Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 37 из 44

Elegia na wożenie odpadów pokonsumpcyjnych

Kiedy pani Oglądaczowa przyniosła hiobową wiadomość, że w Domu Zdrojowym każde- go wieczora wszeteczne kobiety rozbierają się do naga i tańczą na stołach, dla wszystkich stało się jasne, że to co jest zapowiedziane w Objawieniu Świętego Jana, spełni się lada dzień. Znaki zapowiadające koniec wszystkich rzeczy zawsze były liczne, bluźniercy i szydercy krążyli po Wiśle, zanikała wiara, wzrastało bezprawie, fałszywi prorocy wynajęli dom w Dziechcince i nakłaniali wyznawców do codzie

Jechaliśmy do Domu Zdrojowego po odpady pokonsumpcyjne, konie biegły kłusem, księ- życ był w pełni i na jasnej tarczy widać było cienie astronautów.

Spieszyliśmy się bardzo, banie na wozie dźwięczały jak ostatni dzwonek, spieszyliśmy się, żeby zdążyć przed apokalipsą i żeby zobaczyć gołe wszetecznice.

Jechaliśmy razem, ale nasze doznania nie były jednolite, ja miałem ujrzeć jedne z pierw- szych, a Dzidek Dziadek chyba jedne z ostatnich wszetecznic w życiu, chyba jedne z ostat- nich, choć kto wie. Ja gorączkowo poganiałem konia, on majestatycznie zadzierał głowę i gapił się niespiesznie w pustkę po niebiosach.

W teorii, jeśli jest teoria, wi

Żadne zresztą teorie nie miały dostępu do moich przodków i domowników, żadne poza Pi- smem, a Pismo nie było teorią. Teorii nie było w ogóle, była tylko rzeczywistość, zawiła nie- kiedy i niespójna jak teoria snu. Teoretycznie miałem na przykład na imię Jurek, a on mówił do mnie: Kuba, on był moim Dziadkiem, a ja zwracałem się doń: Dzidku, i w studzie

Matka była za młoda, ojciec był daleki, babcia Maria miała dom i gospodarstwo na głowie, a on był oficerem rozgromionej armii, jego przedwoje

Dzidek Dziadek był godzien najwyższego podziwu i na nim skupiałem cały mój podziw. Jemu pod oknami zawsze grali muzykanci, on się tajemniczo do swych myśli potrafił uśmie- chać, on pilnie pielęgnował chwalebny obyczaj duchowej izolacji, zawsze w drodze powrot- nej z poczty do domu w „Piaście” (później „Ogrodowa”) wypijał duszkiem dwieście gramów czystej i gdy w parę chwil później szedł przez podwórze i wchodził do kuchni, był całkowicie gotów do starcia z psychopatologią życia codzie

– Jak matka? – pytał i kładł teczkę na stole i powoli rozwiązywał modry pocztowy krawat

– Jak dziś matka?

– Poszła do Partecznika, zła jest jak osa – odpowiadaliśmy rytualnie – wściekła jest strasz- nie, chyba diabeł ją dziś opętał.

– Diabeł ją dziś opętał? Ciekawe, że akurat w czwartek? – zasępiał się dziadek i nierucho- miał z chabrową pętlą w garści.

Trzeba dochowywać wierności własnym demonom. Pytanie: dlaczego diabeł przyszedł w czwartek? jest dla mnie jednym z możliwych początków literatury, jednym z powodów pisa- nia, jednym z pierwszych impulsów – jakby Mariana Stalę sparafrazował Heidegger – litera- turoodczucia, literaturoodczucia świata. Na pytanie, dlaczego diabeł przyszedł w czwartek, raczej nie ma dobrej odpowiedzi i można tu jedynie jedyną rzecz uczynić, można zapisać to pytanie. Można, rzecz jasna, daremnie dociekać, jaki to był czwartek (umowny, a więc nieist- niejący dzień pomiędzy środą a piątkiem, zupa pomidorowa była w ten czwartek na obiad), jaki to był diabeł (tu akurat był diabeł Marcina Lutra, diabeł z krwi i kości, z krwi ciemnej, z kości smolistej, z ofajdanych kopyt, z cuchnącego chwostu, z chitynowych rogów, z pazurów przerośniętych gnojem, śpiew diabła słychać było nad Partecznikiem), można podziwiać es- tetyczną siłę tej frazy, piękne napięcie, jakie tu jest pomiędzy codzie

Czesław Miłosz ma oczywiście absolutną rację, kiedy w swoim nieśmiertelnym wierszu o panience przelotnie widzianej w paryskim metrze (Esse) boleje nad niepoznawalnością istnie- nia, nad niepełnością poznania, nad widmowością literatury daremnie ścigającej byt niedości- gły. „Wysiadła na Raspail. Zostałem z ogromem rzeczy istniejących. Gąbka która cierpi bo nie może napełnić się wodą, rzeka która cierpi bo odbicia obłoków i drzew nie są obłokami i drzewami”. To jest w istotności swojej bardzo wielki fragment. Doceńmy wszakże czytelni- cze upodobania tego, kto siedzi na brzegu i oddaje się kunsztowi subtelnej kontemplacji świata odbitego w wodzie. On siedzi nad rzeką (imię rzeki: Miłosz) i nie chce samych w sobie strasznych obłoków i nie chce samych w sobie drzew niepojętych, z widmami mu znośniej. Być może, losem rzeki jest cierpienie, ale, być może, cierpi ona po to, by tym na brzegu było raźniej. Widzę zamazane, ciemne, jakby odbite w rzece płynącej pod ewangelickim cmentarzem cienie moich nieboszczyków i przeganiam z serca wulgarną nadzieję, i przeganiam z głowy tandetną, sentymentalną i bezbożną myśl o sztuce wskrzeszającej zmarłych. Być może, literatura jest zaklinaniem widm, być mo- że, pomiędzy zaklinaniem widm a wskrzeszaniem zmarłych granica jest niejasna, ale widma niech wy- starczą. Trzeba przeganiać demony, ale trzeba im w pamięci dochowywać wierności. Pamięć

jest substancją tego rzemiosła.

Nie zachowuję rękopisów. Wpierw z wrodzonej zapobiegliwości zapisuję papier obustron- nie (z jednej strony rękopis, z drugiej maszynopis), następnie z wrodzonej skrzętności wiozę zapisany papier do punktu skupu makulatury, gdzie dokonuję korzystnej transakcji, uzyskane zaś w ten sposób pieniądze składam sobie, moim marzeniem jest bowiem kupno w przyszło- ści zacisznej kawalerki. Ponieważ nie zachowuję rękopisów, nie mogę sprawdzić, ale przecież pamiętam dobrze, kiedy zaczynałem pisać, narratorowi i zarazem bohaterowi moich pierw- szych opowiadań zawsze towarzyszyło widmo Dziadka. Nawet pierwsze literackie kroki sta- wiałem w jego wszechwiedzącym towarzystwie. Pisałem opowiadanie o epoce handlu wy- mie

Nawet wtedy, gdy żył jeszcze, dobrze się czułem w towarzystwie jego widma; tak jak i te- raz jest mi znośnie, gdy przez ciemny park, nadrzecznym wałem, za kościołem i za szkołą jedziemy do Domu Zdrojowego po odpady pokonsumpcyjne. Księżyc jest w pełni i cienie kładą się na wodzie. Darzyłem go podziwem, podziwiałem jego klęski, podziwiałem fiaska kolejnych przedsięwzięć, jakże piękne było, że fortuny przechodziły mu przez palce, a on nigdy z tego nie miał ani grosza. Ale teraz jest już koniec, teraz się rozkręca ostatni nieudany interes. Wielkie i ciężkie jak woda księgi rachunkowe przedwoje