, musiałam więc się ruszyć. Niedaleko poszłam, obok była mała restauracja, dość ciemna, ze ścianami wytapetowanymi międzynarodową prasą. Znalazłam sobie najciemniejszy kącik i usiadłam, aby przemyśleć sprawę już w miarę przytomnie.

Teraz już nie ma mocnych. Wiktor wie wszystko, musiał się domyślić, jakie domyślić, sama mu powiedziałam, wywaliłam kawę na ławę.