Страница 12 из 87
Pogląd drugi, bez porównania bardziej umiarkowany, rzekłbym, humanistyczny, a zarazem torujący drogę nadziei i fantazji, głosił, iż frygida jest po prostu kobietą nierozbudzoną lub zahamowaną uczuciowo i seksualnie. Nie była to jednak, w tym ujęciu, przypadłość nieuleczalna; przeciwnie, dawała się z łatwością zażegnać. Najciekawszym jednak i poniekąd najważniejszym elementem tej teorii, a ściślej: elementem, który jej tylko towarzyszył, było niezachwiane przekonanie jej wyznawców (zwanych przez to również „romantykami”), iż w zakresie wiedzy na temat terapii rzeczonego niedorozwoju oni właśnie są najwybitniejszymi specjalistami. Ba, żeby tylko w zakresie wiedzy! Również w samej praktyce. Krótko mówiąc, gdyby Madame na nich się zdała w tej sprawie, raz dwa pozbyłaby się wszelkich problemów i odzyskałaby pełnię życia.
I wreszcie pogląd trzeci, chyba najosobliwszy, mający swe źródło i wzięcie właściwie tylko wśród dziewczyn. Otóż utrzymywały one, iż być frygidą to tyle, co kochać się w samej sobie. Według zwole
Do tego wszystkiego doszła jeszcze sprawa Popiołów Żeromskiego. Na ekrany kin wszedł właśnie dwuczęściowy film Andrzeja Wajdy według tej powieści należącej do kanonu lektur szkolnych i wywołało to zupełnie nieoczekiwane skutki.
W naszym programie mieliśmy tę pozycję już za sobą. Nie cieszyła się ona specjalnym zainteresowaniem, mało kto przeczytał tę opasłą, trzytomową książkę dokładnie, a Rożek Goltz nawet do niej nie zajrzał. Tak więc jej ekranizacja spotkała się raczej z obojętnością. Odwalenie nużącej, wielodniowej lektury kilkugodzi
Film jednał sobie młodego widza trzema krótkimi scenami. W pierwszej, młodziutka, urodziwa bohaterka, szykując się do snu w swym panieńskim pokoju we dworze, w niezwykle atrakcyjny dla obserwatora sposób ogrzewała sobie gołe nogi przy kominku, zadzierając wysoko nocną koszulę i wypinając się bezwstydnie w stronę ognia. W drugiej scenie, ta sama bohaterka, w ileś lat później, w malowniczym plenerze skalnych, tatrzańskich wierzchołków, była gwałcona przez góralskich zbójników, co stwarzało sposobność, by znowu ujrzeć jej nogi, obnażone i zgięte. Wreszcie, w trzeciej migawce, grupka zdziczałych polskich żołnierzy walczących u boku Napoleona w niechlubnej wyprawie hiszpańskiej, folgowała swym żądzom w zdobytej Saragossie, zabawiając się niecnie ze smagłymi mniszkami.
Wszystkie te scenki nie były specjalnie drastyczne, nie było w nich wiele golizny, a nawet okrucieństwa, a jednak, zwłaszcza jak na film polski, biły one wszelkie rekordy śmiałości. Rolę nie bez znaczenia odgrywał tu jeszcze fakt, iż gwałconą pięknością była Pola Raksa, młoda gwiazda tamtych lat, o przenikliwie jasnych oczach i podniecająco łamiącym się głosie, obiekt erotycznych westchnień tysięcy nastolatków. Znano ją z wielu filmów dla młodzieży, w których grała trzpiotowate, niewi
Byś opowiadał, że w jednym z kin, operator, za niewielką opłatą, urządza po ostatnim seansie specjalne pokazy dla chętnych, polegające na wielokrotnym puszczaniu tylko tych kilku scenek i robieniu stop-klatek w wyznaczanych momentach – na przykład, gdy Pola Raksa stoi przed kominkiem z podniesioną wysoko nogą, obnażoną niemal do biodra.
(Nawiasem mówiąc, wywiązała się z tego zupełnie absurdalna dyskusja, czy zrobienie stop-klatki w projektorze kinowym w ogóle jest możliwe. Znający się na wszystkim Rożek Goltz upierał się bowiem, że taki zabieg spowodowałby tylko sfajczenie się kliszy, a nie zatrzymanie obrazu. O mało nie doszło na tym tle do bójki.)
Jakkolwiek rzecz się miała, ów szczególny rodzaj zainteresowania filmem pociągnął za sobą, przynajmniej na pozór, jak najzacniejsze następstwa: młodzież sama, z nieprzymuszonej woli, na powrót sięgnęła po dzieło klasyki narodowej, które poprzednio potraktowała z dozą lekceważenia. Cóż to jednak było za czytanie i jakim tęsknotom wychodziło naprzeciw?
Do książki zaglądano, by odnaleźć w niej głównie scenę gwałtu w górach – w nadziei, że może słowa powiedzą coś więcej niż krótka migawka filmowa. I tu zaczynała się najosobliwsza przygoda czytelnicza. Otóż okazywało się, że to, co na ekranie trwa niecałą minutę, w powieści ma olbrzymie epickie przygotowanie, ciągnące się przez trzy rozdziały, i stanowi jakby niezależną całość: historię krótkotrwałej namiętności dwojga bohaterów, zamkniętą tragicznym finałem.
Naprzód „miłośnicy”, znużeni dotychczasowym życiem i światem, uciekali „krakowską bryką” w góry (rozdział pod tytułem „Tam…”). Następnie, mieszkając w samotnej chacie na skraju lasu i pozostając w stanie niemal permanentnej ekstazy, spędzali tam coś w rodzaju miodowego miesiąca (rozdział o wymownym tytule „Góry i doliny”). Wreszcie, gdy zanocowali raz lekkomyślnie w grocie skalnej na szczytach, zostali napadnięci nad ranem przez zbójców (rozdział „Okno skalne”). Tu właśnie następowała scena gwałtu, po którym zdesperowana bohaterka popełniała samobójstwo, skacząc w przepaść.
Epizod ten zrobił wśród uczniów nieopisaną wprost karierę. Zaczytywano się w nim, cytowano z pamięci całe partie tekstu, dyskutowano dziesiątki szczegółów. Żaden utwór, na żadnej lekcji polskiego, nie wzbudził tylu sporów, tylu namiętnych dociekań i analiz. Szczególną uwagę poświęcano, rzecz jasna, wszelkim detalom mającym przypuszczalnie związek z seksem. Przypuszczalnie – ponieważ poetycki język narracji, naszpikowany metaforami i dziwacznymi słowami, nigdy nie nazywał niczego po imieniu.
W nieskończoność roztrząsano, na przykład, takie zdanie: „Strudzenie wydzierało z ciał ludzką namiętność”, dociekając, czy chodzi w nim o to, iż zmęczenie wspinaczką osłabiało pobudliwość płciową bohaterów, czy też wręcz przeciwnie, paradoksalnie ją wzmagało. Jedni, z Rożkiem Goltzem na czele, uważali, że zagadkowy czasownik nie może tu oznaczać niczego i
Wtargnąwszy na te wyżyny, odtrącali precz nic tylko suszę i wodę, strząsali ze stóp proch ziemski, ale również wychodzili duchem i kości swych, żył, ciała i krwi. Przystępowali wówczas do rozkoszy najwyższych, jakoby do początku szczęścia wiecznego, do granicy tamtego świata, do namiętności niebieskiej.
Wychodzili duchem z ciała… – podkreślali z naciskiem „romantycy” – a zatem nic i
W kółko powracano też do sceny, gdy bohaterowie – upojeni nadmiarem szczęścia – chcą popełnić samobójstwo, skacząc w przepaść. Ustęp ten fascynował jednak czytelników nie ze względu na swą podniosłą czy dramatyczną treść, lecz ze względu na dwa, trzy zdania, które w nim padały, mające najzupełniej samodzielne i uniwersalne znaczenie (prawie każdy miał je w swoim egzemplarzu podkreślone). – Otóż bohater, namawiany przez ukochaną do desperackiego kroku, który miał ich zaprowadzić „w krainę szczęśliwości”, nagle, ni stąd, ni zowąd, zwracał się do niej tonem nie znoszącym sprzeciwu z takim oto roszczeniem: „Więc zdejm ubranie!” – Po chwili okazywało się, ze chodzi mu tylko o to, by przy pomocy jej sukni związać się razem przed skokiem i nie rozpaść się dzięki temu w różne strony przepaści, jednakże pierwsze wrażenie, jakie wzbudzały te słowa (natarczywy rozkaz, by kochanka niezwłocznie się obnażyła), było tak silne, że „wydzierało” je poniekąd z kontekstu i czyniło niezależnymi.
Następnie padało zdanie opisowe: „Ona powoli, jak przez sen, wstała i ze swym spokojnym uśmiechem poczęła rozrywać stanik…” – Tu znów podkreślone były trzy ostatnie wyrazy, na ogół podwójną linią, a na marginesie widniał jeszcze wykrzyknik.
W ślad za tym szedł passus, w którym dramatyczne napięcie ulegało pozytywnemu rozładowaniu: „Ale gdy spomiędzy czarnego jedwabiu zajaśniało ramię bielsze od czystego obłoku, przywarł do niego ustami…” – Z kolei w tym zdaniu kluczowe były, po pierwsze, słowa „spomiędzy czarnego jedwabiu”, a po drugie, „przywarł do niego ustami”.
No, i wreszcie tragiczna scena finałowa: napad, gwałt i skok w przepaść. To też wałkowano bez końca. Tym razem jednak, wbrew pozorom, nie koncentrowano się na opisie nikczemnych harców, jakim oddawali się zbójcy, odziani „w czarne, wysmarowane tłuszczem koszule i czerwone portki”, lecz na tym, co poprzedziło owe najstraszliwsze wydarzenia, to znaczy, na samych okolicznościach napadu – na tym, kiedy i jak bohaterowie zostali zaatakowani.