Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 13 из 44

Futbol funebre

Czasem mi się zdaje, że piłka nożna umarła, sczezła, przestała istnieć. Wydaje mi się, że zlikwidowano i zamknięto wszystkie stadiony świata, zaorano boiska (oracz przez pole karne za pługiem idzie, skowronek nad nim dzwoni), rozwiązano wszystkie ligi, buty zawieszono na kołkach. Ludzkość nagle, z dnia na dzień, jakby rażona jakimś antyfutbolowym gromem albo jakby zarażona jakimś uodporniającym na futbol bakcylem, przestała grać i przestała intere- sować się piłką nożną. Biała azjatycka trawa zarosła bramki i trybuny honorowe.

Sny też miewam koszmarne, często krzyczę w nocy, śni mi się, że siedzę na ławce rezer- wowych, jestem już gotowy, jestem już rozgrzany, jestem już ubrany, mam na sobie koszulkę w biało-czerwone pasy i czarne szarawary, i ochraniacze na goleniach i kolanach, i zaraz mam wejść na boisko i zgodnie ze swymi umiejętnościami rozstrzygnąć losy meczu, trener o twarzy Krzysztofa Kozłowskiego pochyla się nade mną i mówi: – Jerzy, teraz ty. – I ja pod- noszę się z ławki rezerwowych i gotów jestem jak wściekłe zwierzę wtargnąć na murawę, ale nie mogę, nogi mam jak z waty, nogi mam spętane. I boisko nagle, ni stąd, ni zowąd, faluje niczym wzburzone morze, prowadzę piłkę pomiędzy ruinami skrytymi w trawie, składam się do strzału i – całkiem jak na jawie – nic mi nie wychodzi.

Gazety podają wyniki meczów, drukują tabele, na ekranie telewizora widać pły

Niczego, niczego, niczego za Gomułki nie było, ale trawa była i trawa istniała. Inaczej i bardziej swojsko to powiem: jak za tego Gomułki było, tak było, ale mówcie, co chcecie, tra- wa na krakowskich Błoniach była jak się patrzy. Gdyby ją w kwadraty uczesać i przystrzyc, na Błoniach byłoby jak na Wembley albo na San Siro, albo nawet jak na Maracanie. W nędz- nych gomułkowskich trampkach wstępowaliśmy na intensywną i sprężystą murawę i nasze niepodległe strzały i dryblingi, i piłkę uniwersalną ocalały przed czeluścią nicości. A jeśli grał z nami pewien starszy pan w moim wieku, popularnie zwany Dziadkiem, to jego prawdziwie brazylijskie kunszta ocalały przed nicością wszystko: i wyszarzały peerelowski podkoszulek, i podwinięte do kolan spodnie w pepitkę z elanobawełny, i tekturowe półbuty, które ostrożnie, by ich na uszczerbek nie narazić, ustawiał za bramką (Dziadek grał boso jak Leonidas albo jak Garincha).

Jeśli wszakże tamta trawa, na której myśmy grali, na której Dziadek swą grą przysparzał piękna byle jakim sprzętom, otóż jeśli tamta trawa też była niepodległa, to należy postawić – być może fałszywe i okrutne – pytanie, dlaczego dziś jej nie ma? Patrzę na Błonia zarosłe siecią zdrewniałych kłączy, bezbarwnych ziół ostrych jak blacha, patrzę na Błonia, co są dziś jak powierzchnia psiej gwiazdy (udręczone dusze dawnych futbolistów polatują nad nią), i sam się sobie nie dziwię, że śmierć piłki nożnej przychodzi mi do głowy. Na wszelki wypa- dek podkreślam też z mocą, że ja nie umieram i śmierci własnej i stygnących zmysłów piłce nożnej nie wmawiam ani nie narzucam. Nie. We mnie jest dalej wola dopingu, wola podziwu, a nawet wola gry. Ale piłka nożna umarła i Błonia zarosły białą azjatycką trawą. Na ekranie telewizora sony Niemcy nieustępliwie walczą z Brazylijczykami o każdą piłkę. Zawsze je- stem za Niemcami, ale jak grają z Brazylią, jestem za Brazylią. W dwudziestej szóstej minu- cie po miękkim dośrodkowaniu z rzutu rożnego Cesar Sampaio zdobywa bramkę niepoczy- talnym uderzeniem głowy. Jest piłka nożna. Ale jest ona już nie z tego, nie z mojego świata.