Страница 31 из 44
Kocia muzyka
Z niejakim opóźnieniem zauważyłem, że Hanula w końcu przywiozła kota z Francji. Samo nadejście kota, sam moment jego przyjścia, umknął mej uwadze – słaby byłem wtedy i w upadku.
Spoczywałem w bólu i cichości i podziwiałem umiar oczekiwań, jakie w stosunku do mnie żywią moi bliźni. Leżałem spowity czarną kołdrą udręki i podziwiałem skromność stawia- nych mi wymagań. Ciężka powi
Gdyby nie to, że jestem całkiem wewnętrznie wypalony i straciłem czucie, byłoby to wręcz upokarzające, i
Markotno mi było i wstyd. I dopiero gdy mgły się podniosły, gdy kot się całkiem z tumanu mojej rozpaczy wyłonił, wyrzuty sumienia mi przeszły jak ręką odjął. Dobrzem uczynił, żem tego kota od razu nie zauważył, zaoszczędzonych mi zostało choć kilka dni potwornego wstrząsu, chyba instynkt albo i Pan Bóg mnie prowadził. Co za kocia morda! Co za pysk! Ile fałszu! Jakie zwyrodnienie! Quel monstre! Podnoszę się, wracam do świata, a tu nade mną kolebie się koci łeb jak fałszywa latarnia. Kolebie się i uśmiecha obłudnie.
Koty – jak powszechnie wiadomo – są z natury fałszywe i mordy kocie pełne są, bez wy- jątku, fałszywego wyrazu. I ten to ma, pysk mu powleka grymas obłudy. Ale coś w nim jest jeszcze w dodatkowym stopniu zdegenerowanego, jakiś dodatkowy cynizm, jakaś zbrodni- czość znaczniejsza od przeciętnej kociej zbrodniczości. Łasi się serwilistycznie, przeciąga, ziewa i z tym ziewnięciem dolatuje mnie mdły obłok klasycznego zapachu. Chryste Panie, przecież od tego bydlaka Chanelem zajeżdża! Włosy mi dęba stanęły, ręce na nowo trząść się zaczęły i gdyby nie to, że to nie kot, a kotka, to bym tego kota grubym słowem do mniejszo- ści erotycznej zaliczył. Przecież ja cię, bestio – pomyślałem sobie – ja cię, bestio, w „Tygo- dniku Powszechnym” obsmaruję, ja zaraz jadowity tekst pt. Kot na równi pochyłej napiszę i suchego miejsca na tobie nie zostawię! Powstrzymałem się przed tą jedyną znaną mi formą ludzkiej aktywności, powstrzymałem się, ale już wiedziałem, już byłem w domu.
Wszak ten kot to Francuz, uświadomiłem sobie z całą mocą, ten kot z Francji przyjechał i oprócz naturalnego, kociego zbójectwa jest w nim jeszcze dodatkowe francuskie zwyrodnie- nie. Patrzyłem na tego fircyka, patrzyłem na tę paryską kreaturę, patrzyłem na to biedne zwie- rzę z racji samej swej geograficznej proweniencji upadłe, spoglądałem nań uporczywie, jakby samą jego występnością urzeczony, spoglądałem i z wolna, z wolna ohyda jęła się przeradzać w fascynację.
Widziałem w jego oczach otchłań czarną jak Noc św. Bartłomieja, z jego iskrzącej sierści wyskakiwały płomienie stosu Joa
Sezon dawania sprawozdań z własnego nieudacznictwa minął bezpowrotnie, dalej wpraw- dzie nikt niczego ode mnie nie oczekiwał, ale pojawił się upadły francuski kot i mogłem tro- chę sentymentalnie i trochę dzieci
I łaknąc ukojenia, zapragnąłem i kotu dać ukojenie, i milczałem bezradnie, stałem na kru- chej jak linia Maginota granicy niedorzeczności. Bo przecież niedorzecznością absolutną by- łoby tłumaczenie temu, nawet tak tragicznie naznaczonemu historią, kotu, że przybył do Pol- ski, niedorzecznością byłoby opowiadanie mu o Polsce, niedorzecznością byłoby kojenie go Polską. Kotu nie Polska jest potrzebna, a whiskas. Kocie, przybyłeś do Polski – gdybym tak przemówił – kocie, przybyłeś do kraju reform, do kraju, co się wyzwolił z moskiewskiego jarzma, widzisz, mon cher chat, jesteś na ziemiach, na których zrodził się najpiękniejszy ruch społeczny od czasów Spartakusa; gdybym tak przemówił, to nawet gdybym w tak zbudowa- nym monologu istotnej prawdy dotknął, ja, kocie, wiem, że tobie nie niepodległa Polska jest potrzebna, tylko whiskas, ale jednak nie mogę nie zauważyć, że whiskas jest dostępny w skle- pach dzięki niepodległości Polski, nawet gdybym ten ciekawy paradoks zauważył (whiskas niepodległy a whiskas zachodni) i nawet gdyby udało mi się w całej wypowiedzi stylistyczną równowagę utrzymać, to przecież zbłaźniłbym się i ośmieszył. Kot jako postać literacka – jak najbardziej, ale kot jako medium, jako słuchacz metafor publicystycznych – złe rozwiązanie, fałszywy kierunek, artystyczne fiasko.
I wtedy pojąłem, że niczego nie trzeba kotu mówić, on i tak swoje słyszy. Siedzi w swej niebywałej kształtności na środku pokoju i wytęża uszy aksamitne jak obicia foteli w Wersa- lu. Siedzi i słucha. Każdy szmer słyszy, krople deszczu stukające w parapet, skrzyp drzwi, kroki na schodach, łoskot tramwaju jadącego z Dąbia, czyjś głos za ścianą. Słucha i jest w nim dobrze mi znana paniczność słuchu, co każe zerwać się na równe nogi na odgłos nagle ruszającej windy, co każe zdrętwieć na terkot nie zapowiedzianego dzwonka. Kot słucha po- koju, słucha domu i słucha miasta. Deszcz przestał padać, słychać szmer opon obracających się na mokrym asfalcie, kot słyszy łopot składanych parasoli, słyszy rozmowę dwóch pielę- gniarek idących ulicą Kopernika, słyszy dzwony bijące na Anioł Pański, słyszy muzyków rozkładających nuty na Sławkowskiej, słyszy szmer wody lecącej przez zamurowane wodo- ciągi. Miasto paruje jak góra Ararat. Kot słyszy muzykę, tak jakby siedział na moim ramieniu. Ulice są teraz jak wielkie sale koncertowe, idę na przełaj przez pola muzyki. Na Sie