Страница 97 из 99
Nim wpadły między budy podgrodzia, nim minęli ich pierwsi uciekający z miasta zbiegowie, Ye
— Ciri! Stój!
Nie wiedzieć kiedy, były już wśród uliczek pełnych rozbieganej i wyjącej tłuszczy. Ye
Tłum gęstniał, ryk rósł. Czarodziejkim wydawało się, że dystans między nimi a Ciri zmalał. Następną przeszkodą na drodze Kelpie była grupka zdezorientowanych halabardników, których kara klacz potraktowała jak parkan i przeskoczyła, jednemu strącając płaski kapalin. Pozostali aż przysiedli ze strachu.
W pełnym galopie wpadły na plac. Tu było aż czarno od ludzi. I dymu. Ye
Bo w ulicy, ku której skręciła, wrzała walka. Krasnoludy i elfy zaciekle broniły zaimprowizowanej barykady, broniły strasonej pozycji, padając już i ginąc pod naporem walącego się na nich wyjącego motłochu. Ciri wrzasnęła, przywarła do końskiej szyi. Kelpie wzbiła się i przeleciała nad barykadą nie jako koń, ale jak wielki czarny ptak.
Ye
Ye
Z jej rozcapierzonych palców strzelił siny i syczący ogień, tnący jak bicz twarze, torsy i ręce otaczających ja ludzi. Zaśmierdziało palonym mięsem, ryki i wizgi bólu wybiły się na moment ponad ogólny rwetes i harmider.
— Wiedźma! Elfia wiedźma! Czarownica!
Następny typ skoczył ku niej ze wzniesioną siekierą. Ye
Przeluźniło się. Ktoś chwycił ją za ramię, szarpnęła się, gotowa palić, ale to była Triss.
— Uciekajmy stąd… Ye
Słyszałam ją mówiącą takim głosem, przemknęło przez głowę Ye
Słyszałam ją, mówiącą takim głosem. Na wzgórzu Sodden.
Gdy umierała ze strachu.
Teraz też umiera ze strachu. Do końca życia będzie umierać ze strachu. Bo ten, kto raz nie złamie w sobie tchórzostwa, będzie umierał ze strachu do końca swoich dni.
Palce, które Triss wczepiła jej w ręka, były jak ze stali, Ye
— Chcesz, to uciekaj! — krzyknęła. - Schowaj się za kiecką twojej Loży! Ja mam czego bronić! Ja Ciri samej nie zostawię! Ani Geralta! Precz, hołoto! Z drogi, jeśli wam skóra miła!
Tłum, odgradzający ją od konia, cofnął się przez błyskawicami, sypiącymi się z oczu i rąk czarodziejki. Ye
— Won, precz do domów, chamy! — wrzasnęła smagając motłoch płomie
— To tylko jedna wiedźma, ludzie! — rozległ się z tłumu dźwięczny i metaliczny głos. - Jedna zatracona elfia guślarka!
— Jest sama! Ta druga uciekła! Hej, dziatki, a do kamieni!
— Śmierć nieludziom! Gorze czarownicy!
— Na pohybel!
Pierwszy kamień świsnął jej koło ucha. Drugi rąbnął w ramię, aż się zatoczyła. Trzeci uderzył prosto w twarz. Ból najpierw ogniście eksplodował w oczach, potem owinął wszystko czarnym aksamitem.
Ocknęła się, jęknęła z bólu. Oba przedramiona i przeguby rwały bólem. Sięgnęła odruchowo, namacała grube warstwy bandaża. Jęknęła znowu, głucho, rozpaczliwie. Z żalu, że to nie sen. I z żalu, że się nie udało.
— Nie udało się — powiedziała siedząca obok łóżka Tissaia de Vries.
Ye
— Nie udało się — powtórzyła Tissaia de Vries. - Ale nie dlatego, że się nie starałaś. Cięłaś dobrze i głęboko. Dlatego jestem tu teraz przy tobie. Gdyby to były tylko jasełki, gdyby to była głupia, niepoważna demonstracja, miałabym dla ciebie wyłącznie pogardę. Ale ty cięłaś głęboko. Poważnie.
Ye
— Zajmę się tobą, dziewczyno. Bo chyba warto. A będzie trzeba nad tobą popracować, oj, trzeba będzie. Będę musiała nie tylko wyprostować ci kręgosłup i łopatkę, ale i wyleczyć ręce. Tnąc żyły, poprzecinałaś sobie ścięgna. A ręce czarodziejki to ważne instrumenty, Ye
Wilgoć na ustach. Woda.
— Będziesz żyła — głos Tissai był rzeczowy, poważny, surowy nawet. - Jeszcze nie nadszedł twój czas. Gdy nadejdzie, przypomnisz sobie ten dzień.
Ye
— Zajmę się tobą — powtórzyła Tissaia de Vries, delikatnie dotykając jej włosów. - A teraz… Jesteśmy tu same. Bez świadków. Nikt nie zobaczy, a ja nikomu nie powiem. Płacz, dziewczyno. Wypłacz się. Wypłacz się ostatni raz. Potem już nie wolno będzie ci płakać. Nie ma paskudniejszego widoku niż płacząca czarodziejka.
Oprzytomniała, charknęła, wypluła krew. Ktoś ciągnął ją po ziemi, była to Triss, poznała po zapachu jej perfum. Niedaleko nich po bruku dzwoniły podkute kopyta, wibrował wrzask. Ye
Ye
— Triss… — wybełkotała. - Teleportuj nas stąd!
— Nie, Ye
— Zabiją nas…
— Nie, Ye
Blisko wylotu uliczki, w załomie omszałych murów piętrzyła się wielka kupa kompostu, gnoju i odpadków. Była to okazała kupa. Można powiedzieć, wzgórze.
Tłumowi udało się wreszcie ścisnąć i unieruchomić rycerza i jego konia. Zwalono go na ziemię, ze straszliwym hukiem, motłoch wpełznął na niego jak wszy, zakrył ruchliwą warstwą.
Triss, wciągnąłwszy Ye
— Zabiją nas — Ye
— Pomóż mi — Triss na moment przerwała inkantację. - Pomóż mi, Ye
I zabijemy z pięciu, pomyślała Ye
Włączyła się do inkantacji. Krzyczały we dwie.
Tłum przez chwilę gapił się na nie, ale rychło ochłonął. Wokół czarodziejek znowu zaświszczały kamienie. Tuż obok skroni Triss przeleciał ciśnięty oszczep. Triss nawet nie drgnęła.
To w ogóle nie działa, pomyślała Ye
Była gotowa przerwać zaśpiew, skoncentrować resztkę sił na jakimś i
Niebo ściemniało nagle, nad miastem zakłębiły się chmury. Zrobiło się diabelnie mroczno. I powiało zimnem.
— Jej — stęknęła Ye
— Niszczące Gradobicie Merigold — powtórzyła Nimue. - W zasadzie nielegalnie używa się tej nazwy, czar nigdy nie był rejestrowany, bo po Triss Merigold nikomu nie udało się go powtórzyć. Z prozaicznych powodów. Triss miała wówczas skaleczone usta i mówiła niewyraźnie. Złośliwcy twierdzą nadto, że język plątał się jej ze strachu.
— W to — wydęła wargi Condwiramurs — trudno akurat uwierzyć, przykładów męstwa i odwagi czcigodnej Triss nie brakuje, niektóre kroniki nazywają ją nawet Nieulękłą. Ale ja chciałam zapytać o coś i
Nimue patrzyła na akwarelę przedstawiającą czarne, strome, ostre jak nóż wzgórze na tle podświetlonych, granatowych chmur. Na szczycie wzgórza widniała smukła sylwetka kobiety z rozpostartymi rękoma i rozburzonymi włosami.
Z pokrywającej powierzchnię wody mgły dobiegał rytmiczny stukot wioseł łodzi Króla Rybaka.
— Jeśli ktokolwiek był tam z Triss — powiedziała Pani Jeziora — to nie przetrwał w wizji artysty.
— Oj, narobiło się — powtórzyła Ye
Z kłębiącej się nad Rivią czarnej chmury momentalnie runął na miasto grad, graniaste lodowe kulki wielkości kurzego jaja. Biły tak gęsto, że cały placyk momentalnie pokryła gruba ich warstwa. Ciżba zakotłowała się, ludzie padali, zakrywając głowy, wpełzali jedni pod drugich, uciekali, przewracając się, tłoczyli w bramach i podsieniach, kulili pod murami. Nie wszystkim się to udawało. Niektórzy zostawali, leżeli jak ryby na lodzie, który gęsto farbowała krew.