Страница 44 из 52
– O tam, takie… ot, gówniarze. Widzisz przecież – odpowiedziała wymijająco.
– No, to życzę ci tylko, żeby twoje nowe męskie towarzystwo nie było gorsze od nas – powiedziałem na zakończenie, gdy po skończonym tańcu odprowadziłem Zosię pod ścianę, gdzie siedziało jej towarzystwo.
Zdenerwowałem się rozmową z Zosią, więc zawołałem swoich chłopaków i zaproponowałem wypicie reszty spirytusu. Tylko teraz idziemy do bufetu. Wypijemy uczciwie, po ludzku. Usiedliśmy przy stoliku. Przed nami butelki z lemoniadą i szklanki.
– Uważajcie, czy „stary” nie patrzy – powiedziałem, a sam zakasłałem kilka razy głośno, równocześnie uderzając w dno buteleczki. Gdy „zakasłał” drugi, „stary” zajrzał do bufetu i popatrzył na nas chwilę. Przy czwartym podszedł do nas i zapytał:
– Panowie mają wódkę?
Połapałem się, że „kaszel” to za stary chwyt dla niego i pewien jest, że wódkę mamy, więc odpowiedziałem pojednawczo:
– Mistrzu kochany, mamy setkę spirytusu na czterech. Przecież takim ździebełkiem żaden się nie upije. Niech pan pozwoli wypić.
– No, dobrze, ale więcej pić nie będziecie? – Nawet nie możemy, bo więcej nie mamy.
– No i uważajcie, panowie, żeby awantury nie było.
– Panie mistrzu – odpowiedziałem z humorem. – My to takie chłopaki, że gdzie awantura, to uciekamy, a gdzie wódka, tam się pchamy.
Ale co to? Na salę wchodzi kilku Niemców w mundurach lotników.
– Ja się urywam – mówię do chłopaków. – To towarzystwo mi nie odpowiada.
– Zostań jeszcze godzinkę – namawia Mały. – Pójdziemy wszyscy razem.
– Kiedy nie mogę na nich patrzeć. Popsuli mi całą zabawę.
– Dlatego teraz zostań – namawiają chłopaki. – Popatrzymy na nich z bliska.
Uległem. Weszliśmy na salę. Tuż za drzwiami siedzą Niemcy. Weszliśmy wolno przyglądając się każdemu z ciekawością. Postałem chwilę pod ścianą i przeszedłem jeszcze raz. Gdy przechodziłem trzeci raz, podszedł do mnie jeden lotnik i zagadał coś po niemiecku.
– Czego on od ciebie chce? – zapytał Mały, który zjawił się przy mnie tak, jakby wyrósł spod ziemi.
Uśmiechnąłem się ironicznie i patrząc Niemcowi w oczy, wolno i dobitnie odpowiedziałem:
– Cholera go wie, czego on chce. On może tak gadać nawet cały rok, ja go i tak g… zrozumiem.
– Panie, czego pan od nas chce? – zapytał Niemiec, tym razem czysto po polsku.
Zaskoczyło mnie to, ale nie trefię, tylko spokojnie odpowiadam:
– A czego ja mogę od was chcieć?
– No, bo tak pan chodzi, tak się pan nam przygląda…
– Nie jesteście tacy interesujący, żebym się musiał wam przyglądać, a chodzę, bo szukam partnerki do tańca.
– A… partnerki pan szuka? No, to niech pan szuka dalej – mówi znów Niemiec po polsku. – Myślę, że nam się tu żadna krzywda nie stanie?
– Z mojej strony nie, a za i
Ale Niemcy już się bawią. Kobiety uciekają, gdy widzą, że Niemiec idzie prosić do tańca. Ale już znalazła się jedna „zdzira”, która z zadowoleniem przyjmuje zaproszenie do tańca. Po kilku tańcach idzie z Niemcem do bufetu, cieszy się, że zafundowano jej butelkę lemoniady. Gdy na chwilę została sama, Mały skorzystał z okazji i stojąc tuż przy mnie, półgłosem przesłał jej artystyczną „wiązankę”, w której dużo miejsca zajmowały słowa zaczynające się na jedenastą literę alfabetu.
Znów jestem na sali. Orkiestra zrobiła dłuższą przerwę, więc ludzie siedzą na krzesełkach ustawionych pod ścianami. Zosia siedzi z facetem z jej nowego towarzystwa, a po chwili na krześle obok usiadł Niemiec i nachylony coś do niej mówi. Podszedłem bliżej. W tym momencie Niemiec chciał objąć ją za szyję, a gdy się odsunęła, przełożył jedną rękę za plecy, a drugą chwycił ją za pierś. Poderwali się wszyscy troje. Zosia szarpie się z Niemcem, który chce ją objąć wpół, a jej facet zwinął się… i już go nie ma.
Szybko przerzuciłem z kieszeni do rękawa swój fiński nóż, naparłem na Niemca i wcisnąłem się w środek.
– Daj spokój, co robisz? – posłyszałem za plecami krzyk Zosi.
– Nie bój się nic. Uważaj, ja go zaraz zrobię – mówiłem wolno, równocześnie następując na Niemca i patrząc mu prosto w oczy.
Słyszałem, że Zosia coś krzyczy, ale nic nie rozumiałem, tylko wolno, bardzo wolno powtórzyłem: – Uważaj, ja go zrobię.
Napierałem wciąż z głową wysuniętą do przodu, z opuszczonymi na dół, lekko odsuniętymi od siebie rękami, a Niemiec wolno cofał się do tyłu. Czekałem, żeby mu ręka drgnęła lub żeby zrobił jakiś i
– No, widzisz – powiedziałem – masz swoje nowe towarzystwo! Ciapciak, cholera. Uciekł.
– I miał rację – piekli się Zosia. – Nic by mi ten szkop nie zrobił. A ja wiedziałam, co ty chcesz zrobić. Widziałam przecież, co miałeś w ręku.
Zdecydowaliśmy, że teraz już czas urywać się, bo może dojść do poważnej awantury. Wyszedłem na schody, a po chwili chłopaki, już ubrani, wynieśli moje palto.
Szliśmy obok siebie całą szerokością chodnika, który w tym miejscu był wyjątkowo wąski, w kierunku Nowego Światu, a naprzeciw nas szło czterech lotników niemieckich. Nie schodzimy z drogi, tylko walimy prosto na nich.
– Na bok, raki, bo ludzie idą! – krzyknąłem i już wleźliśmy na siebie. Zdążyłem zauważyć, że ten, na którego ja wlazłem, był średniego wzrostu i krępy w sobie. Więcej nie zauważyłem, bo dostałem taką bombę w szczękę, że wyrzuciło mnie na środek jezdni. Musiało mnie na chwilę zamroczyć, bo gdy znów pomyślałem świadomie, to stałem na środku jezdni, a Niemców już nie było.
– Ja nie dostałem – pochwalił się Mały, gdy wróciłem na chodnik. Okazało się, że trzech nas oberwało po ryju.
– Czekajcie… wasza mać – powiedziałem głośno pod adresem Niemców. – Już ja postaram się, żeby was ze dwóch uśmiercić.
Na Nowym Świecie dwóch kolegów wsiadło do tramwaju, a Mały i ja poszliśmy piechotą. Po drodze wstąpiliśmy do knajpy i z żalu nad sobą wypiłem kilka głębszych wódek. Mały współczuł mi bardzo, więc też wypił taką samą ilość i teraz już zalani w deseczkę wracamy do domu. Minęliśmy Belweder i idziemy w dół po oblodzonym chodniku, wymachując rękami dla złapania równowagi. Gdy mijaliśmy się z oficerem niemieckim, Mały zatoczył się, trącił go ramieniem i w tym momencie dostał silnie w twarz. Padając chwycił oficera za mundur, a że było ślisko, więc razem przewrócili się na chodnik. We łbie mi się kręci, ale widzę, że oficer leży na Małym. „Chyba go bije” – pomyślałem i zacząłem kopać oficera. Raptem zauważyliśmy, że od Belwederu pędzi jakiś umundurowany i odpina kaburę pistoletu. Wtedy nogi za pas i dęba. Uciekałem tak, że do ulicy Podchorążych nawet się nie obejrzałem. Teraz dopiero stanąłem na rogu i czekam na Małego.
– Ale miał pan szczęście – powiedział do mnie jakiś nieznajomy przechodzień. – Powinien pan zmówić litanię do Matki Boskiej.
– Byliby pana zastrzelili – dodał i
Za nimi powoli człapał Mały. Okazało się, że nie wiedział, gdzie ja się podziałem i co się właściwie stało.
W moim mieszkaniu chłopaki grali w karty. Popatrzyli zdziwieni, widząc, jak bez słowa ładuję w kieszenie pistolet i granaty.
– Gdzie ty z tym idziesz? – zapytał ktoś.
– Muszę jeszcze dzisiaj uśmiercić dwóch Niemców – odpowiedziałem, patrząc na nich błędnymi oczami. – Jednego za mnie, za to, że uderzyli mnie w mordę, a drugiego za Małego.
– Późno już – tłumaczył mi Pajac. – Teraz żadnego Niemca już nie spotkasz. Jutro pójdziemy strzelać ich razem, a teraz kładź się spać, bo widzę, że jesteś zmęczony.
Przemawiał do mnie jak do dziecka albo wariata. A ja naprawdę byłem w sztok pijany.
– Dobrze, pójdę spać, ale za to jutro zastrzelimy pięciu – stawiałem swoje warunki.
– Jak będziesz chciał, to nawet dziesięciu, ale teraz idź już spać. I tak mnie ululali.
Następnego dnia już nie miałem chęci strzelać do Niemców – postanowiłem sobie jednak, że więcej na żadną zabawę publiczną nie pójdę. Taka „zabawa” to żadna zabawa.
ORGANIZACJA
– Serwus, Tadziu! Co robisz? Z kim żyjesz? – zawołałem z radością na widok serdecznego kolegi, którego przypadkowo spotkałem na ulicy.
Tadzio – to kolega szkolny. Ostatnie dwa lata przed wojną pracowaliśmy w tej samej fabryce. Chociaż sam robotnik, obracał się jednak w towarzystwie paniczyków i maminsynków, bo matka jego była dozorczynią na kolonii Grottgera, gdzie mieszkała „lepsza” sfera. W rozmowie dowiedziałem się, że Tadzio we wrześniu wyszedł z Warszawy i siedział na wsi u rodziny, a obecnie pracuje w fabryce.
– Opłaci ci się tam pracować? – zapytałem zdziwiony. – „Na początek praca honorowa przy sprzątaniu gruzu i porządkowaniu fabryki” – zacytowałem wyjątek z ogłoszenia, pod którym była lista ewentualnych kandydatów do pracy w fabryce.
– Zapłacili, niedużo, ale zapłacili. A teraz nigdzie dużo nie zarobisz. A tobie jak leci?
– Jak k…w deszcz! – odpowiedziałem z humorem.
– Gdzie pracujesz?
– Nigdzie. Od czasu do czasu wpadnie jakaś nieduża partaninka… i robi się na własną rękę. Przeważnie w nocy – dodałem, żeby nie miał wątpliwości, o jakiej pracy mówię.
Jednakże nie zrozumiał, bo zapytał:
– A nocną przepustkę masz?
– A jakże, patrz, tak wygląda moja przepustka – mówiąc to uchyliłem poły jesionki, żeby zobaczył tkwiący w kieszeni pistolet, a pokazując granat dodałem:
– To jest załącznik do przepustki.
Tadzio z zazdrością popatrzył na moje „dokumenty” i zapytał, czy przypadkiem nie znalazłaby się i dla niego taka przepustka.
– Mogę coś wyspekulować. Jak chcesz, to ci przyniosę ręczny karabin maszynowy, a nawet armatę. Tylko jak ją będziesz nosił?
– Dawaj armatę – zapalił się Tadzio – dam sobie radę.
Gdy rozmowa przeszła już na takie śliskie tematy, zapytałem go, czy należy do jakiejś organizacji podziemnej.