Страница 3 из 44
Rękopis znaleziony na korytarzu szpitalnym
Mój zamiar opisania dyrektora wydawnictwa Znak Jerzego Illga skończył się w ten spo- sób, że wylądowałem w szpitalu. Niczego nie chcę przez to powiedzieć, nie wyciągam z tej okoliczności żadnych wniosków, nie uogólniam i bynajmniej nie daję pełnej facecji puenty, iż ten, kto pragnie opisać, przybliżyć i rozgryźć naturę Jerzego Illga, musi – prędzej czy później
– trafić na oddział szpitalny. Żadnych tego rodzaju przezabawnych konstrukcji nie wnoszę, niemniej prawda jest taka, że jeszcze parę dni temu miałem zamiar, co mówię, miałem za- miar, wręcz już nawet zacząłem na temat Jerzego I. to i owo szkicować i przemyśliwać, dziś zaś, po kilku dniach tych zgubnych trudów, w szpitalnej piżamie, w szpitalnym szlafroku wę- druję przez szpitalny korytarz.
Czarniawy kanalarz wyjątkowo nikczemnego wzrostu śpi kamie
– Gdzie jest moja odzież? Gdzie jest moja odzież?
– A skądże do k… nędzy ja mam wiedzieć, gdzie jest twoja odzież – odpowiada mu zaspa- nym głosem Jędruś o nieposłusznych rękach.
Jędruś imał się wszystkich zawodów ludzkości, był gastarbeiterem we wszystkich krajach świata, wszystko potrafi zrobić, wszystko zreperuje, wszystko skonstruuje, posłuży się z wprawą każdym narzędziem, posłuszny jest mu zarówno najdelikatniejszy śrubokręcik, jak i najcięższy topór, i teraz zresztą także nie sposób nie pomyśleć, iż Jędruś dalej dzierży w swych masywnych łapach jakiś niewidzialny młot pneumatyczny albo fantom i
Jestem w środku mitu, jestem w samym sednie archetypicznej emocji, od wieków wszakże wiadomo, iż średni personel medyczny bywa źródłem nie lada doznań. Mityczne sanitariusz- ki, siostry miłosierdzia, pielęgniarki, felczerki wszystkich epok, ileż poruszających serce le- gend i pieśni o nich ułożono.
Ponieważ mam sporo czasu (na wędrówkach po szpitalnym korytarzu całe dnie mi prze- chodzą), spróbuję to zjawisko (zjawisko specjalnego czaru, jakim promieniuje średni personel medyczny) ująć od strony teoretycznej. Otóż moim zdaniem niesłychane emocje, jakie budzą w mężczyznach, czy jak kto woli pacjentach, siostry pielęgniarki, nie biorą się ani z ich czu- łości, ani z opiekuńczości, ani z ich sterylnej czystości, ani z i
Kiedy dochodzę do progu Sali Intensywnego Nadzoru Medycznego i kiedy patrzę, z jaką swobodą uwijają się one wokół leżących tam półzwłok nieprzytomnego narkomana, kiedy widzę, jak wprawnie smarują jego ropiejące odleżyny, uruchamiają aparaturę pozwalającą mu oddychać, oprzyrządowują to rośli
Król kanalarzy ocknął się na dobre i na rachitycznych, niepewnych, niemowlęcych nóż- kach krąży po oddziale w poszukiwaniu lustra wiszącego na odpowiedniej niskości. Król ka- nalarzy pragnie bowiem rozjaśnić swe mroczne oblicze, czyli – mówiąc po ludzku – pragnie się ogolić. Najstraszliwsze i na szczęście w połowie tylko czytelne przekleństwa sypią się z jego wciąż jeszcze na wpół zesztywniałych ust – wszystkie zwierciadła są na wysokościach dlań niedostępnych. Toteż w końcu wznosi chybotliwą piramidę ze szpitalnych stołków i ta- boretów i wspina się, i staje na szczycie, i namydla twarz. Tylko ludzie prawdziwie upadli, tylko ci, co zaznali najgłębszej rozpaczy, potrafią tak zapamiętale dążyć do poprawy i dosko- nałości. Wszakże w każdej chwili ten władca kloszardów może runąć i roztrzaskać sobie czaszkę o beton, desperacko jednak pragnie w razie czego polec jako człowiek ogolony. Z duszą na ramieniu asekuruję to nadmierne w swej karkołomności higieniczne przedsięwzię- cie, on patrzy na mnie uważnie, widzę w lustrze odbicie jego półzwierzęcych rysów, niechyb- nie lada chwila runie kolejna sekwencja nieczytelnych przekleństw. I istotnie, król kanalarzy na moment unosi berło pędzla i mówi:
– Czytał pan może Tortilla Flat Steinbecka? Czytał pan? Otóż moim zdaniem Steinbeck znał problem alkoholizmu z autopsji. Tak sądzę, choć trudno mi definitywnie wyrokować.
Tam i z powrotem wędruję szpitalnym korytarzem, krążę pomiędzy Salą Intensywnego Nadzoru Medycznego, w której ważący piętnaście kilo dwudziestolatek to traci, to odzyskuje przytomność, a kompleksem sanitarnym, w którym wolno palić. W kompleksie sanitarnym kłębi się tłumek roztrzęsionych alkoholików, palą desperacko papierosa za papierosem, przy- sięgają jeden przed drugim i na wszystkie świętości, iż już nigdy, przenigdy nie wezmą do ust kropli wódki i z wstydliwą nostalgią spozierają przez okno, za którym dobrze widać niedale- kie sklepy, budkę z piwem i kolegów radośnie buszujących na wolności.
Idą tu jedno za drugim przygodowe opowiadania, zapierające dech historie o nocnych koszmarach, o straszliwych głodach nie do zaspokojenia, wesołe przypowieści o przeróżnych sposobach ukrywania flaszek przed udręczonymi żonami, o stratach i zgubach nie do odzy- skania. Rozpacze, płacze, śmiechy i wiwaty. Młodziutkie ćpunki śpiewają pod prysznicem straceńcze piosenki, dreszcze człowieka przechodzą, jest pięknie, ale znikąd ocalenia.
Wędruję szpitalnym korytarzem, ulegam magicznemu urokowi średniego personelu me- dycznego i po pewnym czasie, zorientowawszy się w tym i owym, liczyć zaczynam na pomoc psychologa. Rozmowa z psychologiem – myślę – powi