Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 42 из 57

– Matko Boska! I co?

– Chłopak jest w porządku, studiuje i pracuje, zarabia nawet jakieś tam pieniądze, ale co to za pieniądze. Co ja ci będę opowiadać. Trzeba amanta stuknąć na duży aliment. Żeby młodzi mieli na mieszkanie.

– A amant, oczywiście, niezainteresowany.

– W najmniejszym stopniu. Zamierzam iść do niego i trochę go postraszyć.

– Będziesz go szantażować! – ucieszyła się Terenia.

– Tylko odrobinę. Nie mogę iść do niego jako ja, bo on mnie może rozpoznać, kiedyś robiłam z nim wywiad.

– I tak by cię rozpoznał. Masz znaną twarz.

– Znaną czy nie, nie chcę ryzykować. Pomożesz mi?

– Już powiedziałam, że tak. Kim chcesz być?

– Leciwą arystokratką. Myślałam, żeby być matką tej mojej panienki, ale chyba lepsza będzie babka. Jędzowata, żeby się wystraszył. Parszywy charakterek ma mi wypełzać na oblicze.

– Pomyślę. Kiedy?

– W piątek.

– Będę potrzebowała dwóch godzin, weź to pod uwagę.

– Mogę przyjść o dziewiątej?

– Nie bardzo. Jedenasta?

– To już wolę po południu. Nie chciałabym się natknąć na jakichś klientów w nadmiarze. Po południu pewnie ich nie będzie miał, a wiem, że będzie uchwytny do wieczora.

– Dobrze. Przyjdź o trzeciej. Przerobimy cię na cacy, a potem przeszwarcuję cię prosto do windy i do garażu. Ubranko stosowne będziesz miała?

– Coś wykombinuję.

Pożegnały się obie z błyszczącymi oczami. Następną osobą, do której Eulalia się zwróciła, tym razem telefonicznie, była Anka Juraszówna w teatrze. Jej też opowiedziała skróconą, acz rzewną love story. Anka była zachwycona, podobnie jak Terenia.

– Przypuszczam, że kostium ciotki Augusty z „Brata marnotrawnego” byłby jednak zbyt staroświecki – chichotała do słuchawki. – A może jednak? Bo on ma taki cudny kapelutek…

– Anka, ty się nie wygłupiaj – skarciła przyjaciółkę Eulalia. – On ma myśleć, że to wszystko prawda! Ja mam być tylko deczko staroświecka, a nie zaraz dziewiętnasty wiek. Rozumiesz: arystokratyczna dezynwoltura. Nie dbam o powierzchowność, bo i tak jestem sobie księżna pani.

– Dobrze, dobrze. Jak księżna, to i tak musisz mieć kapelusz. Może nie akurat z „Brata marnotrawnego”… Czekaj, coś mi chodzi po głowie…

– Wiem, co ci chodzi! Jak robiliście Witkacego w zeszłym roku, to któraś z tych strasznych bab miała taki kostium granatowy, z kapeluszem.

– Miała! Halucyna Bleichertowa! O niej myślałam! Tylko bluzkę sobie jakąś znajdź sama, bo tamta miała takie straszne falbany. A kostium będzie w sam raz.

– Załatwisz mi wypożyczenie?

– Z prawdziwą przyjemnością. Ale pod warunkiem, że mi opowiesz, jak było!

– Ma się rozumieć. A jak tam wasza Pippi Langstrumpf?

– Był casting, ale Boner nikogo nie wybrał. Zarządził dogrywkę. Ty, muszę kończyć. Trzymaj się. Już idę, dyrektorze…

Wracając do domu, Eulalia wstąpiła do sklepu i nabyła kilka dużych paczek z różnymi kawałkami mięsa przyprawionymi do pieczenia na grillu. Dołożyła do tego trzy butelki czerwonego wina Sofia Merlot (kiedyś jej się spodobało, a kosztowało niecałe siedem złotych za butelkę) i postanowiła zrobić trzyosobowe przyjątko w krzakach. Dla siebie, Poli i Roberta. Jeżeli reszta – zwłaszcza ojciec – będzie miała chęć, niech się dołączy. Ale obowiązku nie ma. Młodym natomiast przyda się jakaś rozrywka, ostatnio Paulina bała się prawie schodzić na parter, Robert zaś często bywał nieobecny z racji jakichś tajemniczych zajęć zarobkowych, którym się z zapałem oddawał. Wracał zmęczony i, jak twierdził, na pół ślepy od patrzenia w komputer. No więc teraz dla odmiany niech popatrzy na zielone. Oraz na czerwone, ponieważ jako mężczyzna będzie miał za zadanie rozpalić grill.

Robert chętnie podjął się pełnienia roli strażnika ognia, a Paulina z błyskiem w oku (musiała się strasznie nudzić na tej górce) objęła na całe dziesięć minut kuchnię w posiadanie, estetycznie ułożyła mięso na dużej drewnianej tacy, do miski wyłożyła jakieś rośliny ze swoich własnych tajnych zapasów, trzymanych w foliowej torbie z Reala, wreszcie pokroiła chleb i sery i zrobiła z nich artystyczną piramidkę na desce.

– Wie pani, tak naprawdę to ja się dopiero od niedawna dobrze czuję – wyznała, umieszczając cały ten zapas na ogrodowym stole. – Wreszcie minęły mi mdłości i takie różne zawroty głowy. Chyba zacznę znowu żyć jak człowiek.

– A byłaś u lekarza z tymi zawrotami? – zatroszczyła się Eulalia, myśląc jednocześnie, że łaska boska, iż to nie Sławkę trafiło. I miejmy nadzieję, jeszcze długo nie trafi. Niech postudiuje najpierw. Boże, Kuba też. Jak najdalej od wielkiej miłości!

– Byłam, oczywiście, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Po prostu tak to przechodziłam, te pierwsze miesiące.

– A teraz który jest?

– Czwarty.

– Czy mogę służyć paniom winem? Pola, ty chyba z wodą…

– Nie lubię z wodą. Daj mi bardzo mało, ale niech czuję, co piję. Pół kieliszka.

– Z waszymi rodzicami nic się nie zmieniło?

Robert zachmurzył się widocznie, a Paulinie stanęły łzy w oczach. Pokręcili zgodnie głowami.

– Rozumiem. Biorą was na przetrzymanie – westchnęła Eulalia. Co za rodzice, bez sensu zupełnie. I co za pech, że oba komplety takie bezsensowne. Czego oni się spodziewają? Że Pola odda dziecko do adopcji? Że Robert zostawi dziewczynę w trudnej sytuacji? Znała takich ludzi. Westchnęła raz jeszcze. – To skrzydełko będzie już dobre. Daj mi je, Robercie, bo głodna jestem jak wilk, nie jadłam żadnego obiadu.

– A co to, garden party? Nie przewidziałaś naszego udziału?

Piękna Helena w pełnym makijażu i eleganckiej kremowej sukni objawiła się nagle na ścieżce, potrząsając złocistymi (ostatnio) lokami sięgającymi jej łopatek i stanowiąc rażący kontrast ze szwagierką, która już zmyła makijaż (poniekąd musiała, bo przez zapomnienie wpakowała sobie pięści do oczu i potarła), oraz z Pauliną, która się w ogóle nie umalowała i była dosyć blada.

– Ależ zapraszamy – powiedziała Eulalia z nieco wymuszonym uśmiechem. – Tak sobie kameralnie świętujemy urodziny Roberta.

Paulina byłaby wyrwała się z niewczesną pretensją do Beżowego, że nie powiadomił jej o tak ważnej okazji, ale on, przytomniejszy, objął ją w tym momencie czule, jednocześnie delikatnie kopiąc w kostkę. Zmilczała w ostatniej chwili.

– Panie Robercie, ależ wszystkiego najlepszego! – Helena zaszczyciła solenizanta anemicznym uściskiem wymanicurowanej stara

Gbur na swoim ganku robił dziwne rzeczy. Najpierw spokojnie na ten ganek wyszedł, rozejrzał się z wolna po okolicy, nagle zatrzymał w połowie obrotowy ruch głowy, jakby napotkał niespodziewaną przeszkodę, i pły

– Panie Januszu! Nie słyszy mnie? Niemożliwe. Panie Januszu, wołam pana!

Gbur najwyraźniej ogłuchł. Gibnął się jeszcze niezdecydowanie w progu, ale jednak podjął decyzję i zniknął za drzwiami. Helena nie była z tych, co rezygnują.

– Poszedł. Jednak nie słyszał, że go wołam. W takim razie sama go odwiedzę, muszę go o coś poprosić, pewnych rzeczy kobieta nie powi

Uczestnicy bankietu niespodziewanie urodzinowego patrzyli z zapartym tchem, jak piękna Helena oddala się, swobodnie wchodzi przez furtkę do ogrodu gbura, krokiem gazeli wbiega na ganek, dzwoni do uchylonych drzwi i po chwili znika za nimi.

– No to mamy jakieś dwadzieścia minut na spokojne zjedzenie kolacji – wypuściła powietrze Eulalia. – Potem ona przyjdzie i będzie nam opowiadać, do czego zamierza użyć naszego sąsiada.

– Ja się jej trochę boję – przyznała się Paulina, biorąc z miski kawałek papryki. – Robi, daj mi, proszę, tamto przypieczone udko.

– Ja się jej nie boję, tylko ona mnie do szału doprowadza – objawiła swoje uczucia Eulalia. – Niestety, jest żoną mojego brata, a ja mam wyrzuty sumienia, bo go namówiłam, żeby dał nogę za granicę, on to zrobił z rozkoszą, a teraz nie wraca i to dziecko tak rośnie, pozbawione jedynego rozsądnego członka rodziny. Chociaż… ojciec też jest rozsądny, tylko spacyfikowany.

– Pan Klemens jest świetny – powiedział niespodziewanie Robert. – Czasami grywamy sobie w szachy i rozmawiamy…

– W szachy? – Eulalia była zdumiona, bo nigdy nie widziała ich razem. – Rozmawiacie? W tym domu? I ja o tym nic nie wiem?

Robert zaśmiał się, pochylony nad grillem.

– Bo my to robimy wczesnymi rankami, kiedy wy jeszcze śpicie. Czy mogę pani służyć łakociem? Bardzo ładnie się przyrumienił ten kawałek.

Eulalia chętnie przyjęła kolejne skrzydełko i przez chwilę wszyscy troje zajmowali się głównie jedzeniem. Niestety, beztroska atmosfera przyjęcia została skażona świadomością, że w każdej chwili Helena może wrócić od sąsiada i zechcieć bawić ich wytworną konwersacją.

Ale po dobrej godzinie, kiedy już wszystko zjedli i wypili dwie butelki merlota (oczywiście to ostatnie głównie Eulalia i Robert, przy minimalnym udziale Pauliny), Helenki jeszcze nie było. Nie chciało im się dłużej siedzieć, bo wieczór stawał się chłodny, posprzątali więc po sobie i poszli do domu. Młodzi, pozmywawszy, uciekli na górę, a Eulalia skryła się w zaciszu swojego gabinetu, gdzie zastała ojca, zagłębionego w jakimś kryminale, ze słuchawkami na uszach. Korzystając z tego, że Balbina zajęta była pomaganiem Marysi w lekcjach (co polegało na tym, że obie oglądały Big Brothera w telewizji), Eulalia namówiła ojca do napoczęcia oraz wykończenia pozostałej butelki wina. W rezultacie, kiedy Helenka wróciła i koniecznie chciała im opowiadać, do czego zobowiązała sąsiada, oboje byli okropnie rozchichotani i nie nadawali się do wytwornej konwersacji.