Страница 21 из 50
Budzę Tosię i każę jej natychmiast sprzątnąć kupę Zaraza.
– Zaraz – mówi Tosia.
Zaraz wskakuje na łóżko i pakuje jej łapę do oka. Tosia się zrywa.
– Oddam kota, jeśli nie będziesz po nim sprzątać. Na temat pokoju porozmawiamy później. Musisz to zlikwidować.
No i doczekałam się. A mówiła mi Ula, żeby nigdy dwóch rzeczy naraz nie załatwiać!
– To jest mój pokój! – krzyczy Tosia. – Powiedziałaś, że mogę w nim mieć tak, jak chcę! A kupa jest na pewno Mietka! A Mietek jest twoją kotką! Nie dotrzymujesz słowa! Idę do szkoły i nie mogę być zdenerwowana! Wystarczająco mnie tam denerwują!
Sprzątam kupę. Mam to szczęście, że nie idę do szkoły. Jadę do redakcji po listy.
Czy to możliwe, żeby się zakochać w tym wieku w jakimś nieznajomym, lekko siwiejącym mężczyźnie? Czy ta kobieta, która od niego odeszła, nie miała oczu? Dlaczego baby nie doceniają tego, co jest tuż-tuż? Niektóre oczywiście?
Jadę do pracy. Ciekawa jestem, czy Niebieski napisał. Po moim ostatnim liście nie powinien już więcej siąść do komputera. Jest!
Droga Pani,
otóż to! Odsłoniła się pani! Bardzo jasno widzę, że boi się pani jakichkolwiek uczuć wobec mężczyzn, poza oczywiście uczuciem pewnej złości, którą są przesycone listy od pani. Ciekaw jestem, dlaczego zdradzonym kobietom odpowiada pani w tak właściwy, miły, sympatyczny sposób, a dla mężczyzn w tej samej sytuacji ma pani tylko wyuczone kazanie, zgole w swej treści niemile… Polecam literaturę, która może lekko poprawić pani charakter, choć nie sądzę, żeby to było możliwe.
I tu, idiota, spis książek mi przesyła.
Co do pani kąśliwych uwag o czytaniu książek przez mężczyzn chcę zapytać, czy wie pani, ile par bliźniaków wychowała Ania z Zielonego Wzgórza, zanim trafiła do Maryli? Ha!
A teraz gwoli drobnego sprostowania. Pisze pani o przeniesieniu, mając na myśli termin projekcja. Proszę zajrzeć do słownika terminów psychologicznych, zanim następnym razem zabierze się pani do pouczania ludzi inteligentnych, wykształconych i błyskotliwych.
PS. Czy pani jest brunetką, czy blondynką?
A co cię to obchodzi. Niebieski? Widać, że jesteś niezrealizowany. Rozejrzyj się wokół. Niebieski! Jest piękna wiosna, może jeszcze nie jest tak rozkosznie ciepło jak na Cyprze, ale będzie. Niebieski, będzie! Na pewno ci się tym razem powiedzie w życiu, spotkasz kobietę, którą będziesz kochał, a nie zaniedbywał. Nie trać nadziei!
Podlewam ogródek. Po raz pierwszy w tym roku. Wyjrzało słońce i prawie jest ciepło. Lałam tę wodę na ulubione przyszłe marcinki, a tu nagle spod nich jak nie wyskoczy ropucha!
– Ojej, ropucha! – krzyknęłam, nie zważając na sąsiadów siedzących nieopodal oraz Grześka, którego zawsze miałam za przyjaciela. Do tego momentu.
– Bujaj się, to nie ropucha, to lusterko! – odkrzyknął głos męski. I śmiech tubalny oraz również damski poniósł się przez marcinki, trawę, zieleniejące brzozy.
A ja się zagotowałam w milczeniu z tą wodą w ręku. No bo jakże to tak? Tak po świńsku?
A potem usiedliśmy wszyscy w domu i dokładnie przeanalizowaliśmy sprawę. I okazało się, że obrazki z przeszłości nas, kobiety, ścigają. Bajeczki, jakimi byłyśmy karmione. Dziewczynka pochyla się nad żabką i całuje ją w pyszczysko? I wszystko jest lepiej? To wieczne marzenie i iluzja spowodowały wyraźny podział. I Ula, i ja twierdziłyśmy, że iluzją oczywiście nie jest młoda dziewczyna nachylająca się wdzięcznie nad ropuchą. Iluzją jest dalszy ciąg. Całowanie żaby ma nam, kobietom, uświadomić, że warto. Warto szukać żab (czy i
Ale wspólnie z Ulą ustaliłyśmy: ona (ta iluzja) miała w nas od maleńkości zakodować, że jeśli będziemy cierpliwe, zostaniemy nagrodzone. Ma nam, kobietom, uprzytomnić, że nasze życie to szukanie królewicza i każde straszydło takim królewiczem właśnie się okaże. I nabierają nas na tę bajkę. Już wianuszek zdjęty, a my w zapamiętaniu pochylamy się z czcią nad żabą. To nie szkodzi, że na razie żaba (czyli ten przyszły królewicz) ma dla nas mało czasu. To nie szkodzi, że wkrótce (po ślubie) będzie miał dla nas znacznie mniej czasu.
Bajka o całowaniu tak nam weszła w krew, że całujemy, a żaba chwilowo zajęta jest nową zabawką – telefonem komórkowym, samochodem, motorem – więc jeszcze nie ma czasu się zamienić. Ale my przecież pod tą zielonkawą skórką widzimy barczyste ramiona, które uchronią nas przed złym światem. Wyłupiaste oczy zmieniają się w oczy zamglone od pożądania i obietnicy wielkiej miłości. A łapki, te wdzięczne, zdolne do skoków łapki, jeszcze się nam nie kojarzą z odskokiem ku i
Zaczynamy całą zabawę od początku.
Co sobie robimy, dowiadujemy się od razu albo po jakimś czasie. Co zaś robimy Bogu ducha wi
Tak więc ukrzywdziłyśmy siebie, ukrzywdziłyśmy żabę, ukrzywdzamy pośrednio i
Krzyś i Grzesiek nie zgadzali się z nami. Ale przypomnę, że jeden ma czerwony samochód, a drugi nissana. Może się poczuli urażeni. Ten Grzesiek wstrętny, co chciał mnie zdenerwować, uświadomił mi tylko tyle, że należy z zadumą pochylić głowę nad dziewczynką całującą płaza, której wgrywa się jak na twardy dysk przyszły scenariusz jej poczynań. Ona niewi
Cóż za ulga. Miejsce żab jest na łąkach. A ja, być może, spotkałam mężczyznę bez zielonej zimnej skórki. Bez ukrytego królewicza w środku. A co z resztą świata i i
Takie to miłe popołudnie spędziliśmy u mnie w domu. I to niech Grzesiek się buja. Lusterko – też mi coś!
Z powodu wiosny chyba zatraciłam nieco poczucie rzeczywistości. W drodze powrotnej robię porządne zakupy. Pomarańczki – dwa kilo, mandarynki, jabłuszka, chleb pyszny baltonowski, masełeńko świeżuchne, serek brie i camembert, i mozzarella, i edamski, i dwa kilogramy ziemniaków, i sałata, i buraczki, i pekińska. Lodówka wymieciona do czysta, jeszcze zatrzymuję się w mięsnym, a na samym dworcu, w „Remie”, kupuję cztery soki i dwa wina białe, bo Ula z Krzysiem przyjdą wieczorem. Z „Remy” już nie mogę wyjść. Oddaję przy kasie dwa słoiki ze szparagami, ale przypominam sobie, że nie mam cukru. Jest tego ze dwadzieścia sześć kilo. Ledwo doczołguję się do kolejki.
W przejściu do stacji na tym cholernym Dworcu Centralnym w centrum Europy stoi paru agresywnych facetów. Chyba są naćpani. Moje ręce już ciągną się za mną, czy ja zwariowałam, żeby tak daleko mieszkać? Do kolejki chyba nie dojdę, bo się boję. Grupka ludzi stoi przy kasach i próbuje interweniować. To znaczy krzyczą na kasjerkę.
Szlag mnie trafia. Wydaje mi się, że podwijam ręce, żeby się tak nie brudziły, zakupy ważą już pięćdziesiąt kilo, i ostro pytam, gdzie jest policja. Policja jest na posterunku przy peronach. Nikt się nie kwapi, więc padło na mnie. Torby wyrywają mi ręce ze stawów. Przystaję co chwilę i na pewno na ten pociąg nie zdążę.
Wreszcie docieram do posterunku. Grube metalowe drzwi zamknięte. Pukam. Nic. Walę. Nic. Walę z całej siły. Nic. Odstawiam torby – jedna nie wytrzymuje – ta z sokami. Szukam kluczy i tymi kluczami walę jeszcze mocniej. Drzwi się uchylają. Soki wytaczają się z pękniętej torby. Przez szparkę i wewnętrzną kratę widzę młodziutkiego policjanta. Przerażony. Grzecznie pytam, czy może by ze mną się udał na dworzec WKD, bo ktoś rozrabia. Patrzy na mnie bezradnie. Jemu się wydaje, że ja rozrabiam.
– Ale nas jest tu trzech. Ja nie mogę, a kolegów nie ma.
– A mogę wiedzieć, gdzie są? – warczę.
– No, na bójce.
Wkładam soki do siatki z camembertem, kapustą pekińską, serem żółtym, pomarańczami, serem edamskim i ziemniakami. Mój instynkt społeczny wyraźnie zanika. Mam wrażenie, że ręce i tak zostały przy posterunku.