Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 24 из 44

Obłoki nad Czantorią

Z okien hotelu widzę dachy Genewy, od zawsze znam to miasto, bo przecież od zawsze Biskup Wantuła posyłał stąd kartki. O szóstej dzwonią katedralne dzwony, ciemnieje przed burzą, duchota niepojęta. Z jakich czasów, z jakich wcieleń i z jakich powodów jest we mnie strach przed podróżowaniem? Czemu już w ekspresie InterCity Kraków – Warszawa nacho- dzą mnie mdłości według Jeana Paula Sartre'a i czemu potem w samolocie lecącym nad Eu- ropą stygnę i obojętnieję jak skazaniec w celi? Alpy wyłaniają się z mglistego powietrza i mało, że ja na ten niesłychany widok żadnego nie doznaję uniesienia, mało, że żadnych ma- rzeń, wzruszeń, epifanii, mało tego. Mój istotny stosunek do Alp wyłaniających się z mgliste- go powietrza jest w zasadzie wrogi.

Jestem gotów do zasadniczej polemiki z tym masywem skalnym, jestem gotów przypuścić nań frontalny atak, jestem gotów obalić jego zasadnicze tezy. Zaznaczam na wszelki wypa- dek, że mój zapał do sporu nie ma żadnych genetycznych związków z trywialnymi odruchami psychologicznymi. Nie bierze się on, na przykład, ze strachu przed lataniem. Lecieć jest przyjemnie, nie lubię podróżować, ale lot sam w sobie jest stanem zawieszenia wszystkiego: zawieszenia przedmiotów, zawieszenia wolnej woli i zawieszenia śmiałych decyzji. Lecisz i absolutnie nic od ciebie nie zależy i to jest byt błogi. Docelowość lotu czyniąca zeń podróż mierzi, ale lot sam w sobie koi, a nawet upaja. Alpy widoczne w dole porządek i tożsamość lotu naruszają w sposób żenujący i zgoła bezwstydny. A potem jeszcze, jak się wyląduje, Le- man – woda sama w sobie o wiele słabsza od wiersza Mickiewicza. Przyroda tu daje zwodni- czą zapowiedź znaku i niejeden dał się nabrać, niejeden uległ mylnej inspiracji. Bo też pokusa jest silna.

Kiedy osiem lat temu mieszkałem przez tydzień w Loza

Czyli strach przed podróżowaniem może być strachem przed ujrzeniem znaku, usłysze- niem głosu. Podróżuje się wszakże (jeśli podróż jest podróżą bezinteresowną, podróżą samą w sobie) do miejsc intensywnych, do miejsc silnie sugerujących istnienie ukrytego ładu, pod- ziemnego języka, gotowości artykulacyjnej, trawy, skały, chmury. Stąd mdłości egzystencjal- ne. Leci się nad Alpami, stoi się nad Lemanem i pewne jest, że gdyby góry przemówiły albo gdyby woda wywiesiła jakiś wymowny transparent, pewne jest, że wówczas człowiekowi zrobi się niedobrze.

Można też mechanikę strachu przed podróżowaniem rozłożyć na prostsze części, można dać prostszą egzegezę. Wielkodusznie pomijam miniony system i preferowane przezeń za- mknięcie przestrzeni. Towarzysze preferowali bezruch. Nieruchomość i niezmie

Jeśli nieruchomość systemu wpłynęła i na moją nieruchawość, zostawiam to na boku, nie uskarżam się i nie dociekam, spokojnie mogę zabrać do grobu ewentualnie uczynione mi przez reżim podróżnicze szkody i przestrze

Lecę boeingiem nad Alpami, w kieszeni mam paszport namacalny i banalny jak karta ro- werowa, z okien hotelu „Savoy” patrzę na dachy Genewy, komunizm upadł, zanim zdążyłem się zestarzeć. Gładko oswoiłem się z myślą, że ani w paszporcie w kieszeni, ani w upadku komunizmu, ani w dachach Genewy nie ma nic sensacyjnego. Kiedy wszakże pomyślę, że wystarczą dwa pokolenia, co mówię – dwa, jedno pokolenie wystarczy do tyłu i otwiera się epoka, w której ko

Teraz, kiedy patrzę na jezioro, na genewską fonta

Widzę dźwigi i Alpy nad dachami Genewy, jest duszno, w pokoju huczy klimatyzacja. Moja babcia Maria z Chmielów Czyżowa nie lubiła podróżować. Nie była w Warszawie, nie widziała morza. Bywała za granicą, bo granice same, a to czeska, a to niemiecka, a to au- striacka, raz po raz w tym stuleciu przechodziły przez próg albo tuż za progiem domu. Moja babcia Czyżowa czytała Biblię i atlas geograficzny. Pilnie oglądała wizerunki obcych miast, które Andrzej Wantuła przysyłał z całej ziemi.

Podnoszę słuchawkę, wybieram kierunkowy, wystukuję tamten stary numer: 27 – 56. Mu- szę jej powiedzieć, że tu jestem. Muszę jej powiedzieć, że widziałem wszystko, co było na pocztówkach: zegar, fonta