Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 15 из 85

Rozdział trzeci

Często stawiano mi pytanie, jak to się stało, że zdecydowałem się spisywać me wspomnienia. Wielu ludzi zdawał się interesować moment, w którym memuary moje zaczęty powstawać — jaki mianowicie fakt, wydarzenie, czy też ewenement początkowi spisywania towarzyszył lub dał asumpt do niego. Poprzednio różnych udzielałem wyjaśnień i łgałem nierzadko, teraz atoli prawdzie oddam hołd, albowiem dziś, gdy mi włos pobielał i przerzedził tęgo, wiem, że prawda to ce

A prawda jest taka: ewenementem, który wszystkiemu dał asumpt, któremu zawdzięczam pierwsze zapiski, z jakich zaczęto się formować późniejsze dzieło mego życia, było przypadkowe znalezienie papieru i ołówka wśród rzeczy, które ja i moi kompani ukradliśmy z lyrijskich wojskowych taborów. Zdarzyło się to…

…zdarzyło się to piątego dnia po wrześniowym nowiu księżyca, dokładnie trzydziestego dnia naszej wyprawy, licząc od wyruszenia z Brokilonu, a sześć dni po Bitwie na Moście.

Teraz, drogi przyszły czytelniku, cofnę się nieco w czasie i opiszę wydarzenia, jakie miały miejsce bezpośrednio po sławetnej i brzemie

Niejasnym może być też dla ciebie, czytelniku, skąd wzięła się w Angrenie królowa Meve, o której wonczas mniemano, że wraz ze swą armią zginęła i przepadła w czasie nilfgaardzkiej lipcowej inkursji na Lyrię, Rivię i Aedirn zakończonej całkowitym podbojem tych krain i ich okupacją przez imperialne wojska. Atoli Meve nie zginęła, jak sądzono, w boju, nie dostała się do nilfgaardzkiej niewoli. Skrzyknąwszy pod swój sztandar grzeczny komunik ocalałego lyrijskiego wojska i zaciągnąwszy kogo się da, w tym najemników i zwyczajnych bandytów, waleczna Meve podjęła z Nilfgaardem partyzancką wojnę. A do takiej gerylasówki dziki Angren idealnie się nadawał — już to by z zasadzki uderzyć, już to by utaić się gdzie w chaszczach jakich, bo w Angrenie chaszczów dostatek, prawdę rzekłszy, prócz chaszczów nie masz w onej krainie niczego, co warte wymienienia.

Hufiec Meve — nazywanej już przez jej wojsko Białą Królową — rychło urósł w siły i takiej fantazji nabrał, że bez strachu przeprawić się na lewy brzeg Jarugi potrafił, by tam, na głębokich tyłach wroga, hałasować i grasować do woli.

Tu powracamy do naszych baranów, to jest do Bitwy na Moście. Sytuacja taktyczna wyglądała, jak następuje: partyzanci królowej Meve, pograsowawszy sobie na lewym brzegu Jarugi, chcieli uciec na prawy brzeg Jarugi, ale nadziali się na Nilfgaardczyków, którzy grasowali na prawym brzegu Jarugi i chcieli właśnie uciec na lewy brzeg Jarugi. Na powyższe nadzialiśmy się my, z pozycji centralnej, to znaczy z samego środka rzeki Jarugi, z każdej strony, lewej czy prawej, jakimś ludem zbrojnym otoczeni. Nie mając tedy dokąd uciekać, zostaliśmy bohaterami i okryliśmy się nieśmiertelną chwałą. Bitwę, nawiasem mówiąc, wygrali Lyrijczycy, albowiem udało im się to, co zamierzyli, to znaczy ucieczka na prawy brzeg. Nilfgaardczycy uciekli w niewiadomym kierunku i tym samym bitwę przegrali. Zdaję sobie sprawę, że wszystko to brzmi wielce konfundująco i nie omieszkam przed publikacją skonsultować tekstu z jakimś teoretykiem wojskowości. Na razie opieram się na autorytecie Cahira aep Ceallach, jedynego żołnierza w naszej drużynie — a Cahir potwierdził, że wygrywanie bitew poprzez szybką ucieczkę z pola walki jest dopuszczalne z punktu widzenia większości doktryn militarnych.

Udział naszej drużyny w bitwie był bezspornie chwalebny, ale miał też złe skutki. Milva, która była w odmie

Trzeba ci bowiem wiedzieć, miły czytelniku, że Wiedźmin Geralt był zawsze człowiekiem skromnym, rozważnym i opanowanym, o wnętrzu prostym i nieskomplikowanym niby trzonek od halabardy. Niespodziewany awans i pozorna łaskawość królowej Meve zmieniły go jednak — a gdybym go lepiej nie znał, powiedziałbym, że wbiły w pychę. Miast co rychlej i anonimowo zniknąć ze sceny, Geralt plątał się przy królewskim orszaku, cieszył honorem, rozkoszował łaską i nasładzał sławą.

A nam sława i rozgłos były akurat najmniej potrzebne. Przypominam tym, którzy nie pamiętają, że tenże sam Wiedźmin Geralt, teraz pasowany rycerz, ścigany był przez organa bezpieczeństwa wszystkich Czterech Królestw w związku ze sprawą rebelii magików na wyspie Thanedd. Mnie, osobę niewi

Geralt, gdym mu o tym dobitnie przypomniał, zmarkocił się lekko, ale przedstawił swoje racje, których miał dwie. Po pierwsze, Milva po jej przykrym wypadku wciąż wymagała opieki i starań, a w wojsku byli felczerzy. Po drugie, armia królowej Meve kierowała się na wschód, w kierunku Caed Dhu. A nasza drużyna, zanim zmieniła kierunek i wpakowała się w opisaną powyżej bitwę, również zmierzała do Caed Dhu — od bytujących tam druidów mieliśmy bowiem nadzieję zdobyć jakieś informacje mogące pomóc w poszukiwaniach Ciri. Z prostej drogi ku wzmiankowanym druidom zepchnęły nas grasujące po Angrenie podjazdy i swawolne kupy. Teraz, pod ochroną przyjaznego lyrijskiego wojska, w łasce i przychylności królowej Meve, droga do Caed Dhu stała otworem, ba, wydawała się prosta i bezpieczna.

Ostrzegałem wiedźmina, że tylko się tak wydaje, że to pozór jeno, że łaska królewska jest złudna i na pstrym koniu jeździ. Wiedźmin słuchać nie chciał. A po czyjej stronie była słuszność, wnet się pokazało. Gdy oto gruchnęła wieść, że od wschodu, od przełęczy Klamat, w dużej potędze idzie na Angren nilfgaardzka karna ekspedycja, wojsko Lyrii, nie mieszkając, zawróciło na północ, w stronę gór Mahakamu. Geraltowi, jak łatwo się domyślić, zupełnie nie konweniowała ta zmiana kierunku — spieszyło mu się do druidów, nie do Mahakamu! Naiwny jak dziecko, poleciał do królowej Meue z zamiarem uzyskania zwolnienia z armii i królewskiego błogosławieństwa dla jego prywatnych interesów. I w tym momencie skończyła się królewska miłość i przychylność, a szacunek i podziw dla bohatera Bitwy o Most rozwiały się jak ten dym. Rycerzowi Geraltowi z Rivii chłodnym, acz twardym tonem przypomniano o jego rycerskich obowiązkach wobec korony.

Wciąż słabującą Miluę, wampira Regisa i niżej podpisanego polecono włączyć do kolumny ciągnących za taborami zbiegów i cywilów. Cahir aep Ceallach, rosły młodzian, który z żadnej strony na cywila nie wyglądał, został przepasany biało-błękitną szarfą i wcielony do tak zwanej wolnej kompanii, to znaczy oddziału jazdy złożonego z przeróżnej maści hultajstwa zbieranego po drogach przez lyrijski korpus. Tym sposobem rozdzielono nas i wszystko wskazywało na to, że nasza wyprawa zakończyła się definitywnie i z kretesem.

Jak jednak domyślasz się, drogi czytelniku, nie był to wcale koniec, ba, nie był to nawet początek! Milva, gdy dowiedziała się o rozwoju wypadków, natychmiast ogłosiła się zdrową i sprawną — i pierwsza dała hasło do rejterady, Cahir cisnął w krzaki królewskie barwy i zwiał z wolnej kompanii, a Geralt wymknął się z luksusowych namiotów doborowego rycerstwa.

Nie będę rozwodził się nad szczegółami, a modestia nie pozwala mi na nadmierne eksponowanie mych własnych — niemałych — zasług w opisywanym przedsięwzięciu.

Stwierdzę fakt: nocą z piątego na szósty września cała nasza drużyna cichaczem opuściła korpus królowej Meve. Przed pożegnaniem z lyrijskim wojskiem nie omieszkaliśmy zaopatrzyć się obficie, wcale przy tym nie pytając o zgodę szefa służb kwatermistrzowskich. Słowo «rabunek», którego użyła Milva, uważam za zbyt dosadne. Należała się nam wszakże jakaś gratyfikacja za nasz udział w wiekopomnej Bitwie o Most. A jeśli nie gratyfikacja, to choćby zadośćuczynienie i wyrównanie poniesionych strat!

Pomijając tragiczny wypadek Milvy, nie licząc skaleczeń i potłuczeń Geralta i Cahira, w bitwie zabito lub okaleczono nam wszystkie konie — prócz mego wiernego Pegaza i narowistej Płotki, klaczy wiedźmina. W ramach rekompensaty pobraliśmy więc trzy pełnokrwiste kawaleryjskie wierzchowce i jednego podjezdka. Pobraliśmy też tyle różnego ekwipunku, ile nam w ręce wlazło — gwoli sprawiedliwości dodam, że połowę przyszło nam później wyrzucić. Jak rzekła Milva, tak bywa, gdy kradnie się po ciemku.