Страница 71 из 127
Na lato 1993 roku przewidział potop. Stopią się nagle lody na północy i woda w oceanach podniesie się. Holandia zniknie pod wodą. To samo stanie się z Żuławami. Może nawet być jeszcze gorzej – na powierzchni zostaną tylko pogórza i góry. Nowa Ruda ocaleje, jako że leży wyżej. Potem wybuchnie wojna na Bliskim Wschodzie, która wciągu roku zamieni się w wojnę światową. Przez podmokłe niziny będą znowu ciągnąć wojska. Katedra we Wrocławiu stanie się meczetem. Potem, na początku 1994, niebo będzie ciemne przez kilka dni od wybuchów nuklearnych. Ludzie zaczną chorować. Chwała Bogu, że nic nie stanie się Nowej Rudzie.
Lew wydał sobie sam tę książkę za pieniądze z jasnowidzenia w 1990 roku, kiedy nie było już przydziałów na papier. Trzy lata czekał na pierwsze przejawy końca świata, ale one nie nadeszły, pomimo pustych słoików i chleba zjadanego do wyschniętej piętki. Lato dziewięćdziesiątego trzeciego było upalne i te straszne upały brał za początek końca, ale skończyły się o czasie, dzieci poszły do szkoły, ludzie piekli placki ze śliwkami, zbierali z pól ziemniaki. W kuchni Lwu popsuł się piecyk gazowy i ponieważ zrobiło się zimno, a on potrzebował przecież ciepłej wody, musiał go naprawić. Grzebiąc w dyszach junkersa miał przenikliwe jak ziąb uczucie daremności. Gdy kończy się świat, wszelka aktywność staje się chorobą. Dla Lwa świat jednak skończył się czternastego listopada 1993 roku, w czasie wielkiej koniunkcji Urana i Neptuna w osiemnastym stopniu Koziorożca. Zrozumiał to którejś nocy, gdy siedział w wa
Gdy siedział w wa
Od ryku rur lekko drżały ściany. Szczęka Lwa zaczęła dygotać i w końcu usłyszał swoje własne szczękanie zębami. Ale to nie był strach. Jedno uczucie, jakie miał – to rozczarowanie. Najpierw maleńkie, jak wtedy, gdy pod choinkę mama, zamiast upragnionego konia na biegunach, kupiła mu piżamę, potem coraz większe i wreszcie nieznośne. Tak ma to wyglądać? Ciemność i ryczenie rur w ścianach?
Człowiek, który przewidział koniec świata, no, może tylko pomylił się co do dokładnej daty, był w gruncie rzeczy optymistą. Chciał być świadkiem wszystkiego, jakby sam to wywołał, i nawet już mu się przypomniała pewna rzadka koniunkcja, i Neptun i Uran, jak ocierają się o siebie ze zgrzytem, jak szczękają ich rozczapierzone energie.
Jedyne, czego teraz zapragnął, to spojrzeć na niebo, czy już gasło, czy już zwijały się orbity planet, czy zderzały się rozpędzone galaktyki i apokaliptyczny kurz tężał w zero stopni Kelwina. Zacisnął rozedrgane szczęki i podniósł się z wystygłej wody.
Wtedy, w jednym, najbardziej niezrozumiałym momencie życia Lwa, naga żarówka rozbłysła, kran zacharczał i bluznął wrzątkiem, a z pokoju doleciał go głos telewizora, jakby to właśnie telewizor ze swoim milionem twarzy był jedynym zmartwychwstałym bytem. Lew, zaskoczony tym nieprzewidzianym obrotem sprawy, znieruchomiał z nogą na krawędzi wa
Lew wyszedł z wa
Z jakichś względów ludzie nie potrafią wyobrażać sobie końców, nie tylko końców rzeczy wielkich, ale nawet najmniejszych. Może samo wyobrażanie sobie czegokolwiek wyczerpuje jakoś rzeczywistość; może ona nie chce być wyobrażana w głowach ludzi, może chce być wolna, jak zbuntowany nastolatek, i to właśnie dlatego zawsze jest inaczej, niż można to było sobie wyobrazić.
Od następnego dnia Lew zaczął żyć w świecie, który już nie istniał, który cały był złudzeniem, snem z rozpędu, przyzwyczajeniem zmysłów.
I wcale nie było to trudne; było łatwiejsze niż tamto życie, na poważnie. Teraz wychodził w miasto jak w mgłę, jak w dekoracje. Robił miny do ludzi, śmiał się, kiedy patrzyli na niego zdziwieni. I pozwalał sobie nawet zwinąć coś w delikatesach, ale niewiele, drobne rzeczy, bo potem czułby się jakoś nieswojo. Przestał dbać o ubrania. Pamiętał tylko, żeby nie zmarznąć. Wkładał dwa różne buty, a kiedy niechcący oblał jesionkę olejem, zamienił ją na koc; wyciął w nim dziurę i nosił jak poncho. Ponieważ wyrzucił w kąt swoje efemerydy i i
Patrzył też w niebo. Budziło w nim tęsknotę. Wyglądało codzie
Lew szedł spać i śniło mu się, że nie śpi, tylko chodzi po miasteczku, ściąga ze straganów owoce, obserwuje rzeczkę.
Czasem robił tak: wkładał palec w mur i grzebał w jego ciepłym, zetlałym wnętrzu. Kamień ustępował pod opuszką palca, kruszył się, cofał przed dotknięciem. Zostawała dziura, która nie mogła się już zrosnąć. Kiedyś widział, jak zwiądł jeden dom na rzeką. Wyglądało na to, że usechł, stał się kruchy i bezbro
W takich chwilach smutnego zdziwienia zastanawiał się nad sobą – czy jest, czy go nie ma. Dotykał się po rękach i twarzy, ale nie mógł się przemóc, żeby dotknąć swojego brzucha. Bał się, że i tam pokuszony palec zacznie wiercić dziurę i tym samym Lew siebie przebije na wylot i już nie będzie mógł się zrosnąć, zostanie z tą dziurą.
Spotykał jeszcze ludzi, których twarze wydawały mu się znajome. Ale coraz rzadziej. Sprzedawczynię z warzywniaka zastąpiła jakaś nowa, niewyraźna twarz, bardziej podobna do kalafiora niż do człowieka. Nie widywał też dyrektora liceum, sąsiada z pierwszego piętra. Teraz miał wrażenie, że w jego dużym mieszkaniu mieszkał ktoś i
Te znajome twarze to były: kobieta, o której myślał, że już dawno umarła, znał ją bowiem chyba od wojny, i młody człowiek z włosami do ramion, prowincjonalny hipis – widział go prawie każdego ranka na moście, przy zwietrzałej figurze świętego Nepomucena; przechodził przez most i spluwał do rzeki. Może szedł do pracy, bo chyba były gdzieś jakieś prace. Na przykład Lew słyszał, jak huczy za górą Blachobyt, a w niektóre noce biła stamtąd łuna brudnego żółtego światła.