Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 52 из 62

Rozdział siódmy

Itlina, właściwie Ithli

Dzieci otaczające wianuszkiem wędrownego bajarza P^JjUMul^ WffVŁu)ť ^UŁ^ŁU^ ^ŁdlŁmŁl UUŁmiUŁU.W i ^ILLL' tyczny harmider. Wreszcie Co

— Jakże to tak? — wrzasnął. - Jakże to tak, dziadu? Jakże to: koniec na dziś? Godzi się to, w takim miejscu baśń skończyć? W gorącości nas ostawić? Chcemy wiedzieć, co dalej było! Nie będziem czekać, aż znowu do wsi zawitacie, bo to za pół roku lubo za rok może być! Bajajcie dalej!

— Słonko zaszło — odrzekł staruszek. - Do łóżek wam pora, niedolatki. Gdy z jutra przy robocie ziewać będziecie a stękać, co rodziciele wasi rzekną? Wiem ja, co rzekną. Bajał im stary Pogwizd znowu do północka, głowy dzieciskom bylinami moroczył, wyspać się nie dał. Tegdy gdy znów do wsi zawita, nie dać jemu nic, ani kaszy, ani klusek, ani sperki, jeno napędzić jego, dziada, bo z jego bajek jeno szkoda a utrapienie…

— Wżdy nie rzekną tak! — zakrzyknęły chórem dzieci.

— Bajajcie jeszcze, dziadu! Prosim was!

— Hmmmmm — zamamlał starzec, patrząc na słońce znikające za wierzchołkami drzew na drogim brzegu Jarugi. - Niechaj będzie. Ale umowa taka stanie: jeden niech kopnie się do chałupy i mleka zsiadłego przyniesie, bym miał czym gardło zwilżać. Reszta zasię niech zastanowi się, o czyich losach mam bajać, bo przecie o wszystkich opowiedzieć wam dziś nie zdolę, choćbym do jutrzni plótł. Trza będzie tedy wybrać: o kim tera, a o kim inszym razem.

Dzieciaki znowu podniosły wrzask, przekrzykując się nawzajem.

— Cicho! — krzyknął Pogwizd, machnąwszy kosturem.

— Powiedziałżem, wybrać, a nie jako sójki: ret — ret, re — re — ret! Jakoże więc? O czyich losach opowiedzieć?

— O Ye

— Akurat! — krzyknął Bronik, syn młynarza. - Smarki z nosa utrzyj. Łokietku, bo do czarodziejskiego terminu zasmarkanych nie bierą! A wy, dziadu, bajajcie nie o Ye

— Cichajcie — rzekł Co

— Ja chcę o Ye

— Ja też — odezwała się Orla, jej starsza siostra. O jej i wiedźmina kochaniu chcę. Jak się miłowali. Ale niech to się dobrze skończy, dziadku! Nie chcę, by o praniu było, nie!

— Cichaj, głupia, kogo miłowanie obchodzi! O wojnie chcemy, o bojowaniu!

— O wiedźmińskim mieczu!

— O Ciri i o Szczurach!

— Zawrzyjcie jadaczki — Co

— Tak! — pisnęła znowu Nimue. - O Milvie chcę posłuchać, o Milvie! Bo ja, gdy mię czarodziejki nie zechcą, łuczniczką zostanę!

— Tedy wybraliśmy — rzekł Co

— Wżdy pierwej — wtrącił Bronik — by nas tak ciekawość nie spierała, to rzeknijcie nam, dziadku, choć trochę o i

— Ye

— A Ciri?

— Ciri cięgiem ze Szczurami grasowała, pod imieniem Falki się kryjąc. Lubiło się jej zbójeckie życie, bo choć nikt wonczas o tym nie wiedział, były w tej dziewczynie złość a okrucieństwo, wszystko, co najgorsze, co w każdym człeku ukryte, wyłaziło z niej i górę nad dobrym pomału brało. Oj, wielki błąd popełnili wiedźmini z Kaer Morhen, że ją zabijać wyuczyli! Sama zaś Ciri ani podejrzewała, śmierć zadając, że jej samej kostucha po piętach depcze. Bo już straszny Bonhart za nią śledził, na tropie był. Pisane im było, że się spotkają, Bonhart a Ciri. Ale o tym kiedy indziej opowiem. Teraz zasię o wiedźminie posłuchajcie.

Dzieci uciszyły się, obsiadły starca ciasnym kołem. Słuchały. Zapadał zmrok. Przyjazne w dzień konopie, maliniak i rosnące opodal chałupy malwy zamieniły się nagle w niesamowity, ciemny bór. Co w nim szuści? Czy to layez, czy straszny, piomie

— Wiedźmin Geralt — zaczął bajarz — razem ze swą nową kompanią ruszył na Angren, gdzie bagna i bory. Wonczas były tam bory, ho, ho, nie to, co nynie, nynie nie masz już takich borów, w Brokilonie chyba… Drużyna powędrowała na wschód, w górę Jarugi, w stronę uroczysk Czarnego Lasu. Zrazu dobrze się im wiodło, ale później, ho ho… Co było, opowiem…

Płynęła, snuła się baśń o dawno minionych, zapomnianych czasach. Dzieci słuchały.

Wiedźmin siedział na pieńku, na szczycie urwiska, z którego roztaczał się widok na łęgi i trzcinowiska na brzegu Jarugi. Słońce zachodziło. Żurawie wzbiły się z mokradeł, zatrąbiły, lecąc klinem.

Wszystko się popieprzyło, pomyślał Wiedźmin, oglądając się na ruinę drwalskiego szałasu i maleńki dymek, unoszący się z ogniska Milvy. Wszystko wzięło w łeb. A tak już dobrze szło. Dziwna ta moja kompania była, rtt była. Mieliśmy przed sobą cel, bliski, realny, konkretny. Przez Angren na wschód, ku Caed Dhu. Całkiem dobrze nam szło. Ale musiało się popieprzyć. Pech czy fatum?

Żurawia trąbiły hejnał.

Emiel Regis Rohellec Terzieff-Godefroy prowadził. Jadąc na gniadym nilfgaardzkim ogierze, zdobytym przez wiedźmina pod Armerią, Ogier, choć z początku boczył się nieco na wampira i jego ziołowy zapach, przyzwyczaił się szybko i nie sprawiał więcej kłopotów niż idąca obok niego Płotka, która ukąszona przez gza potrafiła tęgo bryknąć. Za Regisem i Geraltem podążał na Pegazie Jaskier z obandażowaną głową i wojowniczą miną. W drodze Poeta układał rytmiczną pieśń bohaterską, w której bojowej melodii i rymach pobrzmiewały reminiscencje niedawnych przygód. Forma utworu sugerowała wyraźnie, że w czasie tych przygód właśnie autor i wykonawca okazał się najmężniejszym z mężnych. Pochód zamykali Milva i Cahir Mawr Dynryn aep Ceallach. Cahir jechał na odzyskanym cisku, ciągnąc za sobą siwka, objuczonego częścią ich skromnego ekwipunku.

Wyjechali wreszcie z nadrzecznych mokradeł na wyżej położony i suchy teren, na wzgórza, z których na południu mogli obserwować połyskliwą wstęgę Wielkiej Jarugi, na północy zaś wysokie i skaliste przedpole dalekiego masywu Mahakam. Pogoda była piękna, słonko przygrzewało, moskity przestały kłuć i brzęczeć koło uszu. Buty i nogawki wyschły. Na nasłonecznionych zboczach krzaki jeżyn czarne były od owoców, konie znajdywały trawę, spływające ze wzgórz strumyki niosły kryształowo czystą wodę i pełne były pstrągów. Gdy zapadła noc, można było rozpalić ognisko i nawet położyć się obok. Słowem, hsj wspaniale, a nastroje wi

— Zaczekaj chwilę, Geralt — zaczął poeta, rozglądając się i pochrząkując. - Nie spiesz się tak do obozu. Chcemy tu, na osobności, porozmawiać z tobą, ja i Milva. Chodzi o… No, o Regisa.

— Aha — Wiedźmin położył na ziemi naręcze chrustu. - Zaczęliście się bać? Rychło w czas.

— Przestań — skrzywił się Jaskier. - Zaakceptowaliśmy go jako towarzysza, zadeklarował nam pomoc w poszukiwaniach Ciri. Moją własną szyję wyciągnął z pętli, tego mu nie zapomnę. Ale, cholera, odczuwamy coś w rodzaju lęku. Dziwisz się? Całe życie tropiłeś i zabijałeś takich jak on.