Страница 41 из 44
Żółtodziobe serce
Staliśmy nad otwartą trumną Biskupa i śpiewaliśmy najpiękniejsze pieśni pogrzebowe. Wpierw śpiewaliśmy Pan zawołał sługę swego w kancjonale Heczki numer 747, potem śpie- waliśmy numer 777 Dziś jeszcze żyję, lecz jutro może lub przed wieczorem śmierć przyjdzie, Boże, potem numer 789 Pobożnych dusze żyją, u Boga wieczny dzień, grobowce tylko kryją żywota ziemski cień, potem numer 783 już się wykonało, serce przecierpiało, potem jeszcze numer 770 Wiemć ja, że w niebie jest miejsce krasne, a na samym końcu, przed modlitwą i przed przyłożeniem wieka, zaśpiewaliśmy porywającą i rozdzierającą niczym ukraińska dum- ka pieśń numer 825 Jam stęskniony, jam stęskniony.
Uwielbiałem ten pogrzebowy przebój i śpiewałem z całej duszy, gdy przychodziła czwarta, pełna hermetycznej poezji zwrotka, dreszcz przenikał moje żółtodziobe serce. Miałem dwa- dzieścia cztery lata, kończyłem studia, pisałem pracę magisterską o estetycznych koncepcjach
„Sztuki i Narodu”, wszystko było przede mną i wszystko wiedziałem. Przyglądałem się światu z pełną politowania wyższością, mózg mój spowijała całkowita ciemność. Mówiąc po ludzku, byłem wtedy kompletnym debilem i chyba tylko dzięki nieubłaganym procesom bio- logicznym, co we mnie, jak we wszystkich, zachodziły, pamiętam słowa i obrazy. Moje zmy- sły, moje trzewia, moja wiecznie złakniona świata skóra, niespokojne nerwy były przy ołta- rzu, przy płonących gromnicach, przy otwartej trumnie Biskupa Wantuły.
Moja głowa była wtedy gdzie indziej, bo w młodzieńczej pysze sądziłem, że gdzie indziej jest istota rzeczy, gdzie indziej prawdziwe życie, gdzie indziej prawdziwa sztuka. Gdzie mia- nowicie, tego jeszcze ściśle nie wiedziałem, gdzieś na bardzo wysokich parcelach, na wysu- blimowanych terytoriach, z całą pewnością nie tu, pomiędzy farą, domem a gospodą, nie w starym kancjonale Heczki, nie w pochopnych spojrzeniach przedwcześnie rozbudzonych kon- firmantek. A przecież bezwiednie wykute na blachę na szkółce niedzielnej słowa starych ewangelickich pieśni miały mnie ocalić, a przecież pomiędzy farą, domem a gospodą „Piast”
(później „Ogrodowa”) miały się dokonać żywoty, rozegrać dramaty, a przecież nigdy nie spełnione łaknienie dotyku luterskiej skóry powściągliwych wpółwyznawczyń miało mnie uwznioślić, a przecież domowy kult Biskupa Andrzeja Wantuły miał mi dać warowne opar- cie.
Nawet gdybym chciał w tym miejscu powściągać nieokiełznaną skło
Kult Wantuły był w naszym domu absolutny, nieumiarkowany i posłusznie podlegali mu wszyscy. Moi krewni i moi przodkowie byli nieomylni, żyli w doskonałości i sprawowali absolutną wszechwładzę nad światem, i sam fakt istnienia kogoś, kogo ta zgraja pyszałków była skło
Jakiemuż niewiarygodnemu przeistoczeniu ulegał w obecności Biskupa mój patriarchalny ojciec, jak zmieniała się moja wszechmogąca babka, a o mojej toksycznej matce niezręcznie opowiadać nawet, matka kochała się w Biskupie bezwstydną miłością nastolatki. Jemu zresz- tą, jak się zdaje, sprzyjała ta adoracja, na szczęście miał on też pewną cechę, która w przy- padku wybitnych i niekonwencjonalnych księży nie zawsze jest oczywista, Wantuła miano- wicie wierzył w Pana Boga i co za tym idzie, pilnie przestrzegał wszystkich dziesięciu przy- kazań. Na religijności Biskupa opieram przeświadczenie, że do niczego nie doszło, do matki pod tym względem nie można, niestety, mieć żadnego zaufania. Kult wyklucza wszelką po- ufałość (z wyjątkiem poufałości miłosnej), toteż jak ksiądz Wantuła został biskupem wszyscy nawet w myślach przyjęliśmy to jego nowe miano. Jeden dziadek Czyż nie wypadał z formy i twardo mówił do Biskupa: Andrzeju, ale powiedzmy, że był to potwierdzający regułę wyją- tek. Samo słowo biskup tak się w języku domowym zabsolutyzowało, tak zrosło z Wantułą, stało się nie tyle synonimem jego osoby, co stało się jego osobą po prostu, że do dzisiaj wszelkie i
Ojciec kupował książki, kupował Faulknera, Kafkę, Brocha, na punkcie Tomasza Ma
Wantuła moim zamiarom literackim przyglądał się z wyrozumieniem, którego skalę wła- ściwie dopiero dziś jestem w stanie docenić, podobnie zresztą jak dopiero dziś jestem w stanie docenić wagę ofiarowywanych mi przezeń książek. Przeszło ćwierć wieku temu wydawało mi się, że np. O kunszcie i istocie poezji lirycznej Szumana, Komizm Bystronia czy nawet Pisma Konińskiego to są starocie, przyjmowałem je z uprzejmego serca, powiedzmy, że dziś mój sentyment do staroci wzrósł na tyle, że doceniam też serce mniej uprzejme, dalej żółtodziobe. Pisałem nieszczęsną pracę magisterską (utwór z dzisiejszej perspektywy całkowicie nie- zrozumiały); w Krakowie nie było kompletów „Sztuki i Narodu”, jeździłem do Warszawy, w Bibliotece Narodowej wertowałem pisma konspiracyjne, nocowałem w zborowych pokojach gości
Wieczorem Wantuła pytał, jak minął dzień, i kiedy mówiłem, że napisałem dziesięć stron, widać w nim było tęsknotę za samą choćby mechaniką pracy intelektualnej. Tęsknił za zapi- sanymi stronami, chyba chciał zacząć, jak sił przybędzie, jak się ociepli, pisanie wspomnień. A sił było mało, rankami dalej trzymały przymrozki, był wychudzony nie do poznania, odzia- ny w szlafrok, siedział w wielkim, jeszcze z Goj, fotelu, albo polegiwał u siebie w gabinecie. Jadłem kolację, oglądaliśmy „Dzie
W ciekawości śmierci jest pewien rys pornograficzny, który każe tym, co jeszcze nie po- marli, dociekać, jak dalece ci, co pomarli, wiedzieli, że umierają? Jak wielką w swej rychłej wędrówce na tamten świat mieli już orientację w tamtym świecie? Jakie widzieli znaki i jak je czytali? Ile w nich było rezygnacji, buntu, ile desperacji, niezgody, ile wiedzy, ile nieświado- mości? Co naprawdę myślał i jak głęboko wychylał się poza ziemski pobyt Andrzej Wantuła, kiedy na przykład opowiadał o pogrzebie swojego ojca, o tym, że akurat wtedy zrobiła się piękna pogoda, a Stary Wantuła bardzo chciał przed śmiercią, żeby na jego pogrzebie była piękna pogoda, i zdawało się, że to się nie spełni, bo cały czas strasznie padało, ale jednak, jednak na sam pogrzeb pięknie się wypogodziło, żaden cud oczywiście – Biskup niemal po- gardliwie machał ręką – po prostu spełniło się życzenie starego Wantuły.