Страница 11 из 57
Eulalia pierwszy raz usłyszała takie określenie. Spodobało się jej. Jednocześnie doznała pewnego skojarzenia… Może pod wpływem rozmownej wody Stryjek przestanie być taki dyskretny?
– Słuchajcie – zaczęła podstępnie – powiedzcie mi coś o tym waszym koledze, z którym spędziłam pierwszą noc w Bacówce. Co to za facet właściwie? Bo ja odniosłam wrażenie, że straszny z niego gbur.
– Pierwszą noc spędziłaś z nieznajomym facetem? – ucieszył się Warszawiak. – Opowiedz!
– W osobnych pokojach – usadził go Stryjek. – Lala mówi o Jasiu Wiązowskim. Ale wydawało mi się, że się nie polubiliście.
– Januszek Wiązowski gbur? – wtrąciła zdumiona Stryjkowa. – Januszek jest bardzo dobrze wychowanym człowiekiem. w ogóle jest uroczy. Ja go bardzo lubię.
– Wszyscy go bardzo lubimy – dorzuciła Warszawianka. – Zachowywał się wobec ciebie gburowato?
– No właśnie – podjęła Eulalia tonem zmartwionej niewi
– Nie żartuj!
– Nie żartuję. Czynił mi afronty. Już wtedy, kiedy tu byłam z ekipą filmową, no wiecie, z kolegami z telewizji, robiliśmy film o Karkonoszach.
– Ach – powiedziały jednocześnie Warszawianka ze Stryjkowa, a Warszawiak pokiwał domyślnie głową. – Telewizja!
– Co telewizja?
– On ma uraz na punkcie telewizji – wyjaśniła Stryjkowa.
– Program go brzydzi?
– Nie, to znaczy nie wiem, program może też. Ale on ma różne straszne przeżycia z telewizją w tle…
– Nie plotkujcie, baby – fuknął Stryjek.
– Nie plotkujemy – obruszyła się Stryjkowa. – Odpowiadamy Lali na pytania.
– Wiesz, Stryjku – rzekł Warszawiak – ja myślę, że lepiej dla Jasia będzie, jeżeli Lala pozna przyczyny jego fobii, niż żeby myślała, że to prosty burak…
Stryjek nic nie powiedział i zajął się uzupełnianiem szklanek pań, dolewając sok z różowych grejpfrutów.
– Ja ci powiem – wyrwała się Warszawianka. – Nie chcę, żebyś źle myślała o Jasiu, bo to naprawdę miły człowiek i był świetnym ratownikiem, wspinał się, doskonale jeździł na nartach… przed wypadkiem…
– Co, wóz transmisyjny go przejechał? – nie wytrzymała Eulalia.
– Słuchaj po porządku. On miał dwie żony…
– Sinobrody – ucieszyła się Eulalia, której rozmowna woda zaszumiała lekko w głowie.
– Nic podobnego – przejęła narrację Stryjkowa. – Jedną po drugiej, nie obie razem. Najpierw koleżanka ze studiów, myśmy ją nawet poznali, to było strasznie dawno temu, ze dwadzieścia pięć lat? Dobrze mówię? Ona też tu przyjeżdżała, za nim. Byli na ostatnim roku, jak się pobrali. Janusz cały zakochany, ona też. Mieli dziecko, córeczkę. I ta córeczka miała chyba ze cztery lata, jak ta żona Jasiowi uciekła. Z prezenterem telewizyjnym…
– Ach, telewizyjnym…
– Ach, tak. Z reporterem, przepraszam, nie prezenterem. W dodatku ten reporter to był jego najlepszy kolega, przyjaciel ze szkolnej ławki. Janusz jest dżentelmenem, dał jej rozwód, skoro już go nie chciała mieć za męża. Próbował ją przekonywać, że dziecko i w ogóle, ale ona… Krysia… tak, Krysia dostała małpiego rozumu na tle tego dupka z telewizji. I zabrała Jasiowi córeczkę. A potem jej nowy pan został korespondentem bodajże w Bułgarii czy gdzieś tam…
– Nie w Bułgarii, tylko w Nowym Jorku!
– Coś ty, w Nowym Jorku? A, rzeczywiście. Stan woje
– No i jak tak przeżywał – podjęła wątek Warszawianka – to koniecznie chciała go pocieszać młodsza koleżanka tego pana, z którym uciekła jego pierwsza żona. Poznali się właśnie przez niego.
– Dużo młodsza – uzupełniła Stryjkowa.
– Dużo. Janusz mógł mieć wtedy… czekaj, niech się zastanowię… Powiedzmy, że trochę po trzydziestce był, jak Krysia go zostawiła… Już wiem. Ożenił się z nią w osiemdziesiątym piątym roku, to miał trzydzieści pięć lat. Był od niej osiem lat starszy. Ona miała jakieś dwadzieścia siedem. Ta druga, znaczy, Violetta. Popatrz, to on cztery lata był sam, dopiero potem się zdecydował.
– Dobrze liczysz – pochwaliła Stryjkowa. – Ja to nie mam głowy do dat. W każdym razie ze dwa lata miał spokój i znowu był szczęśliwy, jak tu przyjeżdżał. A ona nie lubiła gór i nie przyjeżdżała. Za to w pewnym momencie przestało jej wystarczać to, co miała w tej swojej telewizji, chciała awansować czy tam więcej zarabiać, nie wiem. Dosyć, że życzliwi donieśli Januszowi, co też jego żona robi na wyjazdach służbowych z panem producentem. A może jakimś i
– A co mu się właściwie stało?
– Baby! – zagrzmiał Stryjek.
– Cicho, Stryjku – fuknęła Stryjkowa. – Skończymy, cośmy zaczęły. Wypadek miał, bo kiedyś mu nerwy nie wytrzymały. On jest opanowany z wierzchu, ale w środku! No więc wyobraź ty sobie, pogonił kiedyś za nią do Warszawy. Samochodem. Zdrowie!
– Co, wjechał na coś w tych nerwach?
– Ale gdzie tam. TIR wjechał na niego, bo kierowca przysnął. Dwa lata go zbierali do kupy, potem się rehabilitował kolejne dwa czy trzy, no i teraz jest w całkiem niezłej kondycji. Ale z ratownictwem musiał się pożegnać. To go może najbardziej bolało…
– Więc sama rozumiesz – podsumował opowieść Warszawiak – że na widok telewizji nóż mu się w kieszeni otwiera.
Eulalia przyznała, że rozumie. Ale „zrozumieć” to niekoniecznie to samo co „wybaczyć”…
– Jezus Maria. – Ciszę, jaka zapadła po zakończeniu ponurej historii gbura, przerwał nagle krzyk Stryjka. – Wy tu plotkujecie, a Garnek nam się spalił na węgiel!
Panie natychmiast podniosły lament, a panowie rzucili się ratować Garnek.
Trochę węgla tam już było, to prawda, ale to, co ocalało, miało smak niebiański. Zwłaszcza buraczki, ku zdumieniu Eulalii, nieznoszącej buraczków.
Oraz boczunio. Malyna.
Opuszczała Bacówkę niemal zregenerowana. I psychicznie (głupie myśli prawie zniknęły), i fizycznie (obleciała większą część polskich Karkonoszy, opaliła się pięknie, włosy jej spłowiały i wyglądała najwyżej na czterdziestkę). Zdążyła zaprzyjaźnić się ze wszystkimi ratownikami, którzy w ciągu tych dziesięciu dni mieli dyżury w Bacówce. Nawet Przystojny Małomówny na jej kokieteryjne nieco pytanie, czy może tu jeszcze wrócić, odpowiedział z uśmiechem:
– Musisz!
Ach, ten Przystojny Małomówny! Dwa dni przed wyjazdem była świadkiem sytuacji z jego udziałem, sytuacji, która nosiła wszelkie znamiona kiczu. Siedziała sobie właśnie w swoim pokoju i lakierowała paznokcie u stóp, Stryjek załatwiał coś w Jeleniej Górze, było cicho i spokojnie. Nagle uprzytomniła sobie, że słyszy muzykę i że jest to muzyka klasyczna. Mało popularna. Co to może być… Ach, Sibelius! Poemat „Finlandia” (swoją drogą, co ta Finlandia tak ją tu prześladuje?). Kto tu słucha Sibeliusa?
Odstawiła buteleczkę i boso podeszła do drzwi. To leciało z drugiego pokoju. Nie wytrzymała, zajrzała.
W fotelu na tle okna siedział Przystojny Małomówny, który miał dyżur od rana. Czytał książkę. Z odtwarzacza stojącego na stoliczku płynęły dźwięki muzyki. Słońce wpadające przez okno za plecami PM i podświetlające jego czuprynę tworzyło wokół jego głowy złocistą aureolę. Podniósł oczy i uśmiechnął się grzecznie.
Zanim Eulalia zdążyła zapytać, co czyta, na dole odezwało się radio. Kopa wzywała Bacówkę. Ratownik z Kopy, nie czekając, aż mu ktoś odpowie, zawiadamiał o wypadku przy górnej stacji wyciągu.
PM pły
Wróciła do lakierowania paznokci, chichocząc w duszy. Gdyby umieściła taką scenkę w swoim filmie – a przecież robiła sekwencję z ratownikami! – uznano by ją prawdopodobnie za obrzydliwy kicz i kazano wyciąć. Ta aureola, ten Sibelius! I nie tracił czasu nawet na odpowiedź, zgłosił się już pędząc ratować życie ludzkie… Tak zwane miodzio. Ale ona to widziała na własne żywe oczy!
No i dobrze, co widziała, to jej!
Kiedy PM wrócił z potężnym, słaniającym się facetem, którego po kilku minutach przekazał karetce pogotowia, spytała go, co to było.
– Nie jestem pewien, ale wyglądało na stan przedzawałowy. Zła pogoda dla sercowców.
Rzeczywiście było duszno. Eulalia tego dnia na wszelki wypadek w ogóle nie poszła w góry, dzięki czemu była świadkiem prześlicznej i umoralniającej sceny przed półgodziną.
– On chyba nie powinien chodzić w góry – próbowała podtrzymać rwącą się konwersację, bo widać było, że PM z własnej woli nic więcej nie powie (ale nie było w tym nic z aroganckiej małomówności gbura Janusza W., broń Boże).
– Ludzie robią wiele rzeczy, których robić nie powi
– A nie moglibyście również ostrzegać? – Eulalia spojrzała na wijącą się kolejkę do wyciągu. – Przecież takiego małego dzieciaka nie powi
– Teoretycznie możemy – zgodził się PM. – Ale w praktyce tego nie robimy, bo nie lubimy być opieprzani. A jak już będziemy zwozić tę panią z połamanymi nóżkami, to ten jej duży kolega będzie bardzo grzeczny, zaręczam.