Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 2 из 87

ROZDZIAŁ PIERWSZY

1. Dawniej to były czasy!

Przez wiele lat nie opuszczało mnie wrażenie, że urodziłem się za późno. Ciekawe czasy, niezwykłe wydarzenia, fenomenalne jednostki – wszystko to, w moim odczuciu, należało do przeszłości i raz na zawsze się skończyło.

W okresie mojego najwcześniejszego dzieciństwa, w latach pięćdziesiątych, „wielkimi epokami” były dla mnie, przede wszystkim, czasy niedawnej wojny, a także – poprzedzające je lata trzydzieste. Te pierwsze jawiły mi się jako wiek heroicznych, wręcz tytanicznych zmagań, w których ważyły się losy świata, drugie zaś jako złoty wiek wolności i beztroski, gdy świat, jakby opromieniony łagodnym światłem zachodzącego słońca, pławił się w rozkoszach i niewi

Później, gdzieś z początkiem lat sześćdziesiątych, kolejną „wielką epoką” stał się dla mnie, niespodzianie, dopiero co miniony okres stalinowski, w którym żyłem już wprawdzie, lecz byłem zbyt mały, by świadomie doświadczyć jego złowrogiej potęgi. Oczywiście, doskonale zdawałem sobie sprawę, że – podobnie jak wojna – był to okres koszmarny, czas jakiegoś zbiorowego obłędu, upadku i zbrodni, niemniej, właśnie przez tę skrajność, kazał się on widzieć jako czas wyjątkowy, zgoła niesamowity. I było mi osobliwie żal, że ledwo się o niego otarłem, że nie zdążyłem się weń zagłębić, skazany na perspektywę dzieci

Moje poczucie spóźnienia dawało o sobie znać w najprzeróżniejszych kontekstach i wymiarach. Nie ograniczało się tylko do sfery dziejowej, pojawiało się również przy i

Oto rozpoczynam naukę gry na fortepianie. Moją nauczycielką jest starsza, dystyngowana pani z ziemiańskiej rodziny, po studiach pianistycznych w Paryżu, Londynie i Wiedniu jeszcze w latach dwudziestych. I już od pierwszej lekcji zaczynam wysłuchiwać, jak to kiedyś było wspaniale, a teraz jest beznadziejnie – jakie były talenty i jacy mistrzowie, jak szybko się uczono i rozkoszowano muzyką.

– Bach, Beethoven, Schubert, a nade wszystko Mozart, ten istny cud natury, wcielona doskonałość, zapewne postać Boga! Dzień, w którym przyszedł na świat, winien być czczony na równi z narodzinami Chrystusa! Zapamiętaj to sobie: dwudziesty siódmy stycznia tysiąc siedemset pięćdziesiątego szóstego. Teraz nie ma już takich geniuszy. W ogóle teraz muzyka… Ech, co tu wiele mówić! Nicość, pustynia, ugór!

Albo i

– Wiecie, kto wymyślił ten ruch? Kto pierwszy raz zagrał w ten sposób? Naturalnie nikt nie wie, a naszemu instruktorowi o nic i

chodzi. Przystępuje więc do tak zwanej ogólnokształcącej dygresji:

– Capablanca. W 1925 roku, na turnieju w Londynie. Mam nadzieję, że wiecie, kto to był Capablanca…

– No… mistrz – bąka ktoś z nas.

– Mistrz! -wyśmiewa tę mizerną odpowiedź nasz instruktor-mistrzem to i ja jestem. To był ARCY-mistrz! Geniusz! Jeden z największych szachistów, jakich nosiła ta ziemia. Wirtuoz gry pozycyjnej! Teraz nie ma już takich szachistów. Nie ma takich turniejów. W ogóle szachy zeszły na psy.

– No a Botwi

Na twarzy naszego instruktora pojawia się grymas niewymownej dezaprobaty, po czym popada on w posępną zadumę.

– Nie, nie – mówi wreszcie krzywiąc się z niesmakiem, który graniczy ze wstrętem – to nie to! To nie ma nic wspólnego z tym, jak kiedyś grywano w szachy i kim kiedyś byli szachiści. Lasker, Alechin, Reti, o, to byli giganci, tytani, obdarzeni prawdziwą iskrą bożą. Kapryśni, spontaniczni, pełni polotu, dowcipu. Renesansowe typy! I szachy rzeczywiście były królewską grą! A teraz… Ech, szkoda gadać! Zawody nakręconych robotów.

I jeszcze i

– Nie ma już gór! Nie ma już taternictwa! Nawet i to wykończyli! Nie można zrobić kroku, by się nie natknąć na tę cholerną stonkę. Masowa turystyka! Kto to widział! Przecież to nie ma żadnego sensu. Gdy j a chodziłem w góry, przed wojną, ma się rozumieć, inaczej to wyglądało. Przyjeżdżałeś; ze stacji szedłeś naprzód na zakupy: kasza, makaron, boczek, herbata, cukier, cebula. Nie było to wybredne, lecz za to tanie i pewne. Następnie: do Roztoki lub do Morskiego Oka. Pieszo lub autobusem, ale nie pekaesem, lecz takim małym, prywatnym, odkrytym samochodem, co jeździł, kiedy chciał, gdy zebrali się chętni. W schronisku „na Roztoce” rodzi

Tego rodzaju wybrzydzanie na marną teraźniejszość i nostalgiczne wzdychanie do świetlanej przeszłości było dla moich uszu – przez lata – chlebem powszednim. Dlatego też nie zdziwiłem się, gdy w wieku lat czternastu, zasiadłszy w ławce gimnazjum, znowu zacząłem słyszeć wariacje na ten sam temat. Tym razem były to hymny na cześć minionych roczników.

Nauczyciele, prowadząc zajęcia, odchodzili nieraz od tematu lekcji i opowiadali o niektórych swoich dawnych uczniach i związanych z nimi wydarzeniach. Były to zawsze osoby niezwykle barwne, a sytuacje – wprost fantastyczne. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że miały one charakter budujących bajeczek ku nauce i przestrodze o prymusach bez skazy czy odmienionych cudownie nicponiach. Nic podobnego. Bohaterami gawęd, owszem, były osobowości niezwykłe, bynajmniej jednak nie na sposób słodki, anielski. Ich wyjątkowość wyznaczały cechy raczej nie notowane wysoko w katalogu cnót ucznia. Promieniowali śmiałością i niezależnością, z reguły byli niepokorni, a nawet krnąbrni, miewali wygórowane poczucie własnej wartości i posuwali się nieraz do gestów wyzywających. Nieokiełznani, chodzący swoimi drogami, dumni. A jednocześnie – olśniewający taką czy i

Oczywiście, wszystkie te obrazoburcze na pierwszy rzut oka, a niekiedy nawet gorszące opowieści zawierały w sobie pewien morał czy przesłanie, które nie było już tak atrakcyjne. Otóż ukryta wymowa owych wspomnień pełnych dezynwoltury i pikantnych smaczków sprowadzała się do następującej przestrogi: „To, że tak bywało, bynajmniej nie oznacza, że tak bywa dalej, a zwłaszcza że coś podobnego może się zdarzyć w tej klasie. Tamte roczniki i tamte jednostki były wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju. Teraz nie ma już takich. Was to nie dotyczy. Dlatego pamiętajcie, nie próbujcie ich naśladować! W waszym wypadku skończy się to tylko żałośnie!”

Choć znałem ten sposób myślenia i byłem z nim oswojony, w tym wypadku nie mogłem się jednak z nim pogodzić. Że świat był dawniej ciekawszy, gwałtowniejszy, bujniejszy – to nie ulegało dla mnie wątpliwości. Że więksi byli muzycy, czy w ogóle ludzie sztuki – w to również chętnie wierzyłem. Przystawałem i na to, choć już nie bez oporów, że chodzenie po górach było czymś szlachetniejszym i że królewska gra w szachy miała godniejszych mistrzów. Ale żeby szkoła? Żeby po prostu uczniowie byli w przeszłości lepsi – nie, z tym się pogodzić nie mogłem.