Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 82 из 99

— Wybaczyć? - parsknęła kapłanka. - Ja jestem z niej dumna.

— Spóźniłaś się — syknęła Filippa Eilhart. - Spóźniłaś się na uroczystość z udziałem królów. Do kroćset diabłów, Sigismund, twoja arogancja względem protokołu jest na tyle dobrze znana, byś nie musiał się z nią nachalnie obnosić. Zwłaszcza dziś, w takim dniu…

— Miałem powody — Dijkstra ukłonem odpowiedział na spojrzenie królowej Hedwig i uniesienie brwi hierarchy Novigradu. Złowił okiem skrzywienie na twarzy kapłana Willemera i grymas pogardy na godnym bicia na monetach obliczu króla Foltesta.

— Muszę z tobą porozmawiać, Fil.

Filippa zmarszczyła brew.

— W cztery oczy zapewnie?

— Najlepiej by było — Dijkstra uśmiechnął się lekko. - Jeśli jednak uznasz za stosowne, zgodzę się na kilka dodatkowych par oczu. Dajmy na to, pięknych oczu pań z Montecalvo.

— Ciszej — zasyczała czarodziejka zza uśmiechniętych warg.

— Kiedy mogę się spodziewać audiencji?

— Zastanowię się i dam ci znać. Teraz zostaw mnie w spokoju. To jest podniosła uroczystość. To jest wielkie święto. Przypominam ci o tym, jeśli sam nie zauważyłeś.

— Wielkie święto?

— Stoimy u progu nowej ery, Dijkstra.

Szpieg wzruszył ramionami.

Tłum wiwatował. Strzelały w niebo fajerwerki. Dzwony Novigradu biły, biły na triumf, na chwałę. Ale brzmiały jakoś dziwnie żałobnie.

— Potrzymaj na lejce, Jarre — powiedziała Lucie

Jarre czuł bijące na twarzy rumieńce wstydu i upokorzenia. Nie przyzwyczaił się jeszcze. Wciąż miał wrażenie, że cały świat nie ma nic lepszego do roboty, jak tylko gapić się na kikut, za założony i zszyty rękaw. Że cały świat nie myśli o niczym i

Lucie

Bo wciąż nie mógł zdobyć się na to, by sam siebie traktować normalnie.

Wiozący inwalidów woje

Wóz zeskoczył z kolejnego wyboju, Jarre zebrał luz okręconych wokół przegubu lejcy. Lucie

— No, no — zauważyła jego mosiężny medalion i niecnie wykorzystała fakt, że jedną rękę miał zajętą lejcami. - I ciebie też nabrali? Amulet niezapominajka? Oj, przechera iście ten, co tę fidryguszkę wymyślił. Wielki był na nią popyt czasu tej wojny, większy jeno na wódkę chyba. A jakież to w środeczku imię dziewczęce, obaczmy…

— Lucie

Wóz podskoczył, Lucie

— Ci… ril… la — wysylabizowała wozaczka z trudem, ale i tak zaskakując Jarre, który nie podejrzewał wiejskiej dziewczyny o tak daleko sięgające zdolności.

— Nie zapomni o tobie — zatrzasnęła medalion, puściła łańcuszek, spojrzała na chłopca. - Owa Cirilla, znaczy się. Jeśli prawdziwie kochała. Furda czary i amulety. Jeśli prawdziwie kochała, to nie zapomniała, była wierna. Czeka.

— Na to? — Jarre uniósł kikut.

Dziewczyna zmrużyła lekko oczy, niebieściutkie jak bławatki.

— Jeśli prawdziwie kochała — powtórzyła twardo — to czeka, a reszta furda. Wiem to.

— Aż tak wielką masz w tym względzie eksperiencję?

— Nie twoja rzecz — teraz na Lucie

Wóz podskoczył.

— Upraszczasz nieco — rzekł przez zaciśnięte zęby Jarre, chciwie wdychając zapach dziewczyny. - Mocno upraszczasz i mocno idealizujesz, Lucie

— No, no, no! — przerwała mu obcesowo. - Nie wypłakuj mi się tu aby na kieckę. Głowy ci Czarni nie urwali, a ty przecie głowacz, głową robotasz. Co się tak gapisz? Ja ze wsi jestem, ale oczy mam i uszy. Dość na to bystre, by przesądzały o uważeniu detalu tak drobnego, jak czyjsiś sposób gadania, iście pański i uczony. A do tego…

Pochyliła głowę, kaszlnęła. Jarre też kaszlnął. Wóz podskoczył.

— A do tego — dokończyła dziewczyna — słyszałam, co i

Wóz nie podskakiwał od jakiegoś czasu, ale Jarre i Lucie

— Coś ja — rzekła po dłuższej chwili dziewczyna — do uczonych szczęście mam. Był taki jeden… Kiedyś… Cholewki do mnie smalił… Uczony był i w akademiach kształcony. Z imienia samego dało się to miarkować.

— A jak miał na imię?

— Semester.

— Hejże, pa

— Jako żywo — dodał drugi kaleka, drapiąc się w widoczny spod odwiniętej nogawki kikut połyskliwą tkanką blizny. - Dojadło już to pustkowie! Za karczmą zatążyłem, albowiem zaprawdę powiadam wam, napiłbym się piwa. Nie można raźniej jechać?

— Można — Lucie

— Iście żal — wyszczerzył zęby Derkacz. - Bo mnie po nocach się śni, że mię na się bierzesz. Plecowo, to znaczy się: od tylca. Ja tak lubię. A ty, pa

— Ty kapcanie kulawy! — wrzasnęła Lucie

Urwała, widząc, jak twarze wszystkich siedzących na wozie inwalidów pokrywają się nagle śmiertelną, trupią bladością.

— Matko — załkał któryś. - A tak niedaleczko było do domu…

— Przepadlim — powiedział Derkacz cicho i całkiem bez emocji. Po prostu stwierdzając fakt.

A mówili, przemknęło przez głowę Jarre, że już nie ma Wiewiórek. Że już ich wszystkich zabili. Że już, jak się wyrazili, rozwiązana została kwestia elfia.

Było sześciu ko

Lucie

Elfy zbliżyły się. Wyglądały jeszcze marniej niż konie.

Nic nie zostało z ich dumy, z ich wypracowanej, wyniosłej, charyzmatycznej i

Nic nie zostało z ich i

Przestali nawet budzić strach.

Przez chwilę Jarre sądził, że miną ich, że po prostu przetną trakt i znikną w lesie po drugiej stronie, nie zaszczycając wozu i jego pasażerów nawet spojrzeniem. Że pozostanie po nich tylko ten zupełnie nieelfi, brzydki, paskudny zapach, zapach, który Jarre znał aż nadto dobrze z lazaretów — zapach nędzy, moczu, brudu i jątrzących się ran.

Mijali ich, nie patrząc.

Nie wszyscy.

Elfka o ciemnych, długich, zlepionych skrzepłą krwią włosach zatrzymała konia tuż przy wozie. Siedziała w siodle niezgrabnie przechylona, chroniąc rękę na przesiąkniętym temblaku, wokół którego brzęczały i kłębiły się muchy.

— Toruviel — powiedział, odwracając się, jeden z elfów. - En'ca digne, luned.

Lucie

— En'ca digne, Toruviel — powtórzył elf. On jeden z całego komanda miał na podartym rękawie zakurzonej kurtki srebrne błyskawice brygady «Vrihedd».

Inwalidzi na wozie, do tej chwili skamieniali i zastygli w bezruchu, drgnęli nagle, jakby ożywieni magicznym zaklęciem. W ich dłoniach, które wyciągnęli w stronę elfów, znalazły się, jak wyczarowane, ćwiartki chleba, gomółeczki sera, kawałki słoniny i kiełbasy.

A elfy po raz pierwszy od tysiąca lat, wyciągnęły ręce w stronę ludzi.

A Lucie