Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 57 из 127

Franz Frost

Franz Frost lubił chodzić do kościoła ze specjalnego powodu. Mieli z żoną swoje miejsca – on z prawej strony, z i

Był w kościele jeden obraz, od którego nie mógł oderwać wzroku, chociaż go znał na pamięć. Przedstawiał Matkę Boską a wokół niej jakichś świętych. Jeden z nich trzymał na talerzu swoją obciętą głowę. Najważniejsze było jednak, że ten obraz był okrągły i cudownie zdobiona rama zataczała na ścianie nieprawdopodobnie doskonały okrąg. Franz wyobrażał sobie podniecony, jakiego drewna trzeba było użyć, żeby wykonać coś tak pięknego. Po mszy podchodził często do obrazu i badał słoje drewna w ramie. Nie składała się z kawałków, jak się na początku spodziewał, jak podpowiadał mu jego zdrowy rozsądek i doświadczenie. Zrobiono ją z jednego kawałka drewna i tylko na dole połączono oba końce w dość byle jaki, trzeba przyznać, sposób, zwykłą blaszką. Był pewien, że do wykonania ramy użyto drewna specjalnie przygotowanego, że naginano młodą gałąź tak, żeby rosła po okręgu, może wiązano ją drutami, przyginano do ziemi, rozmyślnie prowadzono jej wzrost w przestrzeni, w której tkwiło niewidzialne koło. Drzewo, które wydało na świat taką gałąź dziwactwo musiało się wstydzić i

Gdzieś na początku trzydziestych lat Franz Frost poczuł, że coś jest nie tak. Wychodził na górę pomiędzy dwiema wsiami i wąchał wiatr, przyglądał się źdźbłom trawy, rozcierał w palcach ziemię. To, co zauważył, czuł już przedtem – nic nie było takie samo. Trawa wydawała się ostrzejsza, cięła palce przy nieuważnym ruchu, ziemia nabrała ciemniejszego odcienia, była bardziej czerwona niż kiedykolwiek przedtem. Miał też wrażenie, że wydłużyły się ścieżki wśród łąk i szło się teraz do domu dłużej. Spóźniał się przez to na obiad. I ziemniaki nie smakowały normalnie; nawet młode, świeżo wykopane z ziemi miały posmak wilgoci i mchu, jakby długo leżały w piwnicy. Twarze ludzi zamazały się, i gdy szedł w niedzielę do kościoła, wydawało mu się, że patrzy na chodzące, nieostre fotografie. Zwierzył się żonie, a ona powiedziała, że może to oczy. Kurza ślepota albo coś podobnego. Nawet nie przyszło mu to do głowy. Przemyślał sprawę i doszedł do wniosku, że to nie oczy. Zmieniły się przecież tkaniny w dotyku, zmienił się smak potraw, zapach drewna. Noże jakby inaczej kroiły chleb, inaczej brzęczały owady. To nie były oczy ani żaden ze zmysłów Franza Frosta, zmiana była na zewnątrz, lecz ludzie tego nie wiedzieli. Sami brali udział w tej przemianie, a nie wiedzieli o niej. Kobiety zmieniły stroje. Ich ramiona wyglądały teraz potężniej, usztywnione od środka specjalnymi poduszeczkami, ich spódnice stały się krótsze, łydki wyglądały przez to bardziej kanciasto. Nawet chleb pieczony w formach miał ostrzejsze krawędzie, jakby chciał zranić język do krwi. Niepokoił się tym, bo właśnie zwoził kamień na nowy dom (kamień też był i

Wysłuchał w radiu, że jakiś astronom odkrył nową planetę, i odtąd ta myśl nie dawała mu spokoju. Myślał o niej cały czas – że krąży gdzieś daleko w pustej przestrzeni, mała i lodowata, zapewne także kanciasta. Skoro jej przedtem nie było, a teraz jest, to znaczy, że zmienia się nawet to, co powi

Chcieli mieć dziecko, ale brzuch żony Franza Frosta wciąż pozostawał pusty. Mówił jej, żeby się nie martwiła, bo jak się zbuduje dom, to dziecko samo przyjdzie. Ale gdy zostawał sam, miał czarne myśli.

Męczyło go istnienie tej planety, choć nawet nie pamiętał, jak się nazywała. Cały dzień pracował – ciosał krokwie na dach, gładził je palcem, a one wciąż były szorstkie i raniły skórę. Cegły, może źle wypalone, kruszyły się i obsypywały na nowe podłogi. Woda płynęła z gór przez dom i nie pomagały ceramiczne dreny.

Ale wierzył mimo wszystko, że ciężką pracą i zmyślnością można sobie poradzić ze wszystkim. Zostawiał więc krokwie nie dociosane, ściany tynkował grubo, a ich sąsiadka, perukarka, poradziła mu, żeby dał sobie spokój z drenami i puścił wodę przez dom, niech płynie każdej wiosny przez piwnice, niech spływa po kamie

I tak robił. Ale cały czas myślał o tej planecie. Co to za świat, w którym zawsze może pojawić się nowe ciało niebieskie. Czy jak czegoś się nie wie, to to nie istnieje? Czy jak się o czymś człowiek dowie, czy to go zmieni? Czy planeta zmieni świat?

Gdy krył dach cementową dachówką zaczęły się jego złe sny. Śniło mu się strasznie. Dolina była i

I tak to trwało nawet wtedy, gdy jego żona zaszła wreszcie w ciążę i kilka razy wstawała po nocy, żeby się załatwić. Budziło go to jej szuranie kapciami po nowych, pachnących świerkowych podłogach, a potem zapadał w sen i cały czas śnił to samo. A w dniu, kiedy urodził im się syn, miał jeszcze straszniejszy sen: na stole leżą czerwone muchomory. Jego żona smaży je na wielkiej patelni i wkłada w bezbro

Długo się tak męczył, bał się wieczora i każdej nocy. Żył połową siebie z powodu tych snów.

„Słyszał ksiądz o tej nowej planecie?”, zapytał proboszcza, który przyjeżdżał co niedzielę z Kónigswaldu odprawiać mszę.

Ksiądz nie wiedział.

„A skąd wy wiecie takie rzeczy, Frost?”, zapytał zaciekawiony.

„Z radia”.

„A którego to radia słuchacie?”

Franz Frost słuchał, jak wszyscy we wsi, radia wiedeńskiego.

„Nie słuchajcie tego radia, oni tam zmyślają. Słuchajcie radia z Berlina”.

„Ale pogoda sprawdza się z radia wiedeńskiego”.

„Chyba że tak”, odpowiedział ksiądz.

Gdy już miał odejść, Franz wziął się na odwagę i powiedział:

„Mam nie swoje sny. Nie dają mi żyć”.

Ksiądz z Kónigswaldu popatrzył gdzieś na czubek jego głowy i odrzekł:

„A czy sny mogą być swoje?”

Tak więc żadnej pomocy nie uzyskał Franz Frost od księdza. Tak mu się właśnie wydawało, że myślą całkiem inaczej, pomimo tego samego kościoła, tych samych w nim obrazów, na których spoczywał ich wzrok, tej samej okrągłej ramy z Matką Boską i świętymi wokół.