Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 67 из 127

Deszcz

Na moje imieniny zaczęło padać, więc przenieśliśmy krzesła do sieni, żeby przeczekać, aż deszcz przejdzie. Ale on się nie kończył; leciał z nieba sznureczkami, które przesłaniały horyzont. To nie były krople, ale strużki. Sień powoli zamakała, nawet nie wiem dlaczego, może woda sączyła się przez ściany. Może to wina suk – pieczętowały podłogę pięciopłatkowymi znakami swoich stóp. Na zewnątrz cicho mokło siano; cieszyły się pomrowiki; w ich podziemnym, podlistnym świecie trwały przygotowania do fety. Święto Wilgoci.

Jakieś dwa kilometry w stronę Nowej Rudy stoi dziwny dom, ale to nie on jest dziwny, lecz jego położenie. Stoi w wąskiej dolinie między zalesionymi na ciemnozielono szczytami. Stoi tak nisko jak żaden dom w okolicy, właściwie nie widać go znikąd, może tylko z samych szczytów. Strumień obmywa go z dwóch stron, liże jego mokre ściany. R. stojąc w drzwiach i patrząc na deszcz, zaczął więc opowiadać, że mieszka w nim rodzina Pomrowików: ojciec potężny i brązowy, trochę drobniejsza matka i dwoje dzieci. Wieczorami siedzą w milczeniu przy stole, w mroku, bez światła, bo wilgoć nie pozwala działać elektryczności. Ich błyszcząca ciemna skóra odbija tylko słabe refleksy pociemniałego dnia. Nocą cała rodzina kładzie się spać na podłodze w kącie. Cztery sklejone ze sobą ciała, które delikatnie pulsują w rytm ślimakowatych oddechów. Rano ruszają w bujną mokrą zieleń i zostawiają na niej swoje śluzowate ślady. Znoszą pod dach nadgniłe poziomki i truskawki pokryte bladym nalotem pleśni. Żują je w milczeniu. Woda w rozmokłych konwiach przesącza się na podłogi i pokrywa je błyszczącym lakierem.

Nikogo nie bawiła ta opowieść. Otworzyliśmy jasne komputerowe światy i zniknęliśmy w nich na cały wieczór. Nasze twarze oświetlone sztucznym słońcem ekranu stały się upiornie blade. Potem wyłączyli prąd i cały wieczór stawialiśmy pasjanse: czy przestanie padać. Nie przestanie. Nie przestanie. Przez okno widziałam dom Marty; przelewały się przez niego strugi deszczu. Może po nią pójdę, myślałam, bo co ona tam może robić sama w ciemnościach. Pewnie otworzyła swój kuferek z perukami i teraz tka te martwe nakrycia głowy, niepotrzebne nikomu. Splata kosmyki włosów obcych kobiet, które albo już umarły, albo żyją teraz gdzieś na końcach świata, podróżują starzeją się w domach starców ze swoją młodością zaschniętą w nich jak strup.

Kiedy wkładałam gumowce, zobaczyłam, że woda przelewała się już ze stawu w tym samym miejscu, które tak pieczołowicie R. wiosną zabudował. Lała się górą przez betonowe stawidła, sięgała pod sam pomost. Była zmącona i czerwona, gęsta i lepka. Nie szemrała już znajomo, ale buczała, jakby zbierała się do krzyku. R. w żółtych gumowcach i żółtym sztormiaku wyglądał jak duch. Widziałam, jak bezradnie biega po wale. Widziałam jego ryby w ciemnoczerwonych spienionych odmętach z niepokojem gotujące się na śmierć. Delikatne, mieszczańskie i powolne karpie, zawsze takie leniwe, teraz sunęły przy zbełtanej powierzchni, zdziwione kłapały pyszczkami, z których nie dobywał się żaden dźwięk. A między nimi pstrągi podniecone nagłą obietnicą podróży do Nysy Kłodzkiej, do Odry, do morza.

– Wiedziałam, co będziesz robić – powiedziałam, gdy weszłam.

Marta siedziała przy stole i rozkładała na nim swoje zbiory. Odwijała z gazet pasma włosów, czesała je palcami. Potem zaczęła nawijać nici na pletnię. Zdjęłam gumowce i kurtkę, spłynęła z nich kałuża wody.

– Nie pamiętam takiej wody – odezwała się Marta. – Albo coś jest nie tak z moją pamięcią. – Uśmiechnęła się do mnie. – Chcę ci zrobić prezent na imieniny. Zrobię ci perukę. Z prawdziwych włosów, na jedwabiu, specjalnie na twoją głowę.

Wzięła ze stołu pęk jasnych włosów i przyłożyła mi do twarzy, nie spodobało się jej, bo wzięła i