Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 99 из 127

Grzyby

Sierpień zaczął się grzybami, czyli było tak, jak powi

Pierwszy grzyb znalazłam przez przypadek, rósł tuż przy ścieżce do domu Marty. Mały czerwony kozak, wyglądał jak zapałka, a nad nim niebo jak draska. Mógł być zapowiedzią pożarów, które spalą trawy, rozgrzeją niebo, aż stanie się pomarańczowe.

Rano nie myślałam o niczym i

Pomimo wilgoci nie było na łąkach kani, a przecież nadszedł już ich czas. Każdy sierpień, gdy przychodzi, zaczyna się od białych kapeluszy na skraju lasów.

Kania jest grzybem, który nie zna młodości. Jest stara już wtedy, gdy wychodzi z ziemi w postaci białego kołpaczka. Ma leciwe ciało, ciało staruszki; przypomina mi Martę. Chuda żylasta noga trzyma nad ziemią delikatny kapelusz, który przy dotknięciu wydaje się zawsze trochę ciepły. Trzeba uklęknąć i powąchać ją zanim z trzaskiem złamie się tę kruchą nogę i zabierze do domu. Wszyscy wiedzą jak przyrządza się kanię – trzeba namoczyć ją w mleku, a potem obtaczać w jajku i tartej bułce i smażyć, aż stanie się podobna do kotleta. I wtedy trzeba ją zjeść. Tak samo można zrobić muchomor szyszkowaty, który pachnie orzechami. Ale ludzie nie zbierają muchomorów. Dzielą grzyby na trujące i jadalne, przewodniki roztrząsają cechy, które pozwalają odróżnić jedne od drugich. Grzyby dobre i grzyby złe. Żadna książka o grzybach nie dzieli ich na piękne i brzydkie, na pachnące i cuchnące, na miłe w dotyku i niemiłe, na skłaniające do grzechu i na te, które rozgrzeszają. Ludzie widzą to, co chcą widzieć, i w końcu mają to, czego chcieli.

Jasne, lecz fałszywe podziały. Tymczasem w świecie grzybów nic nie jest na pewno.

Od sierpnia prawie codzie

A ja jadłam wszystkie grzyby. Gdy znalazłam coś, czego nie znałam, ułamywałam kawałek i kładłam na język. Nawilżałam śliną rozcierałam językiem o podniebienie, smakowałam i połykałam. I nigdy nie umarłam, nigdy nie zdarzyło mi się umierać od grzyba. Może z powodu i

Tak nauczyłam się jeść gołąbki grynszpanowe, których nikt nie zbiera i od których w lesie robi się w sierpniu żółto. Tak nauczyłam się jeść piestrzycę, o kształtach wystarczająco egzotycznych, że mogłaby służyć architektom jako przykład konstrukcji doskonałej. I muchomory, cudne amanity – smażyłam ich kapelusze i posypywałam pietruszką. Były zbyt smaczne, żeby mogły być trujące. Czekałam całą noc, nawet dwie, trzy noce, bo objawy zatrucia mogły nastąpić bardzo późno. Nad ranem patrzyłam w jaśniejszą plamę okna z krzyżem pośrodku. Na stole leżał kluczyk od samochodu. Grzyb nie chciał mnie zabić. R. mówił spokojnie, że gdyby pojawiły się objawy zatrucia, byłoby już z pewnością za późno. Na darmo płukaliby mi żołądek, dawali kroplówki -jad byłby i tak już we krwi.

– Dlaczego coś miałoby chcieć mojej śmierci? – pytałam go. – Czy jestem aż tak ważna, żeby cokolwiek chciało mnie zabić?

Gdy byłam mała, najadłam się młodych purchawek. Wydały mi się tak piękne, tak doskonałe w chaosie traw.

Łykałam je wzruszona, wciąż pamiętam ich pudrowy smak. Przyniosłam ich trochę do domu i mama kazała mi je wyrzucić. Nie powiedziałam, że noszę je w brzuchu. Odtąd jadam je podsmażone na maśle i posypane cukrem.

Pierwsze znalezione purchawki zaniosłam Marcie. Zrobiłyśmy z nich od razu słodki deser i zjadłyśmy je wszystkie.

Słodki deser z purchawek młode białe purchawki

masło do smażenia

cukier puder

Pokroić purchawki w plasterki grubości monety. Nie trzeba grzybów obierać ze skórki, wystarczyć zetrzeć z nich ostre brodawki. Na patelni rozgrzać masło i smażyć purchawki na złoty kolor. Podawać do herbaty, posypane cukrem pudrem.