Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 75 из 87

„Tylko mów prawdę, proszę”, opuściłem powieki, wyświetlając w pamięci obraz Madame w teatrze, gdy biła brawo po scenie molestowania pasierba i odebrania mu miecza.

– To drugie – usłyszałem. – A na tobie?

– To pierwsze – wróciłem do gabinetu.

– Tak myślałam.

– Dlaczego?

– Bo widzę, że lubisz słodycz… Wbrew temu, co deklarujesz.

– A pani woli gorycz? – zmodulowałem niechcący pamiętne zdanie Jerzyka.

– W sztuce tak. W życiu nie – wyjęła rękę z kieszeni i poprawiła spódnicę.

Uznałem, że nie ma co zwlekać.

Wstałem, podszedłem do półki, na której stała „plejada”, i wyciągnąłem z szeregu tom z dramatami Racine’a. Znalazłem szybko Fedrę, a w niej pierwszą rozmowę Hipolita z Arycją.

– Zrobi pani coś dla mnie?… – zbliżyłem się do stołu – by osłodzić mi życie… – wskazałem na ra

– Zależy co – odparła.

– Ach, nic nadzwyczajnego!… Proszę mi to przeczytać – podałem otwartą książkę i wróciłem na sofę.

Spojrzała w tekst i zaczęła (podaję w tłumaczeniu):

Pani, zanim ruszę w drogę,

Nic zostawić ci dobrej nowiny nic mogę.

– Trochę dalej – szepnąłem niczym reżyser lub sufler. Przerwała i podjęła od drugiej kwestii Arycji:

– Przepraszam, jeszcze dalej.

– No więc odkąd właściwie? – spytała zniecierpliwiona.

– Od „Ja panią, nienawidzieć?”

Odnalazła to miejsce i po raz trzeci zaczęła:

– Co, panie? – wtrąciłem z pamięci padającą w tym miejscu eksklamację Arycji.

Spojrzała na mnie z uśmiechem i pociągnęła dalej:

Podniosła wzrok znad książki:

– Wystarczy, czy jeszcze dalej?

– Jeszcze ostatnie linijki.

Przetrzymała spojrzenie zatopione w mych oczach i pokręciła głową, jakby chciała powiedzieć „niebezpiecznie się bawisz”, po czym wróciła do tekstu:

Ale może tym droższy ten dar ci się stanie:

Pomyśl, że w obcej mowie składam ci wyznanie…

Znowu przerwała lekturę.

– Mimo wszystko j a czytam – powiedziała przekornie.

– Dobrze, to teraz ja – poprosiłem o książkę.

Zsunęła się ze stołu i podała mi ją, po czym znowu usiadła na foteliku przede mną.

– Przepraszam, ale właściwie to ja powinienem tu siedzieć, a pani na moim miejscu – manewrowałem w ten sposób, by mieć ją po prawej stronie.

– Dlaczego? – zdziwiła się.

– Zgodnie z obrazem Charona. Kto tutaj jest królem? Pani. A zatem proszę na sofę – wstałem wskazując miejsce. – Ja zaś, jako Racine, usiądę na fotelu.

– Masz jednak jeszcze zielono, zupełnie zielono w głowie – podniosła się i przesiadła. – No więc co mi przeczytasz? – przybrała na chwilę pozę Ludwika czternastego. – Byle ładnie, rytmicznie – podniosła palec do góry w geście kpiarskiej przestrogi. – Wiesz, że w aleksandrynie trzeba dodawać sylaby, których w potocznym języku nigdy się nie wymawia…

– Mais Votre Altesse! [170] Jak bym nie mógł!

– Allez-y donc, Seigneur . [171]

Przełożyłem stronicę, odsłaniając tym samym tekst „wielkiej arii” Fedry, i zacząłem go czytać:

Znałem ten tekst na pamięć, a nawet jeszcze więcej – miałem go wyćwiczony jak popisowy numer. Panowałem nad wszystkim, nad wymową, rytmiką i logiką wywodu. Słowa mówiły się same, nie wymagając ode mnie wytężonej uwagi. I kiedy tak płynęły, gdy usłyszałem naraz jakby kogoś i

Stało się dla mnie jasne, że moja godzina – bije. Teraz!… Teraz lub nigdy – może do tego dojść! Przekroczę zaklęty krąg rzeczywistości mitycznej. Zdobędę ją, dotknę, poznam.

Świadomy siły efektu, jaki zwykło to czynić na słuchaczach lub widzach, uniosłem wzrok znad tekstu nie przestając go mówić, zamknąłem wolno tom i położyłem na stole, po czym, spojrzawszy jej w oczy, ciągnąłem dalej z pamięci z imponującą swobodą:

Patrzyła na mnie z uwagą, dalej się uśmiechając tym swoim przekornym uśmiechem, lecz w oczach jej lśnił wreszcie blask zadziwienia i czci. „Ładnie piszesz, Racine”, promieniowała myślą Ludwika czternastego, „a jeszcze ładniej mówisz… Mów dalej… Jeszcze, jeszcze…”

Nie przestawałem, mówiłem:

I niby naśladując pamiętny gest Fedry z Comédie Française, chwyciłem prawą ręką przegub lewej Madame.

I wtedy stało się coś, co mnie z kolei wprawiło w zupełne osłupienie. Otóż ona – być może w mimowolnym odruchu, a może chcąc podkreślić, że widzi w tym tylko grę i sama ją podejmuje, dla podtrzymania konwencji, dla wspólnej błazenady – obróciła w imadle mej prawej, gorącej dłoni swą chłodną, szczupłą rękę i cofnęła ją nieco, tak aby spotkać się z moją, i uścisnęła ją, od dołu, silnym uściskiem. Był to gest właśnie taki, na jaki w swej rozpaczy zdawała się liczyć Fedra, przetrzymując w swej ręce nadgarstek Hipolita – gest ludzkiej solidarności; ów gest, którego tamten wyniośle jej poskąpił.

W interpretacji Madame cały ten manewr jednak oznaczał coś i

„Nie tak, całkiem nie tak”, zdawała się mnie poprawiać tym ujmującym gestem. „Naucz się wreszcie, głuptasie, że jeśli już świętokradczo sięgasz po moją rękę, po rękę niewiasty w ogóle, to czyń to przynajmniej jawnie, odważnie, z odkrytą przyłbicą, a nie w przebraniu, podstępnie i połowicznie zarazem, udając przed samym sobą, że robisz coś i

– C’est extraordinaire! - maskowałem emocję rzekomym entuzjazmem natury estetycznej i niby na tej fali wyrzekłem wreszcie słowo „zbijające jej króla”: – Tu as fait justement ce qu’Hippolite n’avait pas fait. [172]

- „Tu ”? [173] - podchwyciła natychmiast. – Zapędziłeś się w roli lub… muszę cofnąć ci piątkę, bo najwyraźniej przestałeś odróżniać osoby i liczby.

[170] Ależ Wasza Wysokość!

[171] No to do dzieła, Panie.

[172] To nadzwyczajne! (…) Zrobiłaś dokładnie to, czego nie zrobił był Hipolit.

[173] „Ty”?